Miałem dziś próbę „do bierzmowania”. Ha, i fajnie było. Ksiądz spytał mnie, czy przeczytam fragment Pisma Świętego podczas uroczystości 3 czerwca. Oczywiście, zgodziłem się. Dostałem także propozycję śpiewania w chórze kościelnym. Brakuje w nim męskich głosów. Zostałem zaproszony na próbę, która odbędzie się w sobotę rano. Ja przecież nie umiem śpiewać! Jednak „szef” chóru, mimo tego, że słyszał moje śpiewy, twierdzi, że nie jest tak źle, a nawet jest nieźle. Chyba mają naprawdę mocne zapotrzebowanie na męski głos.
środa, 18 maja 2011
wtorek, 17 maja 2011
Kościół ma swoje zasady
Wczoraj Kamil – mój dobry znajomy – powiedział, że nadawałbym się na księdza. No tak – odpowiedziałem – ale księży bez rąk nie ma i raczej nie będzie. Kamil doszedł do wniosku, że jednak powinni być. Może i powinni, a może nie powinni – ale to Kościół ustala tu zasady.
Pamiętam mądrą wypowiedź p. Joanny Najfeld. Na pytanie redaktora, czemu para homoseksualna, która nie ukrywa swojego związku, nie może należeć do wspólnoty Kościoła – odpowiedziała, że takie są zasady Kościoła. Kościół nie będzie naginał swoich praw, bo komuś się tak podoba. Podobnie rzecz się ma ze ślubami homoseksualnymi. I tu nie chodzi o tolerancję… Nikt nam nie zabrania wierzyć w Boga. Ale jeśli chcemy należeć do KRK – musimy spełniać jego normy i zasady. To proste jak drut!
poniedziałek, 16 maja 2011
Przeszłości i przyszłości nie ma (Jak moje krasnoludki!)
To, co było, to przeszłość. Przeszłości więc nie ma, a była. Jeśli czegoś nie ma – to-to nie istnieje. Przeszłości nie ma, ona nie istnieje.
Przyszłość będzie. To, co będzie, to będzie. To, co będzie – będzie – tego nie ma. Jeśli czegoś nie ma – to-to nie istnieje. Przyszłości nie ma, ona nie istnieje.
Nie może coś być, jeśli tego nie ma. Przeszłości i przyszłości nie ma. Jedna była, druga będzie – ale ich nie ma.
Ktoś powie, że nie ma ich teraz, w tej chwili, ale jedna istniała, a druga istnieć będzie. Ale gdy przeszłość istniała – to nie była ona przeszłością. Kiedy przeszłość istniała – była teraźniejszością. Czyli przeszłości nie ma i nigdy nie było.
Podobnie rzecz ma się z przyszłością. Nie ma i nie będzie jej nigdy, bo gdy będzie – to nie będzie ona przyszłością, a teraźniejszością. Istnieje tylko teraźniejszość, TU i TERAZ.
Kiedy będę marzył – nie mów mi, że jestem szalony. Kiedy będę myślał o Bogu – także mi tak nie mów. Nawet kiedy będę wyobrażał sobie krasnoludki – nie mów mi, żem głupi. Ty, myśląc o przeszłości, myślisz o czymś, czego nie ma, co nie istnieje. Jak moje krasnoludki!
Mam opinię szaleńca i przywilej bycia szczerym
Strach przed cierpieniem
Słyszę Nergala, który mówi w TV mądre rzeczy o tym, że człowiek znajdujący się w ekstremalnej sytuacji potrafi wykrzesać z siebie mnóstwo sił, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedział. Coelho pisał, że strach przed cierpieniem jest straszniejszy od samego cierpienia. To prawda – wiedzą o tym ludzie, którzy znaleźli się kiedykolwiek w kryzysowej sytuacji. Ludzie, których doświadczył los (jeśli można to tak nazwać), a ich światy przewróciły się do góry nogami. Nie przesadzam, choć niektórzy pewnie tak myślą. Wiem co to znaczy świat do góry nogami. Wiem, bo – powiem to śmiało – byłem w piekle. Ale tam, na szczęście, nie jest się na wieczność. Po jakimś czasie znów wróciłem do świata żywych. A strach przed cierpieniem faktycznie jest straszniejszy od cierpienia…
Uratowała go ulica...
Dziś kiedy jechałem autobusem linii 78. – wsiadło do niego dwóch młodych panów. Byli oni w stanie nietrzeźwym. Gdy przemieszczałem się między siedzeniami, nadepnąłem na torbę, której właścicielem był jeden z tych dwóch. „Przepraszam” – powiedziałem. „Nic się nie stało” – odpowiedział pan, a raczej chłopak z podbitym okiem i kolczykiem w uchu. Potem rzekł: „Ja też miałem mieć amputowaną nogę, ale uratowała mnie ulica”.
DSM-Libertarianin nie jest Libertynem
Blogowanie jest fajne. Nawet wtedy, kiedy teksty pisane na bloga, fajne nie są. No cóż: nie zawsze ma się polot, który zawsze chciałoby się mieć. Tak to jest. Z blogowaniem, pisaniem i z polotem. Tak też jest z lekkością pióra. Miałbym lekkie pióro, gdyby nie ten atrament w środku, który ciąży niesłychanie. Lekkie pióro fajnie mieć, każdy by chciał, ale z tym chyba trzeba się urodzić. Chociaż niektórzy twierdzą, że lekkości pióra można się nauczyć, można je wyćwiczyć. I chyba właśnie w to będę wierzył, tego będę się trzymał, a może kiedyś po wielu treningach lekkość pióra także do mnie przyjdzie. Pożyjemy – mnóstwo kartek zapiszemy – zobaczymy.
Blogowanie jest fajne – będę trzymał się tematu i tego zdania. Będę blogował, pisał teksty, tworzył posty – nawet wtedy, kiedy fajne one nie będą. Trudno – jeśli takie nie są. I tak będę pisał. Powiecie, że to wypociny. A niech będę i wypociny. Nawet mogą być to, według Was – wymiociny. Niech będzie i tak.
Nie mając nic konkretnego do powiedzenia, także będę mówił. Nie mając nic wartościowego do napisania – pisał będę. A co tam! To jak pisanie dla pisania czy mówienie dla mówienia. Niech i tak będzie. Choć nie mając nic sensownego do przekazania, powinienem być cicho. Ale pójdę w tendencję dzisiejszego show-biznesu. Wszyscy mówią, wszyscy tańczą, wszyscy śpiewają – wszyscy znają się na wszystkim, choć na niczym się nie znają. Zupełnie jak ja!
Każdy chciałby być Alfą i Omegą (może nie każdy, nie mówię za wszystkich). Wiedzieć na każdy temat niemalże wszystko. Mieć polot. Piękny i otwarty umysł. Ale raczej nikt Alfą i Omegą nie będzie. Z tego co wiem, nie ma takiej możliwości. Jak to się zwykło mówić, może nieco kolokwialnie: nawet nie ma takiej opcji.
Tak jak nie ma ideałów. Nigdy też nie zdobędzie się (znaczy zaliczy…) wszystkich kobiet. Ale czemu by nie próbować?! – jak mówił, trochę innymi słowy, JKM.
A propos JKM-a i wolności. Ostatnio coś pisałem o libertynizmie i libertarianizmie. Zaznaczam, że są to dwa różne pojęcia. Podkreślam, że bliżej mi do libertarianizmu. Teraz nie będę wyjaśnił, co jest czym. Ale libertynem nie jestem już długo. Kiedyś może trochę, ale tak troszeczkę byłem. Dziś bliżej mi do konserwatyzmu niż do lewicy, więc libertynizm, którym kiedyś zdarzało mi się szczycić (ale taki delikatny libertynizm…) – zakopałem. Dziś się nim brzydzę. I brzydziłem się zawsze.
niedziela, 15 maja 2011
Lubię deszczowe dni
Dzień powoli się kończy. Siadam przed komputerem i postanawiam coś napisać. Powiem szczerze, z ręką na sercu, że nie mam pomysłu co to będzie. Zastosowałbym Twórcze Pisanie, którego uczyła mnie Danuta Dowjat, ale nie umiem, więc tego nie zrobię. No, może gdybym siedział teraz przed realistyczną kartką papieru, najlepiej koloru zielonego, i trzymał długopis, Twórcze Pisanie przyszłoby samo, Twórcze Pisanie byłoby możliwe, a tak to nie jest. Ach, czuję, że przesadzam, a to, co piszę, wydaję mi się być jakoś dziwnie pesymistyczne. Może to przez tę pogodę? Pytam siebie…
Dobra, czas wnieść trochę uśmiechu w ten tekst. Powiedziałbym: wnieść trochę słońca, jego promieni, ale jest już ciemno, więc słońce dawno temu poszło spać. A Ziemia jest płaska! Nie wierzycie? Przecież my, jako zwykli ludzie, nie mamy żadnych osobistych dowodów, że tak nie jest(chyba jednak mamy…). No bo skąd niby mamy to wiedzieć? Wiemy o tym tylko z TV i gazet, a przecież one tak często mijają się z prawdą. Słyszeliście o czymś takim, jak Towarzystwo Płaskiej Ziemi? Dobra, starczy! Dobrze, że: mam opinię wariata i przywilej bycia szczerym.
Oczywiście: Ziemia jest okrągła, a jakżeby inaczej! Okrągła jak piłka, którą kopię kopę lat, choć ostatnio bardzo rzadko. A może okrągła jak piłka, z której wyszło całe powietrze po tym, jak nadziała się na gwoździa. A może okrągła jak piłka, którą Donald Tusk strzelił (sobie?) gola.
Deszczowy dzień dobiega końca. Siedziałem dziś w domu, nie ruszałem się dalej niż do furtki na moim podwórku. Głównie właśnie przez pogodę. Przez nią także dzisiaj wszyscy tacy smutni. Wszyscy? Przesadziłem. To jak zdanie mainstreamowych głów o tym, że wszyscy Polacy mają już dość Smoleńska. Ja – Polak z krwi i kości – nie mam dość Smoleńska, bo – nie oglądając TV – Smoleńskiem nie żyję. A ci, którzy mają dość Smoleńska, najwięcej o Smoleńsku mówią. To jakaś dziwna tendencja, nieprawdaż?
Tak tutaj jest. Nie mówi się o tym, co istotne. Nie mówi się o tym, co ważne. Robi się Igrzyska dla ludu, a lud, obruszony, potem krzyczy, woła, wyzywa, że Kaczor jest wszystkiemu winien. Niektóre jednostki ludu sądzą, że podwyższenie podatku to wina śp. L. Kaczyńskiego. Ja tam nie wiem. Nie znam się. A może to wszystko naprawdę Ich wina… Może to ja się mylę. Nie mam racji. A może to wszystko mi się śni? Jak kiedyś komuś śniło się, że jest motylem i było to tak realistyczne, że gdy się obudził, nie był już pewien, czy on człowiek, czy motyl.
Człowiek – tak dumnie to brzmi. Nie rozumiem, czemu niektórzy wartość człowieczeństwa tak usilnie zaniżają, czemu twierdzą – tak mocno – że człowiek to tylko zwierzę… A nasza świadomość? Jak ją wytłumaczyć? Czym ona jest? Chcesz wiedzieć, Przemku, czym jest świadomość – to sprawdź jej definicję. Nie teraz – odpowiadam sam sobie. Nie mam czasu, bo piszę.
Deszczowe dni też bywają fajne. Czy już mówiłem o tym, że mam wszystkie numery tygodnika „Uważam Rze”? Jeśli nie mówiłem – to mówię to teraz. I dodam, że czytam to czasopismo, bardzo je cenię i szanuję. Dziś, w ten deszczowy dzień, miałem okazję przeczytać parę zaległych artykułów z „Uważam Rze”. Dlatego Uważam Rze deszczowe dni też są fajne!
Deszczowo, a więc, Przemku, do roboty, i nowy Chada
Za oknem nadal deszczowo. No cóż: trudno. Na szczęście, póki co, siedzę w domu. Choć bardzo chciałbym wyjść pobiegać. Może później mi się uda. Zobaczymy. Czas i pogoda pokaże. A propos czasu: to już najwyższy, by wziąć się za przygotowania do egzaminu licencjackiego. Tak, tak, do roboty, Przemku! – mówię do siebie. I włączam Chadę – „Na tych osiedlach II”.
Niedzielny poranny wpis
Oglądam wywiad ze Staruchem. Mądry chłopak – a przynajmniej takie sprawia wrażenie.
Uuu, a teraz spojrzałem za okno, a tam pada deszcz, jest mokro. Szkoda. Lubię deszcz, ale wtedy, gdy siedzę w domu. Dziś chciałem pójść do kościoła. Mam nadzieję, że nie będę musiał zmieniać planów. Popołudniu niebo się przetrze, a ja będę mógł wybrać się do kościoła.
A Wam – już tradycyjnie – życzę pięknego dnia. Dużo uśmiechu!!
sobota, 14 maja 2011
Obudź się i Olbrzyma
Anthony Robbins – „Obudź w Sobie Olbrzyma”. Czytam tę książkę drugi lub trzeci raz. Wiem, że to mało. „Potęgę podświadomości” przeczytałem co najmniej razy pięć. Wiem, że to także niedużo. Zresztą: czy to dużo, czy mało – jest tu pojęciem względnym. I tak naprawdę nie jest to ważne i do niczego potrzebne. A już na pewno nie jest ważne w tej chwili.
Ważniejsze, według mnie, jest to, że książka ta warta jest przeczytania. Niektórzy twierdzą, że Tonny to mistrz motywacji. Mało tego: jest wielu takich, którzy uznają Tonny’ego za największego „motywatora” żyjącego w tej chwili na ziemi. Nie mówię, że tak nie jest, bo nie znam się na tym aż tak bardzo, ale jedno jest pewne: „Obudź w Sobie Olbrzyma” to książka, która potrafi zmotywować, a mnie zmotywowała bardzo silnie. Właśnie dlatego czytam ją po raz kolejny. Czytam i polecam! I jeszcze służę. Jeśli ktoś chce przeczytać tę publikację – niech da mi znać – prześlę e-book’a.
Dwusetny post
Do domu wróciwszy, trochę „odpoczywszy”, biorę się za pracę. Albo: może lepiej dalej odpoczywać. Tak, to chyba lepszy pomysł. Nie biorę się więc za pracę, a biorę książkę i rozpoczynam czytanie. Czytanie-odpoczywanie.
PS Prezentacja udała się w miarę w miarę. Śmiali się ze mnie, więc było OK. A tak w ogóle to ja lubię, jak się ze mnie śmieją. Czuję, że to nie jest złośliwe – i to jest fajne. A może tylko czuję, tylko mi się wydaje… a jest zgoła inaczej. I jestem nie tylko śmieszy, ale też mało poważny.
PSPS Już chciałem wkleić tekst, gdy spostrzegłem, że to mój dwusetny post.
Dzień rozpoczęty
Dzisiejszą pracę nad prezentacją uważam za zaczętą. Co prawda, przyspało mi się trochę. Ale zaraz wezmę się ostro za działanie i skończę na czas. Jeszcze szybkie śniadanko i startujemy. Ruszamy pełną parą. A Wam życzę udanego dnia!
piątek, 13 maja 2011
Tak mówi DSM (LIBERTYN?)
Dzień Szczęścia M. jeszcze trwa, ale zaraz kładę się spać. Jeszcze chwilę, jeszcze moment. No, może jeszcze parę minut. Ale pracy nad prezentacją dziś nie kończę. Nie kończę, bo sporo tej pracy, a więc dziś już nie zdążę. Wolę się położyć, zasnąć, potem wyspać, wstać rano pełny sił i energii – tej pozytywnej – i wziąć się zaraz do pracy.
A pracy mam sporo. Niby prezentacja już zrobiona, już skończona, ale – jednak nie do końca. Dlatego nie skończona, bo niekompletna. A niekompletna dlatego, że zrobiłem biografię A. S. Neill’a, a mało co napisałem o pedagogice anty-autorytarnej (a może w tym zdaniu przecinek powinien być przed słowem „dlatego”?...). Jutro rano muszę wcześniej wstać i to nadrobić. Nie mam wyjścia. To znaczy wyjście w sumie mam. Mogę przecież nic nie robić. „Nic nie muszę” – jak głosił napis na koszulce pana z wielkim brzuchem i długą czarną brodą, który stał wczoraj na przystanku tramwajowym. Gdy tylko zobaczyłem tego pana, od razu pomyślałem o moim koledze, który też chciałby mieć taką koszulkę. Ba, nie tylko pomyślałem o tym koledze, ale nawet wyobraziłem sobie, że to on stoi. I zaraz zachciało mi się śmiać.
Nikt z nas nic nie musi – każdy wszystko może? Sam nie wiem, choć wczoraj, gdy wykonałem test polityczny, wyszło mi, że mój pogląd polityczny to libertarianizm. Przecież każdy z nas rodzi się wolny. Wolność to prawo naturalne – czyż nie? Pewnie, że tak – to mówię ja (libertyn?).
Dzień Szczęścia (M.)
Dzień Szczęścia M. (M., żeby było DSM) powoli dobiega końca. Spytałbym się, jak bardzo udany był on dla Was, ale wątpię, żeby ktoś odpowiedział. Wątpię dlatego, że ostatnio mało tu nowych komentarzy. Mało – to za delikatne słowa. Ostatnio na moim blogu komentarzy nie ma wcale. Czemu? – tego właśnie nie wiem. I jest to największa rzecz, która smuci mnie w dzisiejszym Dniu Szczęścia.
Wracając do Dnia Szczęścia (M.) powiem, że ten dzień, choć jeszcze się nie skończył (nie mów hop, zanim…), był, a raczej – żeby było wszystko prawidłowo – jest bardzo szczęśliwy. Ale nie jest on szczęśliwy dlatego że moja dzisiejsza prezentacja dziś się nie odbyła, a została przełożona na jutro. Nie, nie dlatego, bo bardzo chciałem dziś wystąpić. Więc powinienem uznać dzisiejszy dzień za pechowy – tak myślę. Ale nie uznam, bo nie byłoby to w moim stylu.
Dziś koleżanka spytała mnie, co jeśli ktoś ma za dużo optymizmu. Nie będę udawał, że nie wiem, czemu zadała mi to pytanie. Wtedy odpowiedziałem, że nie wiem. Nie chciałem wdawać się w dyskusję, bo było to na wykładzie, który teoretycznie traktował o czymś innym. Gdyby zdarzyło się to w zwykłej rozmowie – spytałbym – odpowiedzią na odpowiedź – co to znaczy: za dużo optymizmu?
No, ale na dziś skończę tak niedokończenie moje pisanie i wezmę się za poprawki w mojej prezentacji, żeby jutro wypaść dobrze. Wam życzę dobrej nocy!
czwartek, 12 maja 2011
PARIAS - Dobosz
Jestem troszeczkę zmęczony po tym aktywnym dniu. Wróciłem niedawno do domu, włączyłem muzykę i słucham. Nie wiem, czy słyszeliście już płytę trzech warszawskich raperów – Eldo, Włodi i Pelson. Jeśli nie, wrzucam tu kawałek z tej płyty. Projekt Parias – „Dobosz”.
środa, 11 maja 2011
Kiedy jestem na cmentarzu
Byłem dziś na pogrzebie cioci. Nie mówiłem chyba tego jeszcze, ale lubię bywać na cmentarzach. Nie, broń Boże, nie dlatego, że mnie tam ciągnie. Nie ciągnie mnie także na tamten świat. Chcę żyć – i będę żył bardzo długo. Planuję przeżyć ze 125 lat. Ale cały ten czas w dobrej formie i kondycji.
A czemu lubię bywać na cmentarzu? Kiedy tam jestem – zawsze uświadamiam sobie, po co żyję. A po co żyję? Po to, żeby przeżyć swoje życie jak najlepiej, a kiedy za sto lat będą mnie chowali – ludzie, którzy przybędą na cmentarz, będą wspominać mnie jako dobrą osobę. No, i zostawię coś po sobie – choćby te teksty – a to też jest dla mnie bardzo ważne.
wtorek, 10 maja 2011
Życie to przygoda
Życie wielką jest przygodą
Biorę plecak, ruszam w świat
Kiedyś wrócę – daję słowo
Jednak wolny niczym ptak
Spojrzę życiu prosto w oczy
Powiem: kocham cię, tak fest
Mimo nieprzespanych nocy
I przelanych tylu łez
Moje bierzmowanie – już niebawem
Wczoraj zdałem u księdza egzamin, tak więc już 3-ego czerwca przystąpię do sakramentu bierzmowania. Wiem, że trochę późno, biorąc pod uwagę, że mam już 26 lat. Czuję się nieco śmiesznie wśród 15-sto i 16-sto letniej młodzieży. Myślę, że do bierzmowania przystępują także w tym roku w naszej parafii jeszcze młodsze osoby, ale nie jestem pewny na sto procent, a tylko tak wnioskuję, obserwując uczestników. No cóż: zaspałem w swoim terminie – to teraz mam!
Ale mówiąc szczerze: cieszę się, że będę w tym roku bierzmowany. I ani trochę nie przeszkadza mi, że będę „dziadkiem” tej grupy. Trudno. Ale z drugiej strony też fajnie, bo trochę się odmłodzę. Tak mi się teraz przypomniało to, że, gdy miałem lat szesnaście, chciałem mieć dwadzieścia, a teraz mam dwadzieścia sześć i także chcę dwadzieścia!
poniedziałek, 9 maja 2011
Spadająca gwiazda
Dosłownie dziesięć minut temu – kiedy wracałem do domu – zobaczyłem na niebie spadającą gwiazdę. Oczywiście pomyślałem życzenie. Mam cichą nadzieję, że się spełni. To życzenie – to nie tylko życzenie. To także cel, do którego realizacji dążę.
Jak rozmawiać?
Trudno się dyskutuje z kimś, kto twierdzi, że to za sprawką śp. Lecha Kaczyńskiego rząd Donalda Tuska podwyższył podatki. Ciężko prowadzić dyskusje z kimś, kto twierdzi, że nieżyjący prezydent naciskał na pilotów, chociaż nie ma żadnych dowodów jakoby tak było. Jak rozmawiać z kimś, kto mówi „jeba* Kaczkę, tę żywą i tę martwą”? A gdy bronisz honoru ludzi, którzy zginęli w tragedii Smoleńskiej oraz ich żyjących rodzin, zostajesz nazwany PiS-owczykiem, faszystą, oszołomem. Pytam – sam siebie i Was także, Czytelnicy – jak rozmawiać z tymi osobami? Ktoś powie, żeby zaprzestać dyskusji, bo nie warto. I właśnie czasem tak myślę. Skończyć rozmowę i już. Tym bardziej skończyć, że nie umiem – w przeciwieństwie do niektórych – jasno przedstawiać swoich argumentów. To nie jest łatwe, gdy do góry skacze ciśnienie. Ale jak też zaprzestać dyskusji, kiedy jest się świadkiem przejawów ogromniej ignorancji? Tu nie chodzi o to, czy to PiS, PO, SLD czy też PSL. Ta gra toczy się o nasz kraj i jego dobro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
