czwartek, 10 marca 2011

Wnętrze, czyli to, co w człowieku najpiękniejsze

W człowieku najpiękniejsze jest wnętrze – umysł, intelekt, serce, osobowość. Często wnętrze przejawia się zewnętrznie. Ktoś ma otwarty i chłonny umysł. Ktoś inny nieziemski intelekt. Jeszcze ktoś gorące serce, które uzewnętrznia niosąc je na dłoni. A ktoś tam posiada magnetyczną osobowość. Bywają i tacy, co mają to wszystko naraz. A tak w ogóle to: gdyby wnętrze się nie uzewnętrzniało, nie moglibyśmy ocenić, że ktoś jest naprawdę piękny.

Tak, naprawdę piękny. Bo ktoś może być ładny, mieć ładny wygląd i aparycję. Ale o wyglądzie zewnętrznym rzadko powiemy, że jest piękny – naprawdę. Przynajmniej ja tego nie zrobię. A jeśli tak postąpię, to w bardzo rzadkich, sporadycznych przypadkach. Bo coś, żeby było piękne, musi mieć piękną duszę.

Pamiętam, jak pewnego razu spotkałem Dziewczynę, którą uważałem za  piękną. Miała zadbane blond włosy sięgające do ramion. Śliczną, gładką twarz. Ubrana była elegancko i seksownie. Zaraz, jak ją zobaczyłem, pomyślałem, że jest piękna. Przypisałem jej same najlepsze cechy osobowości. Na pewno jest mądra – pomyślałem – i inteligentna. Musi mieć magnetyczną osobowość – czułem, jak mnie przyciąga. Widać było także po niej, że ma dobre serce. Niemal ideał – pomyślałem.

Dane mi było poznać tę Dziewczynę. I wiecie co? Po pierwszym zdaniu, które wypowiedziała, gdy się sobie przedstawialiśmy, całe to piękno zniknęło, jakby ręką odjął. Wszystkie te cechy, które wcześniej przypisałem Dziewczynie, zniknęły. Rozpłynęły się jak śnieg na wiosennym słońcu.

Dziwne, prawda? Wystarczyło jedno krótkie zdanie, by całkowicie zmienił mi się obraz Dziewczyny. Znam ją do dziś. I, owszem, jest ładna, ale piękna – nie. I wcale nie jest głupia. Bo jest w miarę mądra i inteligentna, jeśli porównać ją z wieloma innymi. Ma także dobre serce, jest miła i przyjemna. Ale magnetycznej osobowości nie ma – i już!

Za to moja Koleżanka to, powiedzmy sobie, przeciwieństwo Dziewczyny. Kiedy zobaczyłem Koleżankę po raz pierwszy, pomyślałem, że do najpiękniejszych nie należy. Była zupełnie nie w moim typie – tak to nazwijmy. Ale, gdy poznawałem ją coraz lepiej, okazywało się, że ma ciepłe serce, piękny umysł, intelekt na wysokim poziomie i niezwykłą osobowość. Może – gdyby nie miała męża – to bym ją adorował. Kto wie! Ale jego także ma.


Mądrze mówi pan Janusz, prawda?

Ostatnimi czasy, a raczej ostatnimi dniami wciąż słyszę – nie widzę tego, bo nie patrzę, a tylko słucham, gdy ogląda to moja babcia – w TV i czytam w internetowych artykułach o tym, że PO chce, aby wybory trwały dwa dni, natomiast PiS twierdzi, że jest to sprzeczne z konstytucją – i wybory trwać powinny jeden dzień. Ja tego komentować nie będę, bo prymusem w tych sprawach nie jestem. Zamiast mojego komentarza, poniżej wklejam komentarz kogoś, komu zdrowego rozsądku i logiki w sprawach polityki nie brakuje – samego Janusza Korwin-Mikkego! A oto ten cytat:

"Klasa Polityczna” chce koniecznie, by jak najwięcej osób oddało głos w wyborach. Czy chce, by babcia spod Mławy rządziła Polską? Nie – IM chodzi o to, że gdy człowiek odda głos, to już czuje się odpowiedzialny za wszystkie złodziejstwa i głupoty popełniane na Wiejskiej – "bo przecież ja ich wybrałem”. Liczą, że wskutek tego unikną więzień za to, co z nami robili przez ostatnie 85 lat.
Chodzi tylko o pic – bo gdyby wybory mogły naprawdę coś zmienić, na pewno zostałyby zakazane.
Jeśli jednak ktoś serio chciałby podnieść jakość wyborów, to na pytanie, czy powinny trwać jeden czy dwa dni – odpowiadam:
                       "DWIE GODZINY!"
W tym czasie PolSat powinien puszczać "Daleko od noszy” i "Hotel 52”, TVN "Usta–usta” i "Prosto w serce”, TVP1 "Modę na sukces” i "Klan”, TVP2 "M jak miłość” i "Rodzinkę”. Do tego jeszcze występy pp.Adama Małysza i Roberta Kubicy…
Ponieważ zaś na Ich start w październiku nie można liczyć, nie warto wyborów organizować.

Mądrze mówi pan Janusz, prawda?

środa, 9 marca 2011

Łapię chwile


Łapię każdą chwilę
Jak motyle w dłonie
I w tej chwili żyję
I w tej chwili tonę
Bo przeszłości nie ma
I nie było nigdy
Istnieje tu i teraz
A reszta to na niby

Dziś już nie…

…ale na pewno do końca tego tygodnia odpowiem na komentarze, które co chwila pojawiają się na moim blogu – z czego, nie ukrywam, jestem bardzo zadowolony.

A tak poza tym, postanowiłem urozmaicać moje posty, używając różnych kolorów czcionek, a także zmieniając ich wielkość oraz grubość w niektórych tekstach. Myślę, że to dobry pomysł. A teraz: dobranoc! 

Post o postanowieniach z okazji postu

Dziś zaczął się post. Nie jestem ortodoksyjnym Katolikiem. Nie zgadzam się z wieloma doktrynami Kościoła Katolickiego. Jednak do Chrystusa i Jego nauk jest mi z każdą chwilą coraz bliżej. Powoli utwierdzam się w tym, że jestem Chrześcijaninem. Zobaczymy, co będzie, gdy przestudiuję już całą Biblię.

Post to dobry czas na postanowienia. Mam ich już kilka. Jest wiele rzeczy, które robię, a które do niczego nie są mi potrzebne – rzeczy te nie dają mi żadnego rozwoju, nie prowadzą do niego, a wprost przeciwnie: hamują go. Dlatego w czasie tego postu postanawiam tych rzeczy, a przynajmniej niektórych z nich – zaprzestać.

Jest też wiele rzeczy, które prowadzą do rozwoju, a których nie wykonuję, z różnych to przyczyn. Tak więc w czasie tegorocznego postu postanawiam wiele z tych pozytywnych rzeczy wprowadzić w czyn. Dziś pójdę do kościoła, w którym zbierają się Katolicy (ale nie tylko), by pomodlić się o powodzenie moich postanowień. Wam także życzę, byście dotrzymali swoich postanowień.


wtorek, 8 marca 2011

O kobietach, dla kobiet



Z okazji Dnia Kobiet publikuję Mądrości Kobiet Świata, które uporządkował Paweł Jan Mróz. Zapraszam do zapoznania się z naprawdę ciekawymi cytatami niezwykłych kobiet. Nie jestem tego pewien, ale Im chyba nie była potrzebna żadna Manifa ani inna podobna jej organizacja. Bo: dla chcącego nic trudnego – i nieważne czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. A nawet jeśli byłaby Im potrzebna Manifa, to niby do czego?


Mądrości Kobiet Świata :

„Wielkim sekretem życia jest to, że nie ma wielkiego sekretu. Jakikolwiek jest twój cel, możesz tam dotrzeć jeśli masz wolę, aby na niego pracować.”
~Oprah Winfrey

"Nie liczy się, co robimy ani ile robimy, lecz to, ile miłości wkładamy w działanie."
~Matka Teresa

"Odwaga jest ceną, której życie żąda w zamian za udzielenie spokoju."
~Amelia Aerhart

"Chciałabym być królową w ludzkich sercach, ale nie widzę się jako królowa tego kraju."
~Księżna Diana

"Zbyt wielu doradców to niezgoda i zamieszanie, zamiast dobrej porady."
~Elżbieta I Tudor

"Najpiękniejszym dziedzictwem, jakie można dać dziecku, jest zezwolić mu, by szło własna drogą, wyłącznie o własnych siłach."
~Isadora Duncan

"Trzeba jakoś swoje życie przeżyć. Jeżeli chcesz utrzymać się na odpowiednim poziomie, nie masz wyjścia – musisz znaleźć jakiś ciekawy na to sposób. Nie znajdziesz go jednak, jeżeli tylko będziesz siedział na tyłku."
~Katherine Hepburn

"Moda przemija, styl pozostaje."
~Coco Chanel

"Nauka leży u podstaw każdego postępu, który ułatwia życie ludzkie i zmniejsza cierpienie."
~Maria Skłodowska-Curie

"Największym niebezpieczeństwem dla naszej przyszłości jest apatia"
~Jane Goodall

"Nie wątp nigdy, że mała grupa troskliwych ludzi mogłaby zmienić świat. Tak naprawdę to jedyna rzecz, która go kiedykolwiek zmieniła."
~Margaret Mead

„Nie troskajcie się, nie dajcie ogarnąć zwątpieniu, bo będzie z wami Jego łaska, ona was ustrzeże"
~Maria Magdalena


Ja, z okazji Waszego święta, Drogie Panie, składam Wam jak najlepsze życzenia. Napisałem dla Was krótki i prosty wierszyk (czy raczej niby-wierszyk), a oto on:

Z okazji Dnia Kobiet najlepsze życzenia
Zdrowia, radości i marzeń spełnienia
Uśmiechu na twarzy, radości w sercu
Życzę Wam szczerze w tym prostym wierszu
W tym wierszu krótkim ostatnie zdanie
Bądźcie już zawsze szczęśliwe, Panie!


Dziewczyny, nie próbujcie być słabszymi (fizycznie; psychicznie chyba często jesteście mocniejsze) i mniejszymi facetami, ale bądźcie jak najlepszymi i najwspanialszymi kobietami. To Wy jesteście płcią piękną. I tylko o Was można powiedzieć, że macie piękne ciało i umysł. I tylko kobieta potrafi tak fantastycznie czytać emocje. Tylko kobieta potrafi kochać tak mocno, że reszta nie ma znaczenia. Tylko kobieta wie, co to znaczy miłość bezwarunkowa w czynie (miłość matki do dziecka). W dzieciach jest nadzieja i przyszłość świata. Dziecko szczęśliwe to to, które czuje przy sobie kochającą, troskliwą matkę, która, jak nikt inny, potrafi zadbać o jego dobro i bezpieczeństwo. A więc nadzieja i przyszłość świata jest także w Was, Drogie Panie!




poniedziałek, 7 marca 2011

Podążać ku Doskonałości

Już myślałem, że jestem konserwatywnym liberałem. Ale chyba jednak nie jestem. Fajnie byłoby nim być – tak sobie pomyślałem. Ale by nim zostać, trzeba mieć w życiu sztywne zasady, których się nie łamie – nigdy, choćby nawet świat się walił i palił. Konserwatywny liberał posiada zasady i normy, którym zawsze pozostaje wierny.

Ale człowiek jest tylko człowiekiem. Więc jako człowiek, błędy popełnia – i czasem zdarza mu się, że postępuje wbrew swoim zasadom. Ale jako konserwatysta, zwraca się do Boga i prosi o przebaczenie i – jeśli szczerze żałuje i obiecuje poprawę – przebaczenie otrzymuje.

Jestem w trakcie czytania Biblii. Jak przeczytam całą, wtedy zdecyduję, czy chcę być konserwatywnym liberałem. Wiem, że to głupie, ale teraz tak pomyślałem. Ale chyba ateista także może być konserwatywnym liberałem, czyż nie? Pytam, bo nie jestem tego akurat pewien. Ale raczej może.

Ja nie jestem ateistą. Wierzę w Boga, ale tego ponad wszelkimi religiami. Choć ostatnio coraz bardziej utożsamiam się z Biblią i naukami Chrystusa. Być może niedługo powiem, że jestem chrześcijaninem. A może skoro zostałem ochrzczony – to nim jestem, czy chcę, czy nie.

Wartości chrześcijańskie to wartości humanistyczne i humanitarne. Nie wiem w sumie, po co je zmieniać. Jaki cel w tym mają wszelkiej maści racjonaliści. Ludzie inteligentni i mądrzy. O poglądach mocno lewicujących.

Ja sam jeszcze niedawno poglądy miałem także lewicujące. Byłem nawet za tym, żeby homoseksualistom przyznać prawa do adopcji. Tzn., żeby wyrazić się jasno: mówiłem, twierdziłem, a przede wszystkim myślałem, że gdyby zmienić mentalność społeczeństwa, pary homoseksualne mogłyby wychowywać dzieci i nikt nie szykanowałby ich, a przede wszystkim ich dzieci, a o nie tu naprawdę chodzi.

Pamiętam, jak spierałem się o to z moją koleżanką, gdy jechaliśmy samochodem z uczelni. Ona o poglądach konserwatywnych, ja o liberalnych, ale tych odchylonych mocno w lewą stronę.

Po jakimś okresie moje poglądy zmieniły się – radykalnie w drugą stronę. Z mocno lewicującego stałem się mocno prawicującym. Tak swoją drogą, o ludziach lewicy mówi się czasem lewaki, a jak się mówi o ludziach prawicy? Prawaki? A może prawiczki? Wiem, to głupie. Mam nadzieję, że nikogo tu nie obraziłem. A jeśli tak – to zrobiłem to umyślnie.

W pewnym momencie zacząłem czytać Korwin-Mikkego. Stwierdziłem, że ten facet ma mądre, trzeźwe poglądy. Mówi prawdę. Chce dobrze. Ma rację itd. To szczery, prawdziwy polityk – czyli ewenement w dzisiejszych czasach.

Nie będę się dziś dłużej nad tym rozwodził. Dziś za prawem adopcji przez homoseksualistów nie jestem. Ale też odstąpiłem od p. Janusza Korwin-Mikkego i jego radykalnych poglądów (przynajmniej od niektórych, bo wiele z nich nadal podzielam)). To bardziej celebryta niż polityk, jak powiedział o Nim Rafał A. Ziemkiewicz, którego często ostatnio czytuję.

Ale powoli „odbijam” od tego świata. Świata typowej polityki. Ważniejszy jest dla mnie rozwój. Chcę się rozwijać, by moja świadomość z każdym dniem stawała się coraz bardziej światła – i to jest dla mnie ważne. Chcę podążać swoją ścieżką. Realizować się w życiu. By stawać się dojrzalszym, lepszym człowiekiem. By być coraz bliżej Boga. By wyrażać Boga przez siebie.

Wyżej pojechałem trochę z grubej rury z tym Bogiem, prawda? Ale tu nie chodzi mi o żadne nawrócenie czy coś w tym rodzaju. O nie! Po prostu rozwijam się. A Bóg to Kreatywność, Twórczość, Dobro, Inteligencja, Miłość, Radość – i wszystko to, co najlepsze i najwspanialsze – i w tę stronę chcę właśnie podążać. W stronę Doskonałości. 

Jest już pierwszy komentarz na blogu! To chyba niezły wynik na 109 postów…

Przygotowywałem przed chwilą długi wpis o decyzji pewnej Pani Poseł, która usunęła mnie z grona facebook’owych znajomych zaraz po tym, gdy wyraziłem pod Jej statusem swoją opinię, która była sprzeczna z opinią właśnie tejże Pani Poseł. Ale z pisania zrezygnowałem. Stwierdziłem, że szkoda strzępić pióro. A od pisania o decyzjach naszych Polityków jest wiele innych – bardziej przyjemnych i pożytecznych rzeczy.

Jedną z tych przyjemnych rzeczy jest np. to, że na moim blogu pojawił się pierwszy komentarz pod moim tekstem zatytułowanym „O decyzjach słów parę”. I o tym napisać warto, tu pióra nie strzępię, a mogę je, co najwyżej, naostrzyć. Bardzo się cieszę z tego powodu, że mam pierwszy koment, że ktoś się moim blogiem zainteresował i zostawił tu swój ślad. Pozwoliłem sobie z tej okazji zacytować ten komentarz, słowo w słowo, nie zmieniając nic, ani nic nie kasując, w przeciwieństwie do niektórych salonowców. Może gdybym był tym salonowcem albo komentarz byłby niezgodny z moimi poglądami, tak też bym zrobił – usunął go w pi*du… Bo: albo myślisz i mówisz jak mainstream, albo cię nie ma, chłopie – nie istniejesz, i już! Chyba to jasne?!

A oto ten komentarz: Podjęcie decyzji to pójście którąś drogą a nie stanie na ich rozstaju :) kiedy odkładamy pewne rzeczy na potem i tak wracają jak bumerang i tu pytanie, czy warto odkładać coś na później?
M. :)

Nie będę długo komentował komentarza, a powiem tylko krótko, że myślę bardzo podobnie, z tym że uważam także, że są też takie sprawy, które potrzebują czasu – nieraz dobrze jest poczekać, zanim podejmie się decyzję, i podjąć decyzję o tym, że, póki co, decyzji nie podejmujemy żadnej. Ale to myślę ja… i pozdrawiam oraz dziękuję za koment!!

I jeszcze PS. Tak, to, co odkładamy na potem, wraca później jak bumerang.

niedziela, 6 marca 2011

Fragment książki traktujący o edukacji

Jako przyszły pedagog – formalnie stanę się nim za niecałe pół roku – postanowiłem zamieścić dziś cytat z książki, którą właśnie czytam (autor i tytuł publikacji na końcu postu). Nie będę nic więcej komentował. Do niniejszego fragmentu nawiąże kiedy indziej. A oto ten fragment:

Więc stójcie! Zawróćcie! Usiądźcie wspólnie i zbierzcie myśli. Opracujcie najwspanialszą wersję najwyższej wizji siebie, jakiej kiedykolwiek doznaliście. Następnie weźcie wartości i pojęcia, które leżą u podstaw takiej wizji i nauczajcie ich w szkołach.

Dlaczego nie wprowadzicie takich fragmentów jak…

- Rozumienie Władzy
- Pokojowe Rozwiązywanie Konfliktów
- Związki Uczuciowe i ich Składowe
- Osobowość i Samorealizacja
- Ciało, Umysł i Duch: Zasady Działania
- Rozwijanie Twórczości
- Zadowolenie z Siebie, Poszanowanie dla Innych
- Radosna Ekspresja Seksualna
- Tolerancja
- Różnice i Podobieństwa
- Ekonomia Etyczna
- Twórcza Świadomość i Potęga Umysłu
- Świadomość i Czujność
- Uczciwość i Odpowiedzialność
- Jawność i Przejrzystość
- Nauka i Duchowość

Neale Donald Walsch – „Rozmowy z Bogiem”



sobota, 5 marca 2011

O decyzjach słów parę

Człowiek czasem zmuszony jest podejmować trudne decyzje. (Ostatnio mówiłem, że nic nie muszę. Owszem, to prawda, ale jeśli chcę, by wszystko było dobrze, i chcę być człowiekiem – to powinienem, a czasem, powiedzmy, że muszę.) Decyzje, które dziś mogą wydawać się niesłuszne. Boimy się, że będziemy ich żałować w przyszłości. (Ostatnio też mówiłem o tym, że przyszłości nie ma…)

Może powinienem zrobić to inaczej? Może jutro będę pluł sobie w brodę? Może – nie wiem. Czas pokaże. Chociaż życie non stop uczy mnie jednej bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie tego, że nie ma złych decyzji. Jeśli człowiek postępuje w zgodzie z samym sobą, w zgodzie z tym, co czuje – każda decyzja z biegiem czasu okazuje się być słuszna. Teraz nasuwa się pytanie, czy postąpiłem w zgodzie z samym sobą… Ale nad tym już zastanowię się w samotności.

Postanawiam nie wnikać dalej w szczegóły moich decyzji. A zająć się chwilę w ogóle tematem „decyzje”. Ponoć to ich brak, brak decyzji, tworzy zastój, stagnację, a czasem, jak rapował kiedyś Vienio: „to niezdecydowanie tworzy kolizję” (o ile dobrze pamiętam słowa rapera; na pewno ich sens był właśnie taki).

Teraz podaję pewien przykład. Mamy taką sytuację. Dajmy na to, że małżeństwo przeżywa kryzys. Trwa ten kryzys już jakiś czas. Są coraz mniejsze nadzieje na to, że jeszcze da się związek uratować. I należy podjąć decyzję. Bo nie można już dłużej żyć w takiej niepewności, w takim konflikcie i zamęcie. Należy podjąć decyzję: albo małżeństwo robi wszystko, by uratować związek – i robią to małżonkowie wspólnie, dając z siebie sto procent – albo małżeństwo rozstaje się definitywnie.

Mamy tu sytuację, w której powinno podjąć się szybką, ale przemyślaną decyzję. Jej brak, jak mówi wielu, to błąd, to zastój. No dobra. Ale jeśli małżeństwo podejmie decyzję, że na razie nie podejmuje w tej sprawie żadnej decyzji, to czy to nie jest decyzją?

Może z tym małżeństwem to słaby przykład. Ale chodzi mi generalnie o to, że decyzja o tym, że póki co nie podejmujemy żadnej decyzji – jest także decyzją, czyli tak naprawdę decyzję podjęliśmy. A teraz skończę mój post i położę się spać – bo takową podjąłem decyzję. Amen!

PS. Dzięki, Boże, że jesteś przy mnie!

Już każdy może dodawać komentarze na blogu

Zmieniłem ustawienia bloga i teraz każdy może dodawać komentarze, nie tylko osoby zalogowane, ale wszyscy, którzy mają ochotę zostawić tu swój ślad, podzielić się swoją opinią, nawet anonimowo.

Tak więc czekam na komentarze. Będzie mi bardzo miło, jeśli się wpiszecie. A teraz życzę Wam miłego dnia!

piątek, 4 marca 2011

Czwarty wieczór z rzędu niebo gwieździste nade mną

Dziś kolejny wieczór z niebem pełnym gwiazd. To chyba już czwarty z rzędu. Przynajmniej ja tak zaobserwowałem. Czwarty wieczór pod rząd, kiedy wracam do domu wieczorem, a nade mną niebo pełne gwiazd. Dziś znajoma skomentowała na facebooku mój blogowy post wspominając coś o I. Kancie. Zaraz skojarzyło mi się z tym niebo gwieździste, o którym mówił filozof. Nad Kantem było niebo gwieździste, nade mną także, w Kancie było prawo moralne, lecz czy jest ono we mnie?…

Ktoś kiedyś powiedział, że moralność jest względna. Nie chcę mi się teraz nad tym zastanawiać. Musiałbym zapoznać się z rozumieniem moralności przez Kanta. Na pewno coś, co moralne jest dla jednej osoby, dla drugiej osoby może być niemoralne. Ksiądz z mojej parafii powiedział kiedyś, że sumienie niektórych ludzi można porównać do gumy od majtek. Im bardziej je naruszamy, rozciągamy, tym, jak ta guma od majtek, staje się coraz luźniejsze.

Człowiek czasem myśli, że czegoś by nie zrobił, a kiedy staje w trudnej sytuacji, okazuje się, że tylko myślał i robi rzeczy, o które wcześniej by siebie nie podejrzewał. Niektórzy mówią, że znamy siebie na tyle, na ile zdołaliśmy sprawdzić.

W trudnych sytuacjach człowiek potrafi zrobić rzeczy, o które by siebie nie podejrzewał. Co bym zrobił, gdyby nagle wszedł do autobusu człowiek z pistoletem w dłoni i zaczął grozić wszystkim dookoła? Jak bym zareagował, gdyby odwrócił się tyłem i miałbym szansę zadać mu cios nogą w plecy? Myślę, że bym zadał. A teraz myślę dalej. A gdybym kopnął go w plecy i w tym momencie wypaliłby jego pistolet, trafiając nabojem w głowę dziecko?

Oczywiście, w tej chwili mogę tylko myśleć. Gdyby zaistniała wyżej wspomniana sytuacja, nie miałbym czasu na myślenie. Reagowałbym instynktownie. Może jako pierwszy padłbym na kolana i błagał napastnika, żeby się zlitował. Nie sądzę, że by tak było. Ale nie mogę powiedzieć, że na sto procent by tak nie było.

Znam siebie tyle, ile zdołałem się sprawdzić i poznać. Jestem optymistą – i zawsze staram się szukać pozytywnych stron w każdym zdarzeniu. Bo nie tworzy nas to, co spotyka nas w życiu, ale nasze reakcje na te doświadczenia.

Podobno nie ma złych doświadczeń. I nic nie dzieje się przez przypadek. Niebo gwieździste nade mną dodaje mi wiary i skrzydeł. Gdy patrzę na świat i siebie z perspektywy tego nieba – wszystko wydaje się być takie małe i nic nie znaczące. Dobrze, że jest tak, jak jest, a jutro będzie jeszcze lepiej. 

czwartek, 3 marca 2011

Wszystko będzie, a raczej jest dobrze

Dziś znowu krótki wpis. Nie mam czasu, mam klika spraw, którymi muszę – a raczej powinienem się zająć. Bo: „nie muszę nic”, jak głosił napis na koszulce, którą widziałem dziś wiszącą na stoisku pod dworcem fabrycznym.

Nie muszę nic, to moja sprawa. A że chcę i powinienem to inna rzecz. A ja chcę i powinienem. Więc czas pokazać światu, że jestem prawdziwym facetem. I dalej – do roboty – do działania. Wszystko będzie, a raczej jest: DOBRZE!

środa, 2 marca 2011

Niemożliwe uczynić możliwym

I znów okazuje się, że są ludzie, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Przed kilkoma minutami pokazywali w TV faceta, który maluje wspaniałe obrazy, choć jest niewidomy. Brawo! Bo w życiu chodzi o to, by niemożliwe uczynić możliwym, jak powiedział Masutatsu Oyama.

Ja bokserem nie będę. Ale nie mam też takich marzeń. No, chyba że tajskim… bo kopnąć czasem lubię. Ale jest wiele rzeczy, które dziś są dla mnie niemożliwe, lecz co do których mam plan, by uczynić je możliwymi. Wiem, że mi się uda. Wiara czyni cuda – ale by tak było, w to też trzeba uwierzyć. 

wtorek, 1 marca 2011

Co przyjmuję na klatę – choć nie lubię tego określenia

Dziś 1-szy marca. Przełomowy moment, zaczyna się nowy miesiąc. Dobry czas na nowe postanowienia. Przyznaję, że kilka tych noworocznych złamałem. Nie udało mi się ich dotrzymać. I stało się tak nie tylko dlatego, że jestem tylko człowiekiem, jak niektórzy zwykli tłumaczyć swoje niepowodzenia. Stało się tak, przede wszystkim dlatego, że zawiodłem, czyli – mówiąc kolokwialnie, lecz łagodnie – dałem tyłka. A dałem tyłka między innymi dlatego, żem człowiek. Ale nie tłumaczę się, broń Boże.

Dziś krótko. Jest już późno, więc mój umysł pracuje na nieco mniejszych obrotach niż 10 godzin temu. Tak więc nie chcę smęcić. Tak, wiem, wiem, już zaczynam to robić. Ale zaraz skończę. Jeszcze małe podsumowanie ostatnich kilku dni.

Wczoraj zacząłem czytać „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego. Cięty facet miał język.  Naprawdę. No i ta inteligencja. Imponuje mi. W piątek zaliczyłem Metody Pracy Terapeutycznej… To pewnie dlatego, że Marysia (9-letnia córka znajomej pracującej w Monarze) narysowała mnie ze skrzydłami i aureolą nad głową. Mało tego: dorysowała mi nawet ręce. Zrobiła to zaraz przed moją „poprawką”. Jako anioł nigdy nie będę miał tak ciętego języka jak Kisiel. Szkoda. (Nigdy nie mów nigdy.)

Dalej: w poniedziałek poprowadziłem zajęcia w Monarze. Było fajnie. Nieco się stresowałem. Najbardziej dlatego, że zajęcia miałem umówione na 15:00, a przyjechałem na 16:00. Tak bardzo lubię być punktualny. Nie wiem, czemu zrozumiałem, że na 16:00. To spóźnienie skonsternowało mnie trochę, ale cóż. Czasem jestem zbyt chaotyczny – jak powiedziała pewna miła Pani Terapeutka. A inna miła Pani Terapeutka powiedziała na dodatek – dosłownie 10 minut temu – że jestem leniwy. Przyjmuję to na klatę. To nie znaczy, że się zgadzam.


niedziela, 27 lutego 2011

Opowiadanie o Władcach Czasu

Dziś, na zakończenie weekendu, zamieszczam świetną historyjkę, na którą natrafiłem – w równie świetnej i wyjątkowej książce: „Wewnętrzne przebudzenie” (Colin P. Sisson).

W dalekiej galaktyce, w środku kosmosu, żyje grupa istot zwanych Władcami Czasu. Pilnują oni całego stworzenia. Są odpowiedzialni za utrzymanie ewolucji wszystkich form życia w całym swoim dominium. Co jakiś czas któryś z nich jedzie na wakacje. Pewnego razu przyszła wreszcie kolej na Kroba. Krob udał się do agencji podróży, by znaleźć dla siebie miejsce na spędzenie urlopu.
– No cóż, panie Krob – rzekł agent – mamy wolne miejsca na dalekich krańcach naszego systemu gwiezdnego, na "Czerwonej" planecie. Może pan tam leżeć do góry brzuchem i cieszyć się wszystkimi przyjemnościami życia.
– Byłem tam ostatnio i jest tam wspaniale, ale wolałbym coś bardziej egzotycznego – odpowiedział Krob.
– To może będzie panu odpowiadała "Zielona" planeta w sektorze gwiezdnym 401. Można tam odpoczywać w idealnym spokoju i ciszy. Ostatnio jest to bardzo popularne miejsce.
– Nie – odrzekł Krob – wolałbym okolicę, w której mógłbym stawić czoło jakimś wyzwaniom. Agent zastanowił się przez chwilę i powiedział:
– Myślę, że mam coś takiego. Na dalekich krańcach kosmosu znajduje się bardzo mały sektor gwiazd zwany "Drogą Mleczną". Bóg jeden wie, skąd wzięli taką nazwę. Jest w nim "Niebieska" planeta; można tam bawić się z samym sobą i innymi Władcami Czasu, którzy spędzają tam swój urlop. Główną rozrywką jest "zabawa w chowanego". Jest bardzo popularna. Zanim pan tam pojedzie, musi pan zdecydować, ile żyć chce pan otrzymać i jaką rolę odgrywać w danym życiu. Ponieważ w naszym wymiarze nie istnieje czas, może pan dostać tyle żyć, ile pan zechce. Tam zapomni pan, kim jest, aby mógł pan szukać siebie za każdym razem – w każdym życiu od nowa. Pomiędzy życiami musi pan wybrać, w co się chce bawić w następnym życiu. Musi pan także wybrać dla siebie płeć. W każdym życiu są bardzo fajne gry i zabawy zwane rodziną lub relacjami. Te to dopiero potrafią człowieka rozśmieszyć!
Krob się zainteresował:
– To brzmi wspaniale. Proszę mi jeszcze powiedzieć o innych grach i zabawach, w których mogę uczestniczyć, podczas gdy będę próbował odnaleźć siebie.
– Och, jest ich dużo. We wszystkich może pan wziąć udział podczas swych wakacji. Bardzo popularna jest "zabawa w wojownika". W tej zabawie może pan zobaczyć, ile razy można pana zabić w bitwie albo w innych okolicznościach, w których pomaga pan innym sprawdzić to samo. To bardzo zabawna gra, a najzabawniejsze jest w niej to, że wszyscy traktują ją serio. Większość bierze w niej udział około 200 razy. Mówię panu, można umrzeć za śmiechu, taka jest fajna. Jest też zabawa w kupca. Pokazuje, ile razy można się wzbogacić, a później wszystko stracić. Bardzo interesująca, pyszna rozrywka. A co by pan powiedział na zabawę w woła roboczego? Polega ona na tym, że robi się to samo codziennie przez osiem godzin przez około pięćdziesiąt lat i dostaje za to tyle pieniędzy, by nakarmić rodzinę i od czasu do czasu się upić. Jeśli wybierze pan płeć żeńską, może pan sprawdzić, ile razy potrafi posprzątać dom i ugotować, zanim zużyje pan swoje ciało. Nie bardzo to rozumiem, ale mam wrażenie, że ta gra ma także pomóc innym urlopowiczom w zabawie, którą nazywają "narodzinami". Ale jest jeszcze lepsza: "zabawa w studiowanie" – zobaczy pan w niej, ile teorii filozoficznych można włączyć do swojej kolekcji podczas jednej gry w odnajdywanie siebie. Jeśli stanie się pan w niej dobry, może przekształcić się w "zabawę w guru", w której uczestnik myśli, że jesteś oświecony, i pomaga innym urlopowiczom bawić się w studiowanie. Lecz najpopularniejszą rozrywką jest, niech pan słucha uważnie, zabawa, która trwa równocześnie z innymi zabawami. Nazywa się "zabawą w ofiarę i cierpiętnika". Tu się pan dopiero uśmieje! Boki zrywać! Zobaczy pan, ile zwykłych sytuacji potrafi pan przekształcić w tragedię, ile razy może pan umrzeć na jakąś chorobę, ile razy spowodować, że będzie pan, jak tam mówią, nieszczęśliwy. Zdaje się, że przy tej grze trzeba tak wytrenować umysł, by potrafił negatywnie oceniać i osądzać różne rzeczy. Ja w ogóle nie mogę jej pojąć. Zdaje się, że wysyłają urlopowiczów do specjalnych szkół, by się dobrze jej nauczyli. Ale pierwsze nauki pobiera się u tych wczasowiczów, którzy bawią się w rodziców. Jak pan trochę poćwiczy, to na pewno pan się zorientuje, o co w niej chodzi.

środa, 23 lutego 2011

Setny post. Życzę sobie nieśmiertelności

Czy istnieje Bóg? Jeśli istnieje, to, czy grzechem jest zadawać takie pytania? Czy to grzech, że człowiek wątpi w istnienie Stwórcy? Przecież dowodów naukowych na to, że Bóg jest, nie ma. Ale ileż dowodów osobistych – indywidualnych przemawia za istnieniem Boga!

Gdyby po śmierci nie było nic – byłoby smutno. Przynajmniej dla mnie. Umieramy, tracimy świadomość – i nie ma nic. Nie ma nas. Trudno to sobie nawet wyobrazić. Ktoś kiedyś – nie pamiętam kto i nie pamiętam kiedy – powiedział, a może nie powiedział, tylko napisał, że dowodem na to, że jesteśmy nieśmiertelni, jest właśnie to, że nie potrafimy sobie wyobrazić sytuacji, w której mielibyśmy nie istnieć.

To prawda, trudno mi sobie wyobrazić taką sytuację. Ale nie łatwiej przychodzi mi wyobrażenie sobie kogoś, kto potrafi wszystko, kogoś, dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych. No bo co z tym kamieniem, o którym mówił Einstein? Jeżeli Bóg potrafi stworzyć wszystko, to czy potrafi stworzyć taki kamień, którego nie podniesie?

Myślę jednak, że Stwórca jest ponad tym. I to także trudno sobie wyobrazić. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz piszę tak, jakby Bóg był. Bo myślę szczerze, że Bóg jest. Wierzę w Niego. Wierzę w Boga – to moje wyznanie wiary. Być może nie jest tym – i nie jest taki, jak myślimy. Bóg – według mnie – to najwyższa Inteligencja. Bóg niekoniecznie jest tym Bogiem, a może raczej powinienem powiedzieć, że nie jest takim Bogiem, jak wydaje się wielu ludziom. Bóg nie jest takim Bogiem, jak wydaje się wielu religiom. Bóg jest inny. Jest ponad tym. A może mnie też się tylko wydaje.

Lecz jest tu rzecz, która wdaje się być pewna. Boga nie da opisać się intelektualnie. Nie da Go się opisać umysłem. Dlatego też niemożliwością jest, by zadawać takie pytania, jak Einstein, bo Bóg – po prostu – wykracza poza logikę.

Być może bredzę jak nawiedzony. Racjonaliści, kiedy będą to czytać, będą się śmiać. Błąd: racjonaliści, kiedy tylko zobaczą pierwsze zdanie mojego bredzenia, czytać zaprzestaną, nie posuną się ani o linijkę do przodu.

Sam kiedyś zwałem też siebie racjonalistą. Może nie błyszczałem tak wiedzą i intelektem, jak większość racjonalistów, ale co nie co na tematy wiedziałem – tak powiem. Tzn. interesowałem się pobieżnie historią KRK. Czytałem przeróżne publikacje na ten temat. Kilka razy dziennie odwiedzałem portal racjonalista.pl. I zastanawiałem się głęboko nad tym, czy Bóg istnieje. Ateiści mówią nie wierzę w Boga, bo nie wierzę w krasnoludki. Ja w pewnym etapie swojego życie też przestałem wierzyć w Stwórcę.

Broń Boże, nie przestałem wierzyć w Boga dlatego, żebym poczuł się przez Boga pokrzywdzony. Nawet przez chwilę nie pomyślałem o tym w ten sposób. Po prostu zacząłem analizować niektóre rzeczy. To dlatego zwątpiłem w istnienie Stwórcy.

Dziś wierzę w Boga. Łatwiej mi żyć z myślą, że On istnieje. Nawet jeśli Go nie ma – w co nie wierzę – łatwiej mi żyć ze świadomością, że On jest. Nie wychodzę tu z zakładu Pascala, że lepiej w Boga wierzyć, bo nawet jeśli Go nie ma – my na tym nic nie tracimy.

Choć może w moim myśleniu jest trochę myślenia podobnego owemu filozofowi. Uważam, że nie warto zastanawiać się przez całe życie nad tym, czy Bóg jest, czy też Go nie ma. Bo jeśli nie ma – to i co? Mamy, jak racjonaliści, przekonywać innych do tego, by w Boga przestali wierzyć. Czy ktoś tym, że wierzy w Boga, czyni komuś krzywdę? Ja nie mówię tu o szaleńcach wysadzających się w powietrze. Bo tym szaleńcom nawet najświatlejszy racjonalista nie przemówi do rozumu.

Co prawda, może racjonaliści też walczą o to, by nie produkować tych szaleńców. Może nie chcą ich nawracać, a chcą zmienić podejście społeczeństwa do tych spraw. Społeczeństwa, które szaleńców produkuje. No, ale u nas ekstremistów religijnych niedużo. Chyba że nazwiemy ekstremistką ortodoksyjną katoliczkę w moherowym berecie, dla której o. Rydzyk jest niemal Bogiem… Tak swoją drogą, to w Radio Maryja są czasem audycje warte uwagi. Przyznaję, nie słucham, ale czasem mam ochotę. Nie słucham dlatego, bo nie mam radioodbiornika. A wiem stąd, że czytam na ten temat – i słucham wypowiedzi ludzi, którzy często w RM goszczą.

Poruszyłbym temat rzekę, lecz nie zrobię tego, bo zacząłbym lać wodę. Wrócę do Boga i do wiary. Ale już krótko, bo to, co miałem powiedzieć chyba powiedziałem, a jak mi się coś przypomni, to napiszę w następnym poście.

Tak więc wierzę w Boga. Przyznaję, tak mi jest łatwiej. Wierzę w dobro, moralność, prawdę. Ponoć dziś niektórzy filozofowie mówią, że prawda nie istnieje – ale, jeśli tak jest, to czy to zdanie nie jest prawdziwe? Jest prawdą, że prawda nie istnieje. Czyli prawda istnieje.

I tu skończę mój wpis. Myślę, że starczy. Jest to setny post na moim blogu. Także, z okazji tego, życzę sobie, by moje następne sto postów było sto razy lepsze od tych stu, które już mam. I żebym żył sto lat… nie!, życzę sobie nieśmiertelności!


wtorek, 22 lutego 2011

Miał być Raj Utracony, a jest Rozmowa z Bogiem

Mam trudności połączenia z facebookiem. Pewnie jest przeciążony. Cóż, może to i dobrze. Trochę przerwy w fajsbukowaniu wyjdzie mi tylko na dobre. Wiadomości, które miałem przeczytać, przeczytałem przez pocztę elektroniczną. To mi wystarczy. Jutro na nie odpiszę.

Wczoraj zacząłem czytać książkę Johna Miltona – „Raj utracony”. Dziś, gdy tylko wróciłem do domu – jakieś półtorej godziny temu – począłem kontynuować lekturę. Lecz stwierdziłem po kilku stronach, że na razie dam sobie spokój z tą publikacją. Tym bardziej że kusiło mnie coś zupełnie innego. „Rozmowy z Bogiem”… Tak więc odłożyłem Miltona i rozpocząłem „Rozmowy…” Neale’a Donald’a Walscha’a. Nie wiem, czy dobrze odmieniłem przez przypadek imię i nazwisko autora. Ale wiem, że moja decyzja, by sięgnąć wreszcie po tę książkę, była dobra. Wszakże leżała ona u mnie na półce już ze trzy miesiące. Oczywiście – nie decyzja, a książka. Decyzja była odkładana przez trzy miesiące.

Wczoraj byłem w Konstantynowie na wolontariacie. Było – jak zawsze – bardzo miło. Spotkałem moich znajomych, których tak cenię, szanuję i lubię. Cóż z tego, że większość z nich jest niepełnosprawna intelektualnie – jak się to określa. Cóż z tego, kiedy często rozumieją i widzą oni dużo więcej, niż ludzie nazwani zdrowymi i pełnosprawnymi.

Dziś byłem na praktykach w Monarze. Tu także, jak zawsze, było przyjemnie. I tu także spotkałem swoich znajomych, których lubię, szanuję i cenię. Zresztą: myślę, że większość z nich odpłaca mi tym samym. Gdyby tak nie było, pewnie by mi to powiedzieli. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, że czasem bywam denerwujący. To wtedy, kiedy mówię – i nie dopuszczam do słowa drugiej osoby. Albo wtedy, kiedy gadam głupoty.

Dzisiaj taki szybki, niestaranny wpis. Czyli: jak zawsze. Teraz życzę wszystkim dobrej nocy. A facebook nadal nieaktywny. Cóż: pewnie przesilenie. Może społeczność fajsbukowa już za duża. Ciekawe. Poczekamy do jutra.

Ach!, wczoraj albo przedwczoraj – nieważne kiedy – widziałem fragment filmu, w którym chłopak mówił o tym, jak ogłupiająco facebook działa na ludzi. Kiedy ostatnio powiedziałeś komuś „w realu”, że go lubisz? – pytał ten chłopak. Ja odpowiadam: mówię to na co dzień, kolego. Tak więc nie mierz wszystkich tą samą miarą. Nie popełniaj tego samego błędu, co ja.

Ludzie myślą, że przez smsy czy też portale społecznościowe tracimy ze sobą kontakt. Mówią o tym terapeuci, psycholodzy i pedagodzy. Ja odpowiadam: nie wszyscy tak mają! Tak więc: spokojnie, są jeszcze ludzie, którzy nie dają się w tym wszystkim pogubić i zwariować…

poniedziałek, 21 lutego 2011

Gentelwoman


Zastanawiam się, czy jest coś takiego jak gentelwoman. Wątpię, raczej nie. To znaczy: nie ma teoretycznie, bo w praktyce gentelwoman istnieje. Istnieje, wiem o tym, bo sam gentelwoman nieraz spotykam.

Najczęściej widuje je w busach, autobusach, tramwajach i tym podobnych. Gentelwoman kiedy mnie tylko widzi, wstaje, by ustąpić miejsca. Jest spostrzegawcza, jak to kobiety, widzi, że nie mam się jak trzymać, więc zwalnia mi siedzenie.

Zawsze wtedy się uśmiecham, dziękuję i mówię, że postoję. Lubię stać i świetnie ze staniem daję sobie radę: czy to w pędzących busach, jadących autobusach, czy sunących torami tramwajach. Gentelwoman najczęściej wtedy także się uśmiecha, a potem z powrotem zajmuje swoje miejsce. Choć, nie powiem, miałem przypadki, w których gentelwomanki łatwo nie dawały za wygraną. Masz usiąść – i koniec. Zdarzało mi się, że – owszem – siadałem, ale to wtedy, gdy nie miałem siły i ochoty na wymianę niepotrzebnych zdań.

Ale były także sytuacje, kiedy gentelwomenki były wojownicze, a i ja łatwo nie chciałem odpuścić. Zdarzyła mi się raz dyskusja, która trwała dosyć długo. Każde z nas – ja i gentelwomenka – wymieniło co najmniej po dziesięć zdań typu: „- Siadaj! - Nie, dziękuję! - Siadaj! - Naprawdę, nie chcę, dziękuję. - Ale siadaj! - Ale ja dziękuję. - Siadaj…”

Trwało by to do znudzenia. Jednak w pewnym momencie rzekłem, w miarę dobitnie, żeby mnie gentelmenka nie uszczęśliwiała na siłę. No i poskutkowało. Ale, przyznam, nie było łatwo. Potem zaczęliśmy rozmawiać i dowiedziałem się, że owa gentelwomenka chce zostać policjantem lub komornikiem, ewentualnie strażakiem. Przyznała się także, że lubi rządzić i wydawać rozkazy. Taki typ kobiety.

Nie chcę tu dyskredytować gentelwomenek. Nawet wtedy, gdy próbują uszczęśliwić na siłę. Wprost przeciwnie. Mam o nich jak najlepsze zdanie. I tutaj dziękuję wszystkim tym, które kiedykolwiek chciały ustąpić mi miejsca. Ale pamiętajcie: ja lubię stać.

A ubolewać mogę tylko nad tym, że gentelmanów spotyka się coraz rzadziej. Ktoś powiedział, że faceci niewieścieją. Być może właśnie tak jest. Sam się nad tym zastanawiam, kiedy jadę busem, a siedzenia zajęte są przez młodych – 20-esto, 30-esto, 40-estoletnich – mężczyzn, a obok stoją panie z ciężkimi torbami.



niedziela, 20 lutego 2011

Kilka moich niby-wierszy

Dziś, z okazji niedzieli, postanowiłem opublikować kilka moich – nazwijmy to – niby-wierszy, które jakiś czas temu – prawie rok wstecz – zamieściłem na „portalu-pisarskim”. Niektóre z nich są nieco infantylne, ale cóż… taki właśnie czasem jestem! Wybaczcie mi także mój słaby warsztat… Ale jeszcze wszystko przede mną, a z każdą chwilą jest coraz lepiej!


Dziękuję Ci – dedykowane dla M.

Dziękuję Ci, że jesteś ze mną tu.
Że czuję Twój zapach, że dotykasz mnie znów.
Że mogę patrzeć w Twoje oczy radosne.
Dziękuję Ci, że jesteś ze mną w tę wiosnę.
Nasze uczucie wciąż kwitnie,
Każdego dnia dojrzewa.
I choć czasem spadają liście,
Wiatr nie przewraca drzewa.
A kiedy przyjdzie huragan -
Chwyć mnie mocno za szyję.
Zobacz - drzewo upada,
A nasza Miłość wciąż żyje.


Dotknij dłonią

Dotknij dłonią mojej piersi -
Poczuj, jak bije me serce.
Wali mocno niczym młot:
Coraz szybciej, coraz prędzej.
Wierz mi, ma tak zawsze,
Kiedy blisko obok jesteś.
Kiedy czuję Twój zapach,
Który miesza się z powietrzem.

Kiedy mówisz do mnie szeptem,
Przechodzą po mnie dreszcze.
I niczego więcej nie chcę -
Tylko Ciebie chcę wciąż więcej.
I niczego już nie pragnę -
Tylko Ciebie mieć tu zawsze.
By od nowa całą dokładnie
Poznawać Cię za każdym razem.

I przeżywać tę ekstazę.
Jak wtedy - pamiętasz?
Kiedy po raz pierwszy
Cała naga, uśmiechnięta
Leżałaś obok, na polanie,
Z głową na mej piersi.
To było jak szalony taniec -
Ten gorący seks pierwszy.

Dotknij dłonią mojej twarzy -
Wtedy poczujesz to ciepło.
Chciałbym poznać wyrazy,
Które opiszą to piękno.
Co mnie w Tobie urzekło -
Nie znam słów tych niestety.
Lecz me serce w pół pękło,
Gdy poznałem Cię wtedy.


Chwilo, trwaj!

Wczorajszy dzień puściłem z dymem.
Przeszłości nie ma.
Dziś zapomniałem, kim wczoraj byłem.
To zbędny temat.
Po co rozmyślać, po co roztrząsać?
To niepotrzebne.
W chwili obecnej lepiej pozostać.
Chwilo, trwaj we mnie!

Nie przypominam sobie tych czasów.
Kiedy to było?
Już nie pamiętam poprzednich wczasów.
Mówię: trwaj, chwilo!
Te stare związki, starzy znajomi.
I przyjaciele.
Nie rozmawiajmy dzisiaj już o nich.
Bliznach na ciele.

Więc powtarzam dziś po raz wtóry.
Chwilo, trwaj, jesteś piękna!
I nie miej żalu do mnie o bzdury.
Że cię przestanę jutro pamiętać.
I się nie gniewaj, taki twój żywot.
Twe przeznaczenie.
Za kilka chwil będziesz nieżywą.
Bo umrzesz we mnie.


Odleciałem

I znów odleciałem,
Po same chmury – tam wysoko.
Znów się zapomniałem,
Znów rozpłynąłem się jak obłok.

Z wiatrem tańczyłem,
A słońce grzało moją twarz.
I znów chwilą żyłem,
I przestał istnieć dla mnie czas.


Chwyć mnie za rękę,
Podnieś głowę, spójrz na niebo.
Życie jest piękne,
A my i cały świat to jedno.

Masz w sobie wiarę,
Która przenosi wielkie góry.
Masz siłę i talent,
Razem zburzymy wszelkie mury.


Umiem latać

To, że umiem latać - od dziś nie jest tajemnicą.
Wyjawiam to - a co tam! - niech się wszyscy dowiedzą.
Od teraz dewotki mnie straszyć będą gromnicą.
Jutro ci w kitlach z kaftanem po mnie przybędą.

Kilka mocnych zastrzyków dadzą - trza uśpić wariata.
Nogi przymocują na pasy - niech się tu tylko nie rusza.
Tak głośno krzyczał, tak wrzeszczał - niech se teraz polata.
Ciekawe, kto pierwszy uleci - ptak czy jego dusza?

To, że umiem latać, dla niektórych jest nierealne.
Jest dziwne lub niepojęte - niektórzy w to nie wierzą.
Nikt nigdy nie zapytał mnie, czy latanie jest fajne.
I jak dalej pytać nie będą - nigdy się nie dowiedzą.

I nie posiadam skrzydeł jak ptak czy jak anioł biały.
Ani śmigła jak helikopter, które by się kręciło.
Lecz z góry spoglądam na ludzi małych jak karły.
Co ulicami jak w labiryntach na oślep gdzieś idą.

Chmury to moje siostry, me przyjaciółki najdroższe.
Wiatr to mój brat - oddany, wierny - jest zawsze obok.
W tym towarzystwie czas płynie błogo -życie jest prostsze.
W dzień tańczę z powietrzem, nocą do snu tuli mnie obłok.

To, że umiem latać - to nie są cuda żadne ni czary.
Jeśli byś chciał lub chciała - niżej podaję ci przepis.
Do szczypty miłości daj garść siły, trzy tony wiary.
Wszystko wymieszaj dokładnie, wypij, potem odlecisz.