Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 czerwca 2012

Opowiadanie o pewnych ideałach


Wszedł do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed wejściem.

„Dzień dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała  4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał reszty.

„Co u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni. „Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem. Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć zdrajców” – przeczytał.

Zaczął mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie – Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w więzieniu politycznym.”

Sprzedawczyni spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet – pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78 kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.

Był od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała, nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy miała diametralnie inne niż te pana Michała.

W towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki, ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i sprzeczne z nim – to zło.

A gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny. Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.

Raz się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na pana Michała, który nawet nie drgnął.

Był odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie. Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim, opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.

„Panie Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak to co?” – spytała, podchodząc do niego.

Stali w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się zszokowany.

Poczuł konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam! I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak, że bardzo mu się to podoba.

Milion myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele – pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz, suko!” – wykrzyknął.

Trzymając lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.

Pani Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.

Wiedział, że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.

Zobaczył tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem w stronę przystanku.

Wbiegł do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać, co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili, zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu. Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.

Przed nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem, uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna w stronę kolegów.

Za chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn, w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich. „Faszystowskich gazetek się zachciało!”

Pan Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.

Pan Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju, jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku, zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi osłaniał się pan Michał.

W tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i pałkami w rękach.

Młodzi mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie Biała Droga.

Jeden z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał: „Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok. 50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej nić wy!?”

Reprezentant Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę tramwaju.

Trzej chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać oponentom solidny wycisk.

Rozpoczęła się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.

Przygoda pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę… 

wtorek, 13 marca 2012

Świat Rafaela - cz. IV (Noc, której nie było)

Obudził go trel skowronków dochodzący zza okna. Przetarł oczy, spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 9:00. Czuł się świeżo. Wyspany, wypoczęty, a zarazem dumny z siebie. Wczoraj jego siła charakteru przetrwała trudną próbę. Ktoś mógłby powiedzieć, że trudne próby swej siły charakteru to przechodzą żołnierze na wojnie. To fakt. Ale nie ulec pokusie, w jaką obleczona jest piękna, seksowna, chętna kobieta – to nie lada wyczyn. Jemu to się udało.

Przemknęło mu przez głowę kilka myśli. Co też by się stało, gdyby wczoraj pokusie uległ i został na noc u swojej sąsiadki. Teraz pewnie obudziłby się z kacem. Ten moralny doskwiera i męczy człowieka najmocniej. I tak też teraz byłoby w jego przypadku. Doszedłby do tego ból głowy po alkoholu. Nic przyjemnego.

I co z tego, że obok niego leżałaby piękna, naga kobieta? Piękna, naga, ale nie jego, a cudza. Dekalog mówi – nie będziesz cudzołożył. I tak złamał nakaz, który mówi o tym, że nie będziesz pożądał żony bliźniego swego. Ale, jak mniemał, lepiej pożądać w myśli, niż posiąść w rzeczywistości.

Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Sara, ubrana w błękitny, krótki – sięgający do połowy ud – szlafrok, usiadła obok niego, kładąc mu swą kobiecą, delikatną dłoń na kolanie, a potem poczęła ją przesuwać w stronę ud i wyżej. Czuł podniecenie. To fakt. Jednak w pewnym momencie jakby się przebudził. Zastanowił. Pomyślał, że chciał uchodzić za człowieka prawego, a to, do czego za chwilę mogło dojść, bynajmniej prawą rzeczą nie było, a wprost przeciwnie. Sam fakt, że trafił do domu Sary nie był już w porządku.

Przebudzenie przyszło nagle. Otrząsnął się w myślach. Wstał i spojrzał na Sarę, po czym rzekł:
- Przepraszam, ale nie mogę. Choć bardzo bym chciał – nie mogę. To byłoby nie w porządku. Czułbym się źle. Zresztą – ty chyba także.
- OK. – odezwała się Sara. – Rozumiem to. Ale po co ten wykład?
- Po prostu chcę ci powiedzieć, że fajna z ciebie kobieta, ale nie możemy…
- OK., rozumiem. Coś jeszcze?
- Nie. To wszystko.
- A więc dobranoc.
- Dobranoc. – Mężczyzna opuścił mieszkanie sąsiadki.

Mimo tego, że wczorajszy wieczór nie należał do najprzyjemniejszych, Rafael czuł się dzisiejszego ranka bardzo dobrze. Humor mu dopisywał. Miał świetne samopoczucie, między innymi dzięki dumie z samego siebie, a raczej ze swojego wczorajszego zachowania. Czy to już pycha? – teraz nie chciał się nad tym zastanawiać.

Wstał. Poszedł do łazienki. Wziął prysznic. Ubrał się. Dziś postanowił pisać do popołudnia. O 17:15 miał umówione spotkanie z Katien, koleżanką z pracy. Teraz, zanim zasiądzie do komputera, by kontynuować swoje opowiadanie, miał trochę czasu dla siebie. Poczuł głód. Poszedł po bułki, masło i żółty ser. Jaka piękna pogoda – pomyślał, gdy tylko wyszedł z klatki na świeże powietrze. Spojrzał na parking przed blokiem. Zdziwił się, gdy zobaczył męża Sary wraz z trójką dzieci, wychodzących z wielkiego, czarnego, nowego forda, a potem zmierzających w stronę miejsca, które właśnie opuszczał – miało ich nie być przez cały weekend. Jaka piękna rodzina – pomyślał, uśmiechając się pod nosem. Teraz już mógł się domyślić, co by się stało, gdyby został u sąsiadki na noc. 

wtorek, 6 marca 2012

Świat Rafaela - cz. III (Jak dama i gentelman)

Skończył pisanie po godzinie 22-ej. Poczuł głód. Na szczęście pizzeria znajdująca się nieopodal bloku, w którym mieszkał, czynna była do 23:00. Poszedł do łazienki, gdzie nieco się odświeżył, następnie założył na siebie koszulkę i spodnie, narzucił cienką kurtkę i wyszedł z mieszkania.

Mieszkał na trzecim piętrze. Schodząc po schodach, spotkał sąsiadkę, która mieszkała na samej górze i właśnie skądś wracała. Lubił ją. Ona jego chyba też. Zawsze gdy się mijali, pozdrawiali się serdecznie, uśmiechając do siebie. Bywało, że ze sobą flirtowali, oczywiście tak niewinnie, bez zbyt mocnych podtekstów.

- Dobry wieczór, Rafaelu, a dokąd to o tej porze? – sąsiadka, która od zawsze zwracała się do chłopaka na ty, była ewidentnie w dobrym humorze.
- Witaj, Sara, idę po pizze. Może chcesz zjeść ze mną? – on także zwracał się do niej jak do znajomej, po imieniu. A że był osobą bardzo bezpośrednią, najpierw mówił, potem myślał i, jak pewien celebryta, modlił się, by to, co powiedział, nie wywołało żadnych negatywnych skutków.  Nie zawsze jego modlitwy były wysłuchane – no, ale jak wiadomo: jeśli człowiek prosi, by Bóg zachował go od choroby, to powinien zwracać się o zdrowie, a nie o brak schorzeń.

Sara była starsza od niego o kilka lat. Jeszcze trochę, a mówić o niej będą – kobieta przed czterdziestką. Ubierała się zawsze elegancko. Pracowała w kancelarii, była adwokatem. Dziś miała na sobie czarny płaszcz, spod którego wystawała ciemna spódnica. Na nogach miała czarne rajstopy i buty – pół-kozaczki – na szpilce.

- A chętnie! – rzekła Sara, zaskakują tym Rafaela. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Zmieszał się przez chwilę. Ale za moment znów odzyskał panowanie nad sobą. Lubił kontrolować sytuację, a żeby to robić – musiał najpierw nauczyć się kontrolować siebie.
- OK.! Bardzo mnie to cieszy - powiedział.
- Mąż razem z dziećmi – miała dwie córki i syna – wyjechali na cały weekend do rodziców na wieś. Dziś była taka ładna pogoda. Niech korzystają z pierwszych słonecznych dni wiosny. – Sara wyciągnęła z torebki portfel, sięgnęła do środka, wyjęła 50 zł. i, chcąc wręczyć je Rafaelowi, rzekła:
- Kup pizze i jakieś piwa. Dawno nie piłam piwa, mam dziś na to wielką ochotę.
- Dobrze, kupię, ale nie chcę pieniędzy. Mam swoje. Postawię!
- Pewnie książki się dobrze sprzedają – uśmiechnęła się kobieta – mam wszystkie! Ale o tym pogadamy za parę minut, jak wrócisz. Bądź u mnie kwadrans po 23-ej – mówiąc to, ruszyła schodami do góry.

Kiedy czekał na pizze, w jego głowie pojawiały się różne myśli. Zastanawiał się, co też może się stać dzisiejszego wieczoru. To nie jest takie niewinne i normalne, by zapraszać swojego sąsiada na pizze i piwo o godzinie 23:15 do domu podczas nieobecności męża. Hm – myślał – a może tylko moja głowa czyni różne projekcje? Może to tylko zwykła sąsiedzka wizyta? Późna, bo późna – a niby kiedy mieliby się spotkać, jeśli ona wciąż pracuje, nie ma jej w domu, a on, choć często w nim przebywa, to prawie zawsze jest zajęty? A o relacje sąsiedzkie trzeba dbać. Chyba jestem trochę naiwny – pomyślał. To fakt – był. Sam już nie wiedział, co ma o tym sądzić. A tam – rzekł do siebie pod nosem – za chwilę się wszystko okaże.

Zdziwił się, gdy otworzyła drzwi. Można powiedzieć, że nieco opadła mu szczęka. Ale tylko nieco. No bo co w tym niezwykłego? Miała na sobie błękitny szlafrok sięgający do połowy ud. Hm, zwykły szlafrok… - myślał.

Sara miała ciemne, niedługie włosy. Rafael lubił brunetki. Gdzieś kiedyś przeczytał, że chłopcy wolą blondynki, a mężczyźni – właśnie brunetki. Ale potem powiedziała mu znajoma, że ponoć blondyni wolą brunetki, a bruneci blondynki. Uwierzył jej. Był blondynem.

Zaprosiła go do dużego pokoju.
- Usiądź sobie, proszę – wskazała skórzaną sofę, na której młody mężczyzna zaraz zajął miejsce.
Sara nalała napój chmielowy do grubych kufli posiadających wielkie uchwyty.
Usiadła niedaleko niego, podała mu piwo i talerz, na którym leżał kawałek pizzy polany dwoma sosami – czarnym i czerwonym. Rozpoczęła rozmowę:
- Posiadam wszystkie twoje książki, wiesz? Mało tego, każdą z nich przeczytałam z wielką uwagą, nawet po kilka razy. Każda z nich mnie wciągnęła, pochłonęła całą.
- To miłe – uśmiechnął się Rafael.
- Powiem ci nawet, ale tak w sekrecie, że niejeden wieczór wolałam spędzić z twoją książką, niż z moim mężem, który od jakiegoś czasu jest strasznie monotonny. Nie to, co twoje publikacje, w których nigdy nie wiadomo co za chwilę się stanie. Każda kolejna strona owiana jest tajemnicą. To takie romantyczne. – Tak, pomyślał Rafael – nigdy nie wiadomo co się stanie. Ja, niestety, także tego nie wiem. Powoli zaczynam tracić kontrolę, przestaję panować nad sytuacją, a to dobre bynajmniej nie jest dobre.

Kobieta położyła dłoń na jego kolanie. O nie – tego już za wiele! – pomyślał chłopak. Chodzę do kościoła, czytam Biblię, chcę być prawy – właśnie: chcę! – a tu pozwalam sobie na tego typu zachowania. Cudzych kobiet się nie rusza! Prawdziwy gentelman wstałby w tej chwili, przeprosił i powiedział, że – choć bardzo by chciał, to pod żadnym pozorem – nie może, po czym usiadłby od damy trzy metry dalej. No, ale on chyba nie był prawdziwym gentelmanem, bo gdy dłoń kobiety z kolana, poprzez udo, podążyła na jego rozporek, nie mówił nic, wcale nie protestował.
- To prawda, co piszesz w swoich książkach: lubisz starsze od siebie, zajęte kobiety? 

sobota, 3 marca 2012

Świat Rafaela – cz. II (Prezent od nieznajomego)

Mężczyzna ponownie zajął miejsce w niskim fotelu. Spojrzał na ekran monitora. Zapisał już kilka wordowskich stron. Telefon, który dzwonił chwilę temu, sprawił, że opuściło go natchnienie. Zamknął powieki. Wykonał kilka głębokich wdechów, za każdym razem długo wypuszczając powietrze z płuc – to zawsze działało. Otworzył oczy i zaczął pisać.

Ponownie sobie przypomniał spotkanie pod kościołem. Nieznajomy mężczyzna w brudnym garniturze i kapeluszu, z którego gołębie zrobiły sobie WC.

- Pamiętaj, chłopcze, nigdy nie głosuj na Jarkaczafiego. Nie słuchaj Radia Padre Fizyko, nie oglądaj telewizji Kram. O, i jeszcze jedno – nie czytaj Obcego Dziennika. To wszystko faszyści.
- Tak pan myśli? – spytał Rafael.
- A owszem, tak myślę, bo tak właśnie jest!
- To na kogo mam głosować, kiedy będą wybory?
- Jak to na kogo! Jak to? To ty nie wiesz? – nieznajomy mężczyzna wydawał się być naprawdę zdziwiony. – Oczywiście, że na Tego Co Spalił Płot.

Ten Co Spalił Płot znany był jako polityk, który odbijał bardziej na lewo niż sam Sojusz Lewych Dochodów. Ten Co Spalił Płot założył nawet swoją partię – Ruch Spalonego Płotu. Znienawidzony przez wspomnianego Jarkaczafiego i jego faszystowskie ugrupowanie Populizm i Socjalizm, nie pozostawał dłużny i również odpłacał im pięknym za nadobne.  

Takie rzeczy opowiadał pod kościołem nieznajomy mężczyzna Rafaelowi. Ten, nadal paląc papierosa, a po każdym zaciągnięciu kaszląc i krztusząc się, słuchał tych dywagacji z nieudawanym zainteresowaniem. Zresztą: Rafael był to typ człowieka, który udawać nie umiał. Kiedy go coś nie interesowało, dawał tego znaki. Lub po prostu mówił to wprost.


Nieznajomy kontynuował:
- Dziwię się też tobie… Jak ty właściwie, chłopcze, masz na imię? – spytał.
- Rafael – odpowiedział.
- A więc dziwię się tobie, Rafale…
- Rafael, a nie Rafał, proszę pana.
- A więc, Kafael – Rafael postanowił już go nie poprawiać – dziwię się tobie, że ty, taki młody, piękny i z pewnością inteligentny, co da się wyczuć na odległość, mężczyzna chodzi do takich miejsc jak to – tutaj nieznajomy wskazał ręką na kościół.
- A czemu miałbym tu nie chodzić? – zdziwił się młody mężczyzna.
- Czyli wierzysz w Boga? – spytał człowiek w kapeluszu.
- Tak, wierzę.
- Znasz jakieś dowody na Jego istnienie? – nieznajomy drążył temat. – Jeśli tak, to proszę, słucham, powiedz mi o nich. Też chciałbym je poznać. To może być ciekawe. No, chłopcze, na co czekasz! – Rafael poczuł konsternację. Zmieszał się. Czerwień wystąpiła na jego twarz. Myślał. Dowody na istnienie Boga? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Dla niego Bóg istniał i już. Nieznajomy zaczął się głośno śmiać. Pod kościołem nie było już nikogo. Zostali tylko we dwoje.


- Chłopcze, nie bądź głupi jakżeś mądry! Boga nie ma i nigdy nie było.
Mężczyzna w kapeluszu zaczął grzebać ręką pod marynarką. Po chwili wyciągnął stamtąd książkę i wręczył ją Rafaelowi.
- Proszę, Rafale – młody mężczyzna nadal go nie poprawiał. Wziął książkę i spojrzał na tytuł – „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyk Nietzsche. – Przeczytaj sobie. A kiedy skończysz, proszę o zwrot – nieznajomy podał chłopakowi pogiętą kartkę z naskrobanymi, jakby kura pazurem, krzywymi literami – tutaj mnie znajdziesz. A teraz leć do domu, bo już czas. Aha! Jeszcze jedno. Nazywam się Ten Którego Imienia Się Nie Wymawia – nieznajomy mężczyzna się zaśmiał, a Rafaelowi po plecach przeszły ciarki. – Ale nie bój się mnie: nie taki diabeł straszny… - Ten Którego Imienia Się Nie Wymawia śmiał się nadal. – I jeszcze jedno: kiedy przekroczysz próg domu, pamiętaj, nie zapominaj o tym, by przywitać domowników pozdrowieniem – Niech będzie pochwalony… - Rafael spojrzał na książkę. Kiedy podniósł głowę, Tego Którego Imienia Się Nie Wymawia już nie było.

Młody pisarz znów przerwał pisanie. Spojrzał na półkę, która wisiała nad komputerem. Szybko znalazł wzrokiem „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego. Znów w myślach powróciła przygoda, która nie skończyła się tamtej niedzieli. To był dopiero początek. Przypomniał sobie dzień, kiedy poszedł zwrócić pożyczoną rzecz. Sprawy potoczyły się zgoła inaczej, niż sobie to wtedy wyobrażał. Teraz ściągnął z półki książkę Nietzschego. Chwilę się zastanowił. A może powinienem przeczytać ją raz jeszcze? E tam, to publikacja dobra dla lewaków, a ja nim nie jestem. „Bóg umarł” – jak głosił Fryderyk Nietzsche, ale to na grobie filozofa ponoć napisać miano: „Nietzsche nie żyje” – Bóg.


Świat Rafaela - cz. I (Spotkanie pod kościołem)

Zajął wygodne miejsce w niskim fotelu znajdującym się na wprost monitora i klawiatury komputerowej. Rozgrzał palce u dłoni, otworzył plik Worda i zabrał się za pisanie. Postawił pierwsze zdanie na białej kartce. Chwilę się zastanowił, pomyślał. Zaznaczył napisany tekst kursorem i zmienił styl czcionki na swój ulubiony.

Tak, teraz to wygląda zdecydowanie lepiej – pomyślał. Tak… Ale o czym właściwie mam pisać? – powątpiewał. Znowu o seksie? Przecież o seksie piszą głównie lewacy, a ja nie zaliczam się do ich grona. Tak myślał o sobie.

Pisał o seksie bardzo często. Przychodziły mu do głowy myśli, że może to już uzależnienie. Czytał gdzieś na ten temat. Ponoć jeśli mężczyzna przeżywa w ciągu tygodnia 7 orgazmów lub więcej, znaczy to, że jest seksoholizm. Spojrzał na swoje gładkie dłonie. Na szczęście nie mam jeszcze odcisków na palcach – uśmiechnął się pod nosem i do siebie w myślach.

Napisał i wydał 4 książki, a każda z nich, choć przed napisaniem zakładał inaczej, nawiązywała do seksu. Co prawda unikał zbytnich szczegółów erotycznych, choć opisy tego typu scen były jego mocną stroną. Musiał się powstrzymać, zachować to dla siebie, ugryźć się w język, stępić nieco pióro, by nie wyszła na jaw jego obsesja tym tematem, którą niewątpliwie miał.  

Ktoś kiedyś powiedział: seks nie jest od tego, by o nim mówić – tudzież pisać – ale od tego by go uprawiać. Z uprawianiem seksu, jak jakiejś dyscypliny sportowej, mężczyzna problemów nie miał żadnych. Ciągle wdawał się w jakieś romanse. Najczęściej z mężatkami. Myślał, że to nie jest do końca normalne: mam 31 lat i wciąż jestem kawalerem, ba – nie mam nawet narzeczonej, dziewczyny – ba!: nawet przyjaciółki… Tak, to nie jest normalne, żeby nie powiedzieć, że to jest – chore…

Wiedział, że coś jest z nim nie tak. Tym bardziej, iż mocno wierzył w Boga. Ktoś by mógł powiedzieć, że jeśli mocno by w Boga wierzył, postępowałby zgodnie z Jego Prawem i nakazami, a w Piśmie Świętym, które czytał każdego dnia, napisane jest, że nie będziesz pożądał żony bliźniego swego. On nie tylko pożądał, ale i zaliczał.

Swoje niecne postępowanie tłumaczył sobie tradycyjnym myśleniem o tym, że człowiek ma słabą naturę, dlatego też grzeszy, postępuje wbrew Bogu i Jego Prawom. To prawda – myślał często – ale jako wierzący, powinienem walczyć ze swymi słabościami, a, niestety, nie robię tego.

Nagle przypomniał sobie, pozornie nie związaną z jego rozmyśleniami, pewną sytuację, która miała miejsce dwa lata temu w wakacje. Wyszedł z tłumem wiernych z kościoła po niedzielnej mszy świętej. Kiedy doszedł do bramy wyjściowej z terenu kościoła, zatrzymał go pewien mężczyzna w kapeluszu i postrzępionym garniturze.
- Przepraszam uprzejmego pana, czy posiada pan może zapałki? – zagadał nieznajomy.
Wszakże zapałek nie miał, ale posiadał zapalniczkę, którą wyjął z kieszeni i podał mężczyźnie w kapeluszu.
- Może poczęstuje się pan papierosem? – mężczyzna wyciągnął w jego stronę dłoń, w której trzymał czerwoną paczkę, z której wystawały papierosy bez ustników.
- A chętnie – rzekł Rafael, choć zdecydowanie wolał te tradycyjne w dzisiejszych czasach, może nieco bardziej ekskluzywne – papierosy z pomarańczowym z ustnikiem. Chciał być kulturalny. Nie lubił robić przykrości innym ludziom, nawet w tak błahych sprawach.

Rozpalił papierosa, zaciągnął się i zaczął krztusić i kaszleć. Jejku, co to? – pomyślał i spojrzał na markę, której nazwa znajdowała się na bibułce. Devil’s – przeczytał słowo. Hm, jakaś dziwna... Ale, jak to się mówi, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.

Nieznajomy zaczął mówić:
- Pamiętaj, chłopcze, nigdy nie głosuj na Jar-kaczafiego i jego zawistną bandę, bo zanim się obudzisz – z ręką w nocniku, oczywiście – zobaczysz, że prócz nocnika nic tobie nie zostało.
Mówi trochę od rzeczy – pomyślał Rafael i zlustrował mężczyznę od stóp do głowy. Na nogach miał czarne męskie, upaprana w błocie, lakierki. Granatowe spodnie od garnituru były ewidentnie za krótkie. Chyba dawno nie widziały proszku i wody. Na prawym kolanie miały dziurę wielkości trzech 5-cio złotówek. Marynarka była wyświechtana, a spod niej wystawała – kiedyś pewnie biała, dziś pożółkła koszula. Twarz mężczyzny była nieogolona, cała zarośnięta. Na głowę wciśnięty miał czarny kapelusz, na który kiedyś narobiły gołębie. Dziwny typ – pomyślał Rafael i zaciągnął się papierosem, po czym znów począł kaszleć.

Chłopak nawet nie wiedział kiedy jego palce zaczęły przemieszczać się, jak w tańcu, po klawiaturze. Stawiał kolejne literki, które tworzyły słowa, słowa budowały zdania, aż wreszcie cała biała strona wypełniła się czarnym drukiem. Tak, to dobry pomysł – myślał, nie przerywając pisania – opiszę tę przygodę, która przytrafiła mi się dwa lata temu. Pisarz dostał natchnienia.

Pisał i pisał, i pisał…

Nagle zadzwonił telefon znajdujący się na biurku obok klawiatury. Rafael spojrzał na wyświetlacz, na którym pojawiała się i znikała – na zmianę – nazwa kontaktu: „Katien Praca”.
- Halo, Katien – rzekł do słuchawki.
- Witaj, Rafaelu, musimy się spotkać – usłyszał znajomy głos koleżanki z pracy.
- OK. Kiedy?
- Masz czas jutro południu, tak ok. 17:00?
- Tak, mam. Jutro jest sobota, więc odpoczywam. A czy coś się stało?
- Powiem ci wszystko, jak się spotkamy. Jutro o 17:15 w „Galerii Nowoczesności”. Pasuje?
- Tak.
- A więc do jutra.

Katien się rozłączyła. Rafael przez chwilę zastanawiał się, co też mogło się stać. Pewnie jakieś sprawy związane z firmą. Nie ma co – pomyślał, poczym usiadł na fotelu, by kontynuować zaczęte dzieło.  

czwartek, 1 marca 2012

Krótka bajka o związkach


Związki między kobietą i mężczyzną nie są łatwe. Na początku zawsze jest zauroczenie, zafascynowanie, zakochanie i wiele innych uczuć, które pozytywnie oddziałują na oboje kochanków, przyciągając ich do siebie. Mówiąc kochanków, nie sprowadzam wszystkiego do poziomu łóżka. Przecież nie zawsze para musi tam kończyć. Czasem jest to np. pralka.

Kiedy zadzwonił telefon, Anna leżała nieruchomo na łóżku, i patrzyła w sufit. Dopiero po trzecim sygnale postanowiła się podnieść. Podeszła do stołu, chwyciła komórkę i spojrzała na wyświetlacz. „Marcin? Czego on znowu chce…” – pomyślała.

- Cześć, kochanie – usłyszała, kiedy przyłożyła telefon do ucha.
- Cześć – odpowiedziała, ale nie tak entuzjastycznie jak rozmówca po drugiej stronie.

„Czego on chce? O co mu chodzi? Przecież jasno dałam mu do zrozumienia, że nie chcę z nim być. Mówiłam mu, że o związku ze mną może zapomnieć, i wybić to sobie raz na zawsze z głowy. Czy on musi być taki upierdliwy!?” – te myśli zdążyły przemknąć jej przez głowę, kiedy Marcin mówił:
- Kochanie, spotkamy się?
„Boże, jaki on infantylny!”
- Nie, nie spotkamy! – rozłączyła się, po czym rzuciła telefon na stół.

Poznali się jakiś miesiąc temu, w kwietniu. Spotkali się w busie. On pierwszy zagadał do niej, ona, choć nie był w jej typie, dała mu swój numer telefonu. Nie miała wtedy nikogo, jak przez większość swojego życia – była sama. Potem spotkali się już dwa dni później. Na pierwszą randkę przyjechał swoim starym BMW. Zabrał ją na przejażdżkę. Pojechali do lasu. Był trochę nieśmiały. Ona, choć pięć lat młodsza, nieco go ośmieliła. Jednak nie było nawet w połowie tak miło, jak się spodziewała. „Trudno, takie jest życie” – pomyślała wtedy.

Podobnie myśli dziś. Jednak po tylu niewypałach, infantylnych kochankach, nie umiejących dać jej choć w części tego, czego chciała i potrzebowała – poważnie zaczęła się zastanawiać nad tym, by stać się lesbijką. „Dzisiejsi faceci są strasznie zniewieściali. Dziecinni, niedojrzali, mało-męscy” – podobne myśli często przychodziły jej do głowy, gdy leżała na łóżku, nieruchomo wpatrując się w sufit.

Nagle coś błysnęło jej w głowie. Pewna myśl. Intuicja podpowiedziała jej, że za moment ponownie zadzwoni telefon. I faktycznie tak się stało. Podeszła, odebrała.
- Kochanie, czemu się nie chcesz ze mną spotkać? – usłyszała uległy głos Marcina w słuchawce. „Jej, ca za ciota!” – pomyślała i rzekła:
- OK., spotkajmy się.

Było tak, jak myślała. Ona chciała dobrego seksu, on gadał jej już coś o ślubie. Pomyślała, że dobrze, iż nie wziął ze sobą pierścionka zaręczynowego – toby dopiero! Zresztą – teraz to nie było ważne. Facet ma już 31 lat, normalne, że myśli o stałym związku, ale wcale się nie dziwiła, że do tej pory żadnego nie udało mu się stworzyć.

Siedzieli w samochodzie, który stał na leśnej drodze. Wokół były tylko drzewa i ściółka, na której rosły. Marcin patrzył na nią i mówił:
- Jesteś taka piękna, słodka, cudowna… że się rozpływam jak lodzik w upalne dni.
- A może chcesz lodzika? – spytała.
Zawstydził się i odwrócił głowę w drugą stronę.
- No chcesz czy nie? – ponowiła pytanie i pomyślała, że ma do czynienia z wyjątkową ciotą. „Ale to dobrze” – do głowy przyszła jej kolejna myśl.

Zaczęła się do niego dobierać. Rozpięła mu spodnie i schyliła się w tamtą stronę.
- Wyjątkowa z ciebie ciota, Marcinku – rzekła.
- Co…? – chłopak jakby się przebudził. Zaskoczyły go te słowa. Ale za chwilę już o tym nie myślał. Czuł tylko przyjemność i podniecenie. I, sam nie wiedział czemu, zawstydzenie. Anna rzekła:
- Marcinku, czemu z ciebie taka ciota?
Dziewczyna mówiąc to, wyjęła z kieszeni nóż. Marcin nie widział tego. Miał podniesioną głowę, wygodnie opartą o nagłówek siedzenia. Zamknął oczy i wzdychał głęboko. Po chwili poczuł na jądrach zimne ostrze.

Związki między kobietą i mężczyzną często nie są łatwe. I kończą się też różnie. Marcin przeżył tę wycieczkę do lasu, lecz nie cały. Anna wyszła za niego za mąż. Ale zrobiła to pod jednym warunkiem – mężczyzna bez męskich genitaliów obiecał jej, że nie zgłosi tego co zrobiła na policję. W szpitalu wymyślili świetną bajkę, którą personel łyknął jak ryba przynętę. A ich życie i związek, choć już nigdy nie przypominał bajki, trwał i trwa do dnia dzisiejszego. 

niedziela, 20 lutego 2011

Kilka moich niby-wierszy

Dziś, z okazji niedzieli, postanowiłem opublikować kilka moich – nazwijmy to – niby-wierszy, które jakiś czas temu – prawie rok wstecz – zamieściłem na „portalu-pisarskim”. Niektóre z nich są nieco infantylne, ale cóż… taki właśnie czasem jestem! Wybaczcie mi także mój słaby warsztat… Ale jeszcze wszystko przede mną, a z każdą chwilą jest coraz lepiej!


Dziękuję Ci – dedykowane dla M.

Dziękuję Ci, że jesteś ze mną tu.
Że czuję Twój zapach, że dotykasz mnie znów.
Że mogę patrzeć w Twoje oczy radosne.
Dziękuję Ci, że jesteś ze mną w tę wiosnę.
Nasze uczucie wciąż kwitnie,
Każdego dnia dojrzewa.
I choć czasem spadają liście,
Wiatr nie przewraca drzewa.
A kiedy przyjdzie huragan -
Chwyć mnie mocno za szyję.
Zobacz - drzewo upada,
A nasza Miłość wciąż żyje.


Dotknij dłonią

Dotknij dłonią mojej piersi -
Poczuj, jak bije me serce.
Wali mocno niczym młot:
Coraz szybciej, coraz prędzej.
Wierz mi, ma tak zawsze,
Kiedy blisko obok jesteś.
Kiedy czuję Twój zapach,
Który miesza się z powietrzem.

Kiedy mówisz do mnie szeptem,
Przechodzą po mnie dreszcze.
I niczego więcej nie chcę -
Tylko Ciebie chcę wciąż więcej.
I niczego już nie pragnę -
Tylko Ciebie mieć tu zawsze.
By od nowa całą dokładnie
Poznawać Cię za każdym razem.

I przeżywać tę ekstazę.
Jak wtedy - pamiętasz?
Kiedy po raz pierwszy
Cała naga, uśmiechnięta
Leżałaś obok, na polanie,
Z głową na mej piersi.
To było jak szalony taniec -
Ten gorący seks pierwszy.

Dotknij dłonią mojej twarzy -
Wtedy poczujesz to ciepło.
Chciałbym poznać wyrazy,
Które opiszą to piękno.
Co mnie w Tobie urzekło -
Nie znam słów tych niestety.
Lecz me serce w pół pękło,
Gdy poznałem Cię wtedy.


Chwilo, trwaj!

Wczorajszy dzień puściłem z dymem.
Przeszłości nie ma.
Dziś zapomniałem, kim wczoraj byłem.
To zbędny temat.
Po co rozmyślać, po co roztrząsać?
To niepotrzebne.
W chwili obecnej lepiej pozostać.
Chwilo, trwaj we mnie!

Nie przypominam sobie tych czasów.
Kiedy to było?
Już nie pamiętam poprzednich wczasów.
Mówię: trwaj, chwilo!
Te stare związki, starzy znajomi.
I przyjaciele.
Nie rozmawiajmy dzisiaj już o nich.
Bliznach na ciele.

Więc powtarzam dziś po raz wtóry.
Chwilo, trwaj, jesteś piękna!
I nie miej żalu do mnie o bzdury.
Że cię przestanę jutro pamiętać.
I się nie gniewaj, taki twój żywot.
Twe przeznaczenie.
Za kilka chwil będziesz nieżywą.
Bo umrzesz we mnie.


Odleciałem

I znów odleciałem,
Po same chmury – tam wysoko.
Znów się zapomniałem,
Znów rozpłynąłem się jak obłok.

Z wiatrem tańczyłem,
A słońce grzało moją twarz.
I znów chwilą żyłem,
I przestał istnieć dla mnie czas.


Chwyć mnie za rękę,
Podnieś głowę, spójrz na niebo.
Życie jest piękne,
A my i cały świat to jedno.

Masz w sobie wiarę,
Która przenosi wielkie góry.
Masz siłę i talent,
Razem zburzymy wszelkie mury.


Umiem latać

To, że umiem latać - od dziś nie jest tajemnicą.
Wyjawiam to - a co tam! - niech się wszyscy dowiedzą.
Od teraz dewotki mnie straszyć będą gromnicą.
Jutro ci w kitlach z kaftanem po mnie przybędą.

Kilka mocnych zastrzyków dadzą - trza uśpić wariata.
Nogi przymocują na pasy - niech się tu tylko nie rusza.
Tak głośno krzyczał, tak wrzeszczał - niech se teraz polata.
Ciekawe, kto pierwszy uleci - ptak czy jego dusza?

To, że umiem latać, dla niektórych jest nierealne.
Jest dziwne lub niepojęte - niektórzy w to nie wierzą.
Nikt nigdy nie zapytał mnie, czy latanie jest fajne.
I jak dalej pytać nie będą - nigdy się nie dowiedzą.

I nie posiadam skrzydeł jak ptak czy jak anioł biały.
Ani śmigła jak helikopter, które by się kręciło.
Lecz z góry spoglądam na ludzi małych jak karły.
Co ulicami jak w labiryntach na oślep gdzieś idą.

Chmury to moje siostry, me przyjaciółki najdroższe.
Wiatr to mój brat - oddany, wierny - jest zawsze obok.
W tym towarzystwie czas płynie błogo -życie jest prostsze.
W dzień tańczę z powietrzem, nocą do snu tuli mnie obłok.

To, że umiem latać - to nie są cuda żadne ni czary.
Jeśli byś chciał lub chciała - niżej podaję ci przepis.
Do szczypty miłości daj garść siły, trzy tony wiary.
Wszystko wymieszaj dokładnie, wypij, potem odlecisz.


poniedziałek, 24 stycznia 2011

Ula i Igor

Kiedy zaczęła się moja fascynacja kobietami starszymi od mnie – nie wiem. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie swojego życia po raz pierwszy poczułem, że coś mnie do kobiet starszych od mnie ciągnie. Że kobiety starsze ode mnie, kobiety dojrzałe mają w sobie coś, co przyciąga mnie jak magnes.

Kiedy byłem uczniem czwartej klasy podstawówki – podobały mi się nauczycielki, które mnie wtedy uczyły. Ja, młodziutki chłopak, właściwie dziecko, wyobrażałem sobie przeróżne erotyczne sytuacje w roli głównej ze mną no i, oczywiście, jakąś z nauczycielek. Nie były to rzeczy mocno perwersyjne. Zresztą, perwersja to chyba pojęcie względne. To, co dla jednego jest perwersją, nie musi być perwersją dla kogoś innego.

Ale pomińmy podstawówkę. Przenieśmy się dalej – do liceum. To tu po raz pierwszy świadomie poczułem, że lubię dojrzałe kobiety. Pani od geografii, pani od polskiego, pani od historii. Każda z nich miała w sobie coś, co budziło we mnie fascynację. Przede wszystkim był to wiek. To, że były te panie starsze ode mnie – chyba najbardziej mnie w nich „kręciło”. Nie mógłbym tu pominąć pani od biologii, która ewidentnie ze mną flirtowała. (Gdybym miał taki umysł jak dziś, mając lat 30, zostałbym po lekcji, prosząc, aby mi coś wytłumaczyła – a potem zaczął działać!)

Wtedy wydawało mi się to rzeczą niemożliwą, żeby 30-letnia kobieta mogła „polecieć” na osiemnastolatka. Dziś – znając trochę życie – wiem, że jest to możliwe – i niekoniecznie ta 30-stka musi być wolna. No, ale pewnych zasad się nie łamie. To także zrozumiałem z wiekiem.

Dziś sam mam żonę i dójkę dzieci. Nie chciałbym, by inny facet dotykał w sposób intymny „moją” kobietę. Postępuj w stosunku do innych tak, jakbyś chciał, żeby postępowano w stosunku do ciebie – to jedna z zasad, której przestrzegam. Ale: jest tu także drugie dno. Jeśli jakaś kobieta pozwala się dotykać innemu facetowi, mając męża i udając, że go kocha – to znaczy, że nie jest warta jego miłości. Zresztą, w drugą stronę działa to bardzo podobnie.

O ile mój flirt z panią od biologii był tylko i wyłącznie flirtem i nigdy nie posunął się dalej – to już z panią od matematyki było zupełnie inaczej. Kiedy byłem jeszcze w LO, nigdy jakoś specjalnie mnie ta pani nie fascynowała. Owszem, była ładna – nie powiem, że nie. Ale generalnie mnie się podoba większość kobiet. Nie dlatego, żebym był jakimś erotomanem (choć czasem się zastanawiam, czy tak nie jest…), ale dlatego, że kobiety to po prostu płeć piękna. I każda z nich ma w sobie coś, co jest piękne. Raz będzie to ciało, raz umysł, innym razem serce.

Teraz opowiem, jak to było z tą panią od matematyki. Jeszcze gdy byłem w liceum rzadko miałem fantazje w roli głównej z jej udziałem. W sposób erotyczny częściej myślałem o innych nauczycielkach. Nie powiem: na pewno kiedyś coś tam sobie wyobrażałem, że ja i pani od matmy robimy coś razem w łóżku – przepraszam: raczej na biurku w szkole po zajęciach. Ale fantazje z udziałem pani Uli – bo tak ma na imię ta pani – mojej nauczycielki od matematyki – należały do rzadkości.

Pani Ula, kiedy byłem jej uczniem – i miałem lat 18 – miała lat prawie 40. Kiedy pewnego pięknego dnia całkiem przypadkiem spotkałem ją na „mieście” miałem lat 21, a więc ona była już po 40-stce. Nie wiem dokładnie – mówię na tak zwane „oko”, w przybliżeniu. Było to w zimę. Szedłem przez miasto. Chodnikiem, po którego bokach leżały kupki odgarniętego śniegu.

Tak szedłem – nie pamiętam gdzie, nie pamiętam też o czym myślałem. Zza rogu wyszła nagle pani Ula. Ubrana w czarną, krótką skórzaną kurtkę, spódnicę ciemno-granatowego koloru, ciemne rajstopy oraz czarne kozaki do kolan. W rękach niosła dwie reklamówki z zakupami. Na głowie naciągniętą miała zimową wełnianą czapkę, na nosie okulary w czarnych oprawkach.

- Dzień dobry – zagadałem.
- O, witam, Igorze!

Od tego momentu pamiętam świetnie wszystko, co się działo. Rozmawialiśmy przez chwilę, stojąc na chodniku, na rogu ulic, przy sklepie papierniczym.

- Powiedz, Igorze, co u ciebie? Studiujesz?
- Tak, pani Ulu. Filozofię na Uniwersytecie.
- O, naprawdę! A nigdy ci nie mówiłem, że filozofia to mój konik.
- Myślałem, że matematyka?...
- Matematyka jest dobra, bo uczy logicznego myślenia, wyciągania wniosków. Lecz moim ulubieńcem, a raczej ulubienicą jest filozofia.
- Hm, to ciekawe!
- Wiesz co, Igorze: zapraszam cię do mnie na kawę. Na zewnątrz zimno i nieprzyjemnie. Chodźmy.

I ruszyliśmy w stronę Nowego Osiedla. Szliśmy tak przez jakieś 10 minut. Kiedy doszliśmy do zielonego bloku, podeszliśmy do klatki schodowej, a pani Ula wyjęła klucze, które miała w czarnej, skórzanej torebce zawieszonej na ramieniu. Oczywiście, siatki z zakupami niosłem ja.

Po drodze przyjrzałem się nieco pani Uli i stwierdziłem, że jest to naprawdę fajna kobieta. Niska i zgrabna. Poza tym porusza się w wyjątkowy sposób – z dystynkcją i elegancją.

Weszliśmy na górę. Mieszkała na drugim piętrze. Znów przekręciła klucze w zamku, otwierając drzwi. Stanęliśmy za chwilę w niewielkim przedpokoju. Zdjąłem kurtkę, potem rozwiązałem i ściągnąłem buty. Pani Ula zrobiła to samo. Pod kurtką miała granatowo-białą garsonkę. Co było dalej – dziś już nie powiem. Może kiedyś, gdy przyjdzie mi ochota, by opisywać sytuacje typowo intymne, które działy się potem. A zaczęło się już w przedpokoju…