Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2013

Mocna wiara

Ludzie boją się śmierci i tego, co będzie potem. Jedni czują przed nią wielki strach, inni ją bagatelizują i nie chcą o niej mówić. Nie raz spotkałem się z tym, gdy zaczynam temat śmierci, ludzie szybko starają go się urwać i zakończyć. Są też tacy, którzy niemalże nią żyją – żyją śmiercią.

Temat śmierci nie musi być negatywny, a wprost przeciwnie. Świadomość tego, że wszystkich ona nas czeka, powinna dodawać nam skrzydeł. Świadomość tego, że wszyscy kiedyś odejdziemy powinna sprawić, że zacznie nam chcieć się żyć. Tu i teraz. W tej chwili. Właśnie w tym momencie.

Parafrazując słowa pewnego pisarza, powiem tak: nie bój się śmierci, miej raczej strach przed tym, że nigdy nie zaczniesz żyć. Miej obawę przed tym, że nigdy nie zaczniesz żyć.

Ludzie boją się tego, że odejdą, a żyją tak, jakby nigdy się nie narodzili. Ciągle im się coś wydaje. Nie chcę tu nikogo, broń Boże, obrażać – nie taki jest mój zamiar. Być może ja sam żyję jak we śnie, być może nigdy się nie narodziłem, być może jeszcze nie zacząłem żyć. Tego nie wiem.

Siedząc przed komputerem, pisząc te słowa, czuję w sobie moc do dalszego działania. Moc, którą zyskuję chociażby przez to, iż pamiętam o tym, że kiedyś też stąd odejdę. Przeżyć swoje życie jak najlepiej się da – taki mam plan.

Wiem, że czas mija. Że nic nie jest wieczne. Poza Bogiem i Miłością. A nasza nieśmiertelność to wszystko to, co zostawiamy po sobie.

Życzę Wam mocnej wiary – takiej, która przenosi góry!



piątek, 1 listopada 2013

Pierwszy listopada


Do napisania tego tekstu skłonił mnie film, który zamieścił na facebooku mój kolega z Łowickiej Akademii Sportu – Piotrek.  W materiale tym biskup Józef Zawitkowski w piękny sposób mówi o tym, czym dla niego jest dzisiejsze święto – dzień Wszystkich Świętych. Podaję tutaj dla zainteresowanych link do tegoż filmu: http://www.lowicz24.eu/wiadomosci/l24/3495-po-co-chodze-na-cmentarz-video?fb_action_ids=748080341874246&fb_action_types=og.likes&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=288381481237582.

Gdyby nasze życie definitywnie kończyło się po śmierci, gdyby nie było życia po życiu – świat ten, jak dla mnie, straciłby swój sens. Wiara w to, że kończąc jeden żywot, rozpoczynamy kolejny – daje człowiekowi dodatkowych sił. Wiara w to, a raczej pewność tego, że ten świat to dużo więcej niż tu i teraz, prostuje ścieżki człowieka. Świadomość tego, że istnieje Bóg, któremu podobają się dobre czyny, sprawia, że człowiek stara się postępować dobrze.

Inna interpretacja śmierci mówi o tym, że trzeba umrzeć, aby zacząć żyć. De Mello pisał o tym, że większość ludzi nie zaczęła tak naprawdę żyć, mimo tego iż oddycha. Większość ludzi żyje śniąc, czyli tak naprawdę życia nie ma w nich bynajmniej.

Wiara w to, że obserwuje mnie Bóg, sprawia, że staram się żyć tak, aby Mu się przypodobać. Nie jest to łatwe. Czasami zapominam o tym, że jestem obserwowany przez Stwórcę, wtedy też zbaczam z mojej ścieżki. Bywa że wchodzę na tę gorszą drogę. Jednak po jakimś czasie przypominam sobie, że Bóg na mnie patrzy i kiedyś, kiedy stanę przed Jego obliczem, rozliczy mnie z tego wszystkiego. Stanie się to wtedy, kiedy zamknę oczy i odejdę z tego świata.

Nie znamy dnia i godziny, nie wiemy, kiedy może przyjść ta ostatnia chwila. Świadomość tego, że kiedyś ona nadejdzie, a ja będę rozliczony z tego, co uczyniłem, sprawia, że chcę przeżyć swoje życie jak najlepiej się da. Chcę podobać się Temu, Który Mnie Stworzył.

Bo niby komu mam się podobać? Ludziom, którzy zmieniają swoją opinię zależnie od tego, co akurat jest modne? Nie, nie o to chodzi w życiu. Chcę się podobać Temu, dla którego największą wartością jest Miłość. Miłość, czyli wszelkie pozytywne uczucia, które mamy, takie jak: pasja, entuzjazm, radość, wdzięczność i wiele, wiele innych, które sprawiają, że wzlatujemy na wyżyny naszych możliwość. Tak, bo tylko żywiąc dobre uczucia możemy robić rzeczy dobre i wielkie.

Gdybym żywił w sobie złe uczucia i je pielęgnował, robiłbym w życiu rzeczy złe. Bo to co wewnątrz to i na zewnątrz człowieka. Nie mógłbym żyć dobrze mając złe myśli. To byłoby niemożliwe.

Póki jestem młody i póki mam siły – działam. Działając, rozwijam się, stając się przez to coraz lepszym w tym, co robię. Jak każdy – mam chwile zwątpienia. Chwile, w których czuję się gorzej. Jednak kiedy przychodzą złe momenty, robię wszystko, co możliwe, by nie puszczać steru i nadal płynąć obranym torem.

Cieszę się, że jestem młody. I że mam siłę do dalszych działań. Dziś nie myślę o śmierci jako o czymś co może mnie czekać niebawem, jednak w ten dzień, jak dziś, pamiętam o tym, że ja także kiedyś odejdę z tego świata.

Świadomość tego, że odejdę, sprawia, że dziś, że teraz – chce mi się żyć. Chcę żyć i przeżyć swoje życie jak najlepiej się da. Wykorzystać i pomnożyć wszystkie talenty, które posiadam. Ty także je masz. To rzecz pewna. Nawet jeśli w to nie wierzysz. Dzień Wszystkich Świętych to najlepszy czas na to, by stać się świętym już za życia! 

sobota, 9 czerwca 2012

Opowiadanie o pewnych ideałach


Wszedł do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed wejściem.

„Dzień dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała  4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał reszty.

„Co u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni. „Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem. Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć zdrajców” – przeczytał.

Zaczął mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie – Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w więzieniu politycznym.”

Sprzedawczyni spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet – pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78 kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.

Był od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała, nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy miała diametralnie inne niż te pana Michała.

W towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki, ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i sprzeczne z nim – to zło.

A gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny. Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.

Raz się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na pana Michała, który nawet nie drgnął.

Był odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie. Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim, opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.

„Panie Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak to co?” – spytała, podchodząc do niego.

Stali w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się zszokowany.

Poczuł konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam! I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak, że bardzo mu się to podoba.

Milion myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele – pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz, suko!” – wykrzyknął.

Trzymając lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.

Pani Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.

Wiedział, że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.

Zobaczył tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem w stronę przystanku.

Wbiegł do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać, co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili, zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu. Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.

Przed nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem, uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna w stronę kolegów.

Za chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn, w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich. „Faszystowskich gazetek się zachciało!”

Pan Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.

Pan Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju, jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku, zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi osłaniał się pan Michał.

W tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i pałkami w rękach.

Młodzi mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie Biała Droga.

Jeden z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał: „Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok. 50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej nić wy!?”

Reprezentant Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę tramwaju.

Trzej chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać oponentom solidny wycisk.

Rozpoczęła się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.

Przygoda pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę… 

piątek, 17 lutego 2012

Kiedy przyjdzie śmierć

Właśnie, dosłownie kilka minut temu, wróciłem z urodzin mojego dobrego kolegi Kamila. Tak więc wpis, który tu czynię, będzie szybki i krótki. Jadąc na imprezkę, zastanawiałem się nad bardzo ważnymi sprawami – jedną z nich było życie, drugą – śmierć. Tak się zastanawiam. A może śmierć to iluzja. Może istnieje tylko życie… Zresztą – to temat rzeka, długi i szeroki. Wybaczcie, ale nie poruszę go tutaj i teraz.

Życie zyskuje inny wymiar w obliczu śmierci. Dobrym tego przykładem jest choćby śmierć Whitney Huston. Człowiek jednego dnia jest na scenie, śpiewa, wielbią go przy tym tłumy, a już następnego dnia umiera. Można w takich chwilach zastanowić się nad tym, co jest ważne w życiu. Przemyśleć, czy aby najważniejsze nie jest to, by żyć zgodnie z samym sobą, postępować zgodnie z własnymi zasadami. W obliczu śmierci nie ma mocnych. Kiedy przyjdzie ona po nas, nie będzie pytała o to, ile zdołałeś zarobić. Co osiągnąć, postępując wbrew sobie. Ale myślę, że śmierć może spytać, czy kochałeś życie i żyłeś zgodnie z tym, co w tobie najpiękniejsze i najbardziej szlachetne. Co jej odpowiesz? 

sobota, 11 lutego 2012

Słów kilka o sytuacji Madzi

Cywilizacja się rozwija gdy śpiewa się o królach, rycerzach, podbojach kosmosu – a gdy cywilizacja upada, to się śpiewa o menelach, zbrodniarzach, mordercach. To słowa Janusza Korwin-Mikkego, które świetnie pasują do przypadku Madzi oraz jej rodziny, a także całej otoczki tej dziwnej sytuacji. Nie twierdzę, że rodzina Madzi należy do jakiejkolwiek z tych kategorii. Z tego co wiem, a przyznaję, że niewiele wiem w tej kwestii, nie są to ani menele (dziwne to słowo), ani zbrodniarze, ani mordercy. Jednak to, co dzieje się wokół tej sprawy, skłania mnie do refleksji i do zastanowienia się, w którą to stronę zmierza nasz dzisiejszy świat. Co dzień na całej Kuli Ziemskiej ginie mnóstwo osób, także i dzieci, a tutaj śmierć jednej biednej dziewczynki sprawiła, że od kilku dni media mówią o tym tak głośno, jakby to był fenomenalny podbój jakiejś niezwykłej planety.

Tak, wiem – jest to tajemnicza i intrygująca sprawa, ale tu powstaje w mojej głowie pytanie o to, co przyniesie nam, zwykłym obywatelom – prócz zaspokojenia ciekawości – jej rozwiązanie? Czy, gdy wszystko już się wyjaśni, będziemy mądrzejsi? Być może – tak. Teraz będziemy wiedzieli, by nie zawijać swojego dziecka w śliski kocyk, a kiedy już – nie daj Boże – coś złego się stanie, popełnimy jakiś błąd i nieopacznie kogoś skrzywdzimy – powinniśmy nie owijać w bawełnę – żeby nie powiedzieć: w kocyk – lecz otwarcie i szczerze przyznać się do błędu.

Życzę rodzinie nieżyjącej dziewczynki przede wszystkim rozwagi i spokoju. A samej Madzi, która na pewno powiększyła grono Aniołków, życzę wiecznego szczęścia. Natomiast wszystkim ludziom rozdmuchującym tę sprawę – życzę… No właśnie, czego mogę im życzyć? Opamiętania!?

czwartek, 9 lutego 2012

Co się w życiu liczy

Odwiedziłem dziś znajomą, która prowadzi nieduży sklepik spożywczy na ryneczku w Aleksandrowie Łódzkim. To właśnie wizyta u niej, a także inna sytuacja – o której zaraz powiem – skłoniły mnie do napisania tego krótkiego tekstu.

Znajoma sprzedawczyni jest młodą, energiczną osobą, i zaraz tylko, jak do niej wszedłem uraczyła mnie – z niezwykła ekspresją – pewną historią. Opowiedziała o tym, że był u niej kilka dni temu klient, który pochwalił się swoją wizytą i tygodniowym pobytem, wraz z całą rodziną, w jednym z najdroższych hoteli w Polsce, którego nazwy tu nie podam. Sprzedawczyni podała koszt owego pobytu, liczony w tysiącach. Skwitowała historię słowami: mnie pracując ciężko cały rok trudno jest uzbierać na wakacje, a tu ktoś zarabia takie sumy, że jedzie sobie w zimie na tydzień do najdroższego hotelu, ludziom to się powodzi.

Nie będę w tym poście pisał o trudniej sytuacji małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce. Mam wielu znajomych prowadzących pojedynczą działalność i wiem, że bywają miesiące, w których nie wystarcza im na opłacenie składek ZUS. Nie jestem ekonomistą, więc w tego tematu nie poruszę. Zajmę się czymś innym.

Wysłuchałem tego, co miała do powiedzenia moja znajoma. Widać – i słychać – było po niej, że jej niemożność zarobienia tylu pieniędzy, ilu by chciała, strasznie ją martwiła. Świetnie to rozumiem, lecz, jako człowiek, który otarł się o śmierć, postanowiłem – niejako w opozycji – opowiedzieć jej inną historię.

Otóż mam znajomą, 40-letnią, atrakcyjną kobietę, która pracuje na stanowisku kierownika, zarabia sporo pieniędzy, tak że stać ją na wiele rzeczy. Jeżdżąc po całej Polsce, także często nocuje w drogich hotelach. Jest właścicielką luksusowego samochodu. Ogólnie rzecz biorąc – bardzo jej się powodzi.

Kilka dni temu napisała do mnie sms-a. Jej chory syn, 19-letni chłopak, nie doczekał operacji, umarł w nocy. Co w takiej chwili znaczą dla niej wszystkie pieniądze? Ile są warte? Idę o zakład, że oddałaby cały swój majątek, by przywrócić życie dziecku.
Ile warte są pieniądze dla osoby cierpiącej na nieuleczalną chorobę?

Jestem mężczyzną. Jak każdy mężczyzna – albo większość – chcę być niezależny finansowo. Każdego dnia, stopniowo, krok po kroku, tę niezależność buduję. Chcę utrzymać moją przyszłą żonę oraz nasze dzieci. Wiem, że dojdę do tego momentu, kiedy to osiągnę. Ale wiem też, że pieniądze same w sobie szczęścia nie dają. Nie dają je też zakupy, więc M. Mornoe nie powiedziała prawdy. Bo co mi po tym, że kupię dziś wille, jak jutro przyjdzie po mnie śmierć?

Szczęście to stan wewnętrzny, to harmonia. Do tego, by prowadzić życie w harmonii potrzebne są pieniądze, ale same one jej nie zapewniają.

Być może piszę truizmy, bo tak wiele osób myśli podobnie, jak ja. Jednak sens tych przemyśleń, ich prawdziwość trafia do nas wtedy, gdy otrzemy się o pewne sytuacje, często te z pogranicza życia i śmierci.

Zanim zaczniesz zazdrościć sąsiadowi nowego auta, pomyśl o tych, którzy śpią w te mroźne dni pod mostem i podziękuj Bogu, że masz dach nad głową.

czwartek, 24 listopada 2011

Starszy, miły pan...

Dziś podwiózł mnie do biblioteki samochodem pan, którego nieco kojarzę, a z którym nie było mi dane spotkać się osobiście ponad sześć lat. „Już 96 lat na karku” – oznajmił. Zdziwiłem się. „To bardzo dobrze się pan trzyma. Naprawdę!” – rzekłem. „Byłem partyzantem. Żołnierzem AK. Miałem więcej szczęścia, niż rozumu. Dziś ½ moich kolegów niewiadomo gdzie ma groby”. Na chwilę przerwał, by zaraz kontynuować. Słuchałem jego opowieści z wielkim zainteresowaniem. „Pierwszego września 39’ byłem harcerzem. Zgłosiliśmy się razem ze znajomymi, by walczyć za kraj. Wiedzieliśmy, że nie dadzą nam broni, jedyne na liczyliśmy, to chociaż noszenie nabojów. Dziś nie wiem, co się dzieje z ludźmi. Do czego to doszło. Dziś ludziom coraz mniej zależy na Polsce”. Po czym zwrócił się do mnie: „Powiedzieć panu, kto za tym stoi, kto jest temu winien?” „Tak, poproszę.” Tu padła nazwa Nacji, O Której Źle Się Nie Mówi. „Ale jak człowiek będzie się stawiał, to przyjdą i łeb ukręcą”.  

poniedziałek, 26 września 2011

Krótko o KŚ

Nie mówię, że jestem zagorzałym zwolennikiem kary śmierci, ale retoryka jej przeciwników słabo do mnie trafia i według mnie mija się z prawdą. "Jakim prawem mamy decydować o czyimś życiu?" - pytają przeciwnicy KŚ. Nie, to nie my decydujemy o życiu zbrodniarza, na którym KŚ została wykonana. On sam o nim zdecydował, popełniając zbrodnie. Podnosząc na kogoś rękę, podniósł rękę na siebie
- mój status z FB

niedziela, 21 sierpnia 2011

Po co mi to?

Wyrosłem już z zastanawiania się nad tym, czy Bóg istnieje, czy też może nie. Jeśli nawet Go nie ma, wolę i tak w Niego wierzyć. I nie chodzi tu o zakład Pascala, że lepiej jest wierzyć, bo jeśli Boga nie ma, to nic na tym nie tracimy teraz i nie stracimy nic w przyszłości. Jeśli Boga nie ma… Nie dopuszczam do siebie takiej myśli. Bo po co?

Nie czekam też na zbawienie. Żyję tu i teraz. Chcę żyć tą chwilą, która jest teraz, tą, która właśnie trwa. Wierzę w Boga, nie myśląc o tym, co będzie po śmierci. Chcę życie, które trwa, przeżyć z Bogiem. Tak czuję się dobrze. Tak jest mi dobrze.

Nie wiem, co będzie po śmierci, ale powiem szczerze, że nie interesuje mnie to teraz. Mam obecne życie i chcę je przeżyć jak najlepiej. Chcę być dumnym człowiekiem, chociażby dlatego, że jestem właśnie człowiekiem. Duma z człowieczeństwa.

Wiara w Boga pomaga mi żyć. Jest mi łatwiej wierzyć. Kiedyś był czas, kiedy zastanawiałem się, czy Bóg jest – i już przez chwilę byłem nawet ateistą. No, ale po co mi to?

sobota, 6 sierpnia 2011

Andrzej Lepper - niech odpoczywa w pokoju!

Andrzej Lepper nie był politykiem z mojej bajki. Jednak miał coś w sobie, jakąś charyzmę, którą poruszał wielu ludzi. Szanuję Go za to. Wydaję mi się także, że nie umiał On udawać. Był szczery i spontaniczny. Takiego Go kojarzę z TV. Jeśli chodzi o nieprzyjemne sprawy, a raczej niechybne czyny, które miał rzekomo wykonywać na kobietach – to nie wierzę w to. Pamiętam Jego występ u Pana T. Lisa, który – tradycyjnie – próbował coś wkręcić swojej publiczności nt. Pana Leppera. Według mnie nie udało Mu się to wtedy, a linia obrony, którą przyjął Pan Andrzej, przemawiała do mnie jak najbardziej. Przypomniała mi się teraz wypowiedź Janusza Korwin-Mikkego, kiedy mówił o poszkodowanej owych niechybnych czynów. Były to słowa coś w stylu: jeśli kobieta podaje trzech ojców swojego dziecka i za każdym razem nie trafia… to… (tutaj był śmiech publiczności).

Panie Andrzeju, niech odpoczywa Pan w pokoju [*]

To wydarzenie to dla mnie kolejny dowód, że polityka to brudna sprawa…

sobota, 2 kwietnia 2011

Dziś 6. Rocznica śmierci JP II

Dziś mija 6. rocznica śmierci Jana Pawła II. Z tej okazji publikuję tekst zamieszczony przez użytkownika UFKA na portalu salon24.pl. Pod cytatem znajduje się link odsyłający bezpośrednio do owej publikacji.

Rocznica
Nie wiedziałam jak zatytułować ten wpis. Bo nie chciałabym jednak  pisać o czymś innym - jakoś nie wypada. A z drugiej strony staram się dzisiaj nie słuchać przekaziorów - wybitnie mnie drażnią. To tak, jakby wyciągnąć drogi, porcelanowy serwis z kredensu - nawet nie po to, aby użyć, tylko obejrzeć, umyć z kurzu. Na beatyfikację będzie jak znalazł, a przecież to niedługo.


Z  trzeciej strony - tak, tych stron jest więcej niż dwie - nie mam prawa nikogo osądzać. Skąd mogę coś wiedzieć o innych? Może byliby jeszcze gorsi, może obiecali Ojcu Świętemu jakiś zupełny drobiazg, tak jak ja i jednak słowa dotrzymali?


Dla mnie Karol Wojtyła był świętym już za życia - oczywiście cieszę się z beatyfikacji i mam nadzieję na kanonizację - bo po ludziach, którzy znali Ojca Świętego przyjdą inni, którzy będą tylko o nim czytać.


Pamiętam doskonale ten wieczór i pamiętam, że poczułam ulgę - tak ulgę. Bo wiedziałam, że Ojciec Święty jest stary i schorowany, że nie ma szans na cudowne ozdrowienie, że po ludzku się męczy. I pamiętam jeszcze te rozważania - serio - czy powinien zrezygnować - z czego? - nawet nie wiem jak to nazwać, bo przecież nie funkcją. Pamiętam o wstrętnych tekstach Urbana. Pomyślałam wtedy - już nigdy więcej tego nie usłyszę, nie przeczytam.


Pamiętam też  jeszcze o tych dniach uniesienia, pojednania wszystkich ze wszystkimi. I jak szybko nam to przeszło, a przecież nie było w tym nic z polityki.


Bóg pisze prosto na liniach krzywych - miałam kłopoty z wyjazdem na pogrzeb Ojca Świętego - stanęłam na głowie po Mszy Świętej na Placu Piłsudskiego i wyjechałam. Znowu nie chcę tłumaczyć dlaczego było to dla mnie tak ważne.


Na beatyfikację się nie wybieram, chociaż córka proponowała, że wykupi mi bilet na samolot. To nie znaczy, że zapomniałam. Na pogrzebie chciałam być, tak jak na pogrzebie osoby bliskiej człowiek być musi. A teraz? Pojadę w czerwcu, wtedy może będę mogła się spokojniej, choć pewnie nie spokojnie pomodlić przy Jego grobie.


Miałam szczęście - głową mojego Kościoła Polskiego był kardynał Wyszyński, moim Papieżem był Karol Wojtyła.


Może dlatego mam za duże wymagania wobec siebie i wobec innych?

środa, 26 stycznia 2011

"Rzymski Katolik Niewierzący"

Kiedy spytano profesora Bogusława Wolniewicza, jaki ma światopogląd, odpowiedział, że można go określić w trzech słowach: „Rzymski Katolik Niewierzący” („Młodzież Kontra…”, rok 2005). Z innej Jego wypowiedzi dowiedziałem się, że nie zaprzecza istnienia Wyższej Inteligencji, lecz po śmierci nie ma nic.

Kiedy ja sam zastanawiam się nad tym, wydaje mi się to być bardzo możliwe. Człowiek umiera, traci świadomość, a potem nie ma nic. Co prawda, podświadomość pracuje nadal: ale cóż z tego, kiedy świadomości już nie ma.

Jezus i wielu mądrych po nim mówiło, że człowiekowi dzieje się według jego wiary. Ja wierzę w to, że jestem nieśmiertelny i że będę żył wiecznie. Póki co: wszystko dzieje się według mojej wiary. Wierzę, że będzie tak już zawsze. Zawsze? Przecież życie wieczne już trwa: tu i teraz!

sobota, 22 stycznia 2011

Żyć w sercach i umysłach wielu

22-ego stycznia roku 1921-ego przyszedł na świat Krzysztof Kamil Baczyński. Odszedł z tego świata dość szybko, bo w roku 1944, w letnim miesiącu – sierpniu. Czyli przeżył niespełna 24 lata. Przychodzą mi teraz do głowy słowa, których autora nie kojarzę niestety, ale które pasują tu świetnie. „Tylko dobrzy umierają młodo”. Jednak Fryderyk Nietzsche wyraził to jeszcze piękniej: „Ulubieńcy bogów umierają młodo, ale potem żyją wiecznie w ich towarzystwie”.

Krzysztof Baczyński zdążył napisać mnóstwo wierszy. Chwała Mu za to. Dał tym samym przykład, jak żyć. Pisał szybko, pisał dużo, łapał każdą chwilę, jakby wiedział, przeczuwał, że niebawem ten świat może opuścić. „Żyjmy tak, jakby jutra miało nie być”.

Istnieje pewien rodzaj medytacji. A właściwie kilku medytacji czy też kompletacji, a każda z nich dotyczy śmierci i podobna jest do innej.

Przyznam się, że próbowałem każdej, a efekty – jeśli człowiek włoży w to serce – są naprawdę imponujące. Jedna z medytacji polega na tym, by wybrać się na spacer – na cmentarz. Najlepiej jak cmentarz jest pusty i nie ma na nim żywej duszy (choć dusz na cmentarzu jest ponoć sporo). Przechodzimy się powoli, spacerem, między grobami. Zatrzymujemy się przy jakimś – stajemy na chwilę bez ruchu. Patrzymy na nagrobek. Przypuśćmy, że widzimy osobę, a raczej „dane” na temat osoby wykute w marmurze. Urodził się w roku 1901, zmarł w roku 1982. Odszedł z tego świata ponad 30 lat temu, a więc nie znamy go, nie mogliśmy znać – nie było nas jeszcze wtedy na świecie. Jednak słyszeliśmy kiedyś z opowieści, że był to dobry, honorowy człowiek, który zawsze służył pomocą, jeśli ktoś go o to poprosił.

No i co? No i to, że: nikt nie pamięta, że kiedyś coś tam mu nie wyszło (temu zmarłemu). Nikt nie pamięta, że był smutny, bo powiedział komuś coś przykrego. Nikt nie pamięta i nie wspomina, jak „spalił buraka” – bo bardzo się bał, stresował, tremował – na pierwszym publicznym wystąpieniu z okazji inauguracji roku szkolnego. Nikt nie pamięta, że martwił się, bo dziewczyna „dała mu kosza”. Nie wiem, czy mnie rozumiecie, czy dobrze i zrozumiale się wyrażam. Ale tak w skrócie, chodzi tu o to, byśmy nie przejmowali się głupotami i małymi porażkami, ponieważ kiedyś i tak nie będą one wcale istotne. Nawet te wielkie porażki pójdą w zapomnienie. Wiecie, co ludzie będą pamiętać? To, że sobie z tymi problemami poradziliśmy, że wyszliśmy z nich z twarzą, że pokazaliśmy światu i ludziom, że jesteśmy niezniszczalni i – o paradoksie! – nieśmiertelni, chociaż już umarliśmy, odeszliśmy z tego świata.

Ważne byśmy postępowali tak, by później ktoś miał mnóstwo tych pozytywnych, dobrych wspomnień związanych z naszą osobą. By jak najwięcej ludzi pamiętało nas z tego, co dobrego zrobiliśmy dla świata. I właśnie tak pamiętać nas będą ludzie!

Teraz druga, krótka kontemplacja, którą najlepiej wyrażają słowa polskiego rapera Piha: „Przemyśl… i tak pójdziemy do tej samej ziemi”. Wszyscy, bez wyjątku. Komentować tego nie trzeba. Myślę, że ta kontemplacja jest aktualne na kilku poziomach. Dla każdego może znaczyć coś innego. Zastanów się przez chwilę nad tym.

Jeszcze jedna, piękna medytacja, która została opisana wiele razy przez różnych wielu autorów. Podkreślam, że jest to medytacja, a więc przyjmujemy pozycję, jak do medytacji – kładziemy się na plecach lub siadamy w pozycji kwiatu lotosu albo w pozycji faraona (proszę wybaczyć, „Prawdziwi Medytatorzy”, jeśli nazwałem te pozycje mało-fachowo, ale nie jestem tu specjalistą). Wprawimy się w stan odpowiedni do medytacji, wyciszamy się, liczymy, wizualizujemy kolory itp. (jeszcze raz, „PM”, proszę o wybaczenie – z wiadomych względów).

Teraz wyobrażamy sobie nasz pogrzeb. Spokojnie, to nic strasznego, wszystko na luzie. Możemy sobie przedstawić w myśli mszę, którą odprawia ksiądz, ludzi, którzy są na niej obecni, pogodę, która jest wyjątkowo piękna, świeci słońce, niebo jest błękitne, słychać śpiew ptaków (przecież odszedł z tego świata dobry człowiek). Ja, podczas tej medytacji, słyszałem także muzykę, która grała podczas ceremonii pogrzebowej – melodię wzruszającą i „dodającą skrzydeł”.

Teraz najważniejszy etap medytacji. Wyobraźmy sobie, że kilku uczestników pogrzebu wygłasza przemówienie pożegnalne na naszą cześć. Najpierw wchodzi na mównicę ktoś z naszej bliskiej rodziny i mówi, o tym jacy byliśmy, co najbardziej w nas lubił i cenił, czego najbardziej będzie mu brakowało. Potem wchodzi ktoś z dalszej rodziny – i także wspomina nas w podobny sposób. Potem na mównicę wchodzi ktoś z naszych bliskich, a potem dalszych znajomych. Potem ktoś z naszej pracy, ze szkoły, z podwórka, na którym się wychowaliśmy i tym podobne – ze wszystkich miejsc, gdzie nas znali. Oczywiście, wyobrażamy sobie, co i w jaki sposób mówi o nas każdy z tych mówców. Co w nas cenił, co lubił, czego będzie mu brakowało, jak nas będzie pamiętał. Wszystko jasne? Czy teraz wiemy, jak mamy żyć?!!

Krzysztof Baczyński zostawił po sobie mnóstwo wierszy. Dzięki swojej twórczości będzie żył w sercach wielu pokoleń. I choć już nie żyje od ponad pół wieku – jest nieśmiertelny.