Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 marca 2012

Świat Rafaela - cz. IV (Noc, której nie było)

Obudził go trel skowronków dochodzący zza okna. Przetarł oczy, spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 9:00. Czuł się świeżo. Wyspany, wypoczęty, a zarazem dumny z siebie. Wczoraj jego siła charakteru przetrwała trudną próbę. Ktoś mógłby powiedzieć, że trudne próby swej siły charakteru to przechodzą żołnierze na wojnie. To fakt. Ale nie ulec pokusie, w jaką obleczona jest piękna, seksowna, chętna kobieta – to nie lada wyczyn. Jemu to się udało.

Przemknęło mu przez głowę kilka myśli. Co też by się stało, gdyby wczoraj pokusie uległ i został na noc u swojej sąsiadki. Teraz pewnie obudziłby się z kacem. Ten moralny doskwiera i męczy człowieka najmocniej. I tak też teraz byłoby w jego przypadku. Doszedłby do tego ból głowy po alkoholu. Nic przyjemnego.

I co z tego, że obok niego leżałaby piękna, naga kobieta? Piękna, naga, ale nie jego, a cudza. Dekalog mówi – nie będziesz cudzołożył. I tak złamał nakaz, który mówi o tym, że nie będziesz pożądał żony bliźniego swego. Ale, jak mniemał, lepiej pożądać w myśli, niż posiąść w rzeczywistości.

Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Sara, ubrana w błękitny, krótki – sięgający do połowy ud – szlafrok, usiadła obok niego, kładąc mu swą kobiecą, delikatną dłoń na kolanie, a potem poczęła ją przesuwać w stronę ud i wyżej. Czuł podniecenie. To fakt. Jednak w pewnym momencie jakby się przebudził. Zastanowił. Pomyślał, że chciał uchodzić za człowieka prawego, a to, do czego za chwilę mogło dojść, bynajmniej prawą rzeczą nie było, a wprost przeciwnie. Sam fakt, że trafił do domu Sary nie był już w porządku.

Przebudzenie przyszło nagle. Otrząsnął się w myślach. Wstał i spojrzał na Sarę, po czym rzekł:
- Przepraszam, ale nie mogę. Choć bardzo bym chciał – nie mogę. To byłoby nie w porządku. Czułbym się źle. Zresztą – ty chyba także.
- OK. – odezwała się Sara. – Rozumiem to. Ale po co ten wykład?
- Po prostu chcę ci powiedzieć, że fajna z ciebie kobieta, ale nie możemy…
- OK., rozumiem. Coś jeszcze?
- Nie. To wszystko.
- A więc dobranoc.
- Dobranoc. – Mężczyzna opuścił mieszkanie sąsiadki.

Mimo tego, że wczorajszy wieczór nie należał do najprzyjemniejszych, Rafael czuł się dzisiejszego ranka bardzo dobrze. Humor mu dopisywał. Miał świetne samopoczucie, między innymi dzięki dumie z samego siebie, a raczej ze swojego wczorajszego zachowania. Czy to już pycha? – teraz nie chciał się nad tym zastanawiać.

Wstał. Poszedł do łazienki. Wziął prysznic. Ubrał się. Dziś postanowił pisać do popołudnia. O 17:15 miał umówione spotkanie z Katien, koleżanką z pracy. Teraz, zanim zasiądzie do komputera, by kontynuować swoje opowiadanie, miał trochę czasu dla siebie. Poczuł głód. Poszedł po bułki, masło i żółty ser. Jaka piękna pogoda – pomyślał, gdy tylko wyszedł z klatki na świeże powietrze. Spojrzał na parking przed blokiem. Zdziwił się, gdy zobaczył męża Sary wraz z trójką dzieci, wychodzących z wielkiego, czarnego, nowego forda, a potem zmierzających w stronę miejsca, które właśnie opuszczał – miało ich nie być przez cały weekend. Jaka piękna rodzina – pomyślał, uśmiechając się pod nosem. Teraz już mógł się domyślić, co by się stało, gdyby został u sąsiadki na noc. 

czwartek, 8 marca 2012

Dzień Kobiet...

Nie ma jak to propaganda. Trzeba założyć mundur partyjny, koniecznie z logo, i wyjść na miasto, by wręczać kwiatki wszystkim pięknym paniom. Tym mniej pięknym i niepięknym oczywiście też, a jakże! Choć ponoć nie ma brzydkich kobiet, tylko wina brak. Ci w mundurkach partyjnych nie potrzebują wina, są wystarczająco odurzeni miłością do swego wodza, za którym pewnie bez słowa skoczyliby w ogień.

Po mieście chodził także z kwiatkami Leszek Miller. Pan Joński, jego kolega z SLD, także, a co! Pan Palikot, który chce być bardziej lewy niż Sojusz Lewicy Demo, do kwiatka dodawał prezerwatywę. Więcej seksu, mniej Matki Boskiej – głosił. Pani Grodzka mówi, że jednak wolałaby kwiatka. No tak, prezerwatywę trzeba mieć jednak na co włożyć. Premier Tusk i Waldemar P. złożyli także życzenia. Pan Donald mówił coś o tym, że chociaż w ten jeden dzień mężczyźni będą mili i dobrzy dla kobiet. A co to za mężczyźni – nie wiem, bo ci prawdziwi kochają i szanują swoje kobiety każdego dnia.

Drogie Panie, życzę Wam wszystkiego najlepszego!! 

wtorek, 6 marca 2012

Świat Rafaela - cz. III (Jak dama i gentelman)

Skończył pisanie po godzinie 22-ej. Poczuł głód. Na szczęście pizzeria znajdująca się nieopodal bloku, w którym mieszkał, czynna była do 23:00. Poszedł do łazienki, gdzie nieco się odświeżył, następnie założył na siebie koszulkę i spodnie, narzucił cienką kurtkę i wyszedł z mieszkania.

Mieszkał na trzecim piętrze. Schodząc po schodach, spotkał sąsiadkę, która mieszkała na samej górze i właśnie skądś wracała. Lubił ją. Ona jego chyba też. Zawsze gdy się mijali, pozdrawiali się serdecznie, uśmiechając do siebie. Bywało, że ze sobą flirtowali, oczywiście tak niewinnie, bez zbyt mocnych podtekstów.

- Dobry wieczór, Rafaelu, a dokąd to o tej porze? – sąsiadka, która od zawsze zwracała się do chłopaka na ty, była ewidentnie w dobrym humorze.
- Witaj, Sara, idę po pizze. Może chcesz zjeść ze mną? – on także zwracał się do niej jak do znajomej, po imieniu. A że był osobą bardzo bezpośrednią, najpierw mówił, potem myślał i, jak pewien celebryta, modlił się, by to, co powiedział, nie wywołało żadnych negatywnych skutków.  Nie zawsze jego modlitwy były wysłuchane – no, ale jak wiadomo: jeśli człowiek prosi, by Bóg zachował go od choroby, to powinien zwracać się o zdrowie, a nie o brak schorzeń.

Sara była starsza od niego o kilka lat. Jeszcze trochę, a mówić o niej będą – kobieta przed czterdziestką. Ubierała się zawsze elegancko. Pracowała w kancelarii, była adwokatem. Dziś miała na sobie czarny płaszcz, spod którego wystawała ciemna spódnica. Na nogach miała czarne rajstopy i buty – pół-kozaczki – na szpilce.

- A chętnie! – rzekła Sara, zaskakują tym Rafaela. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Zmieszał się przez chwilę. Ale za moment znów odzyskał panowanie nad sobą. Lubił kontrolować sytuację, a żeby to robić – musiał najpierw nauczyć się kontrolować siebie.
- OK.! Bardzo mnie to cieszy - powiedział.
- Mąż razem z dziećmi – miała dwie córki i syna – wyjechali na cały weekend do rodziców na wieś. Dziś była taka ładna pogoda. Niech korzystają z pierwszych słonecznych dni wiosny. – Sara wyciągnęła z torebki portfel, sięgnęła do środka, wyjęła 50 zł. i, chcąc wręczyć je Rafaelowi, rzekła:
- Kup pizze i jakieś piwa. Dawno nie piłam piwa, mam dziś na to wielką ochotę.
- Dobrze, kupię, ale nie chcę pieniędzy. Mam swoje. Postawię!
- Pewnie książki się dobrze sprzedają – uśmiechnęła się kobieta – mam wszystkie! Ale o tym pogadamy za parę minut, jak wrócisz. Bądź u mnie kwadrans po 23-ej – mówiąc to, ruszyła schodami do góry.

Kiedy czekał na pizze, w jego głowie pojawiały się różne myśli. Zastanawiał się, co też może się stać dzisiejszego wieczoru. To nie jest takie niewinne i normalne, by zapraszać swojego sąsiada na pizze i piwo o godzinie 23:15 do domu podczas nieobecności męża. Hm – myślał – a może tylko moja głowa czyni różne projekcje? Może to tylko zwykła sąsiedzka wizyta? Późna, bo późna – a niby kiedy mieliby się spotkać, jeśli ona wciąż pracuje, nie ma jej w domu, a on, choć często w nim przebywa, to prawie zawsze jest zajęty? A o relacje sąsiedzkie trzeba dbać. Chyba jestem trochę naiwny – pomyślał. To fakt – był. Sam już nie wiedział, co ma o tym sądzić. A tam – rzekł do siebie pod nosem – za chwilę się wszystko okaże.

Zdziwił się, gdy otworzyła drzwi. Można powiedzieć, że nieco opadła mu szczęka. Ale tylko nieco. No bo co w tym niezwykłego? Miała na sobie błękitny szlafrok sięgający do połowy ud. Hm, zwykły szlafrok… - myślał.

Sara miała ciemne, niedługie włosy. Rafael lubił brunetki. Gdzieś kiedyś przeczytał, że chłopcy wolą blondynki, a mężczyźni – właśnie brunetki. Ale potem powiedziała mu znajoma, że ponoć blondyni wolą brunetki, a bruneci blondynki. Uwierzył jej. Był blondynem.

Zaprosiła go do dużego pokoju.
- Usiądź sobie, proszę – wskazała skórzaną sofę, na której młody mężczyzna zaraz zajął miejsce.
Sara nalała napój chmielowy do grubych kufli posiadających wielkie uchwyty.
Usiadła niedaleko niego, podała mu piwo i talerz, na którym leżał kawałek pizzy polany dwoma sosami – czarnym i czerwonym. Rozpoczęła rozmowę:
- Posiadam wszystkie twoje książki, wiesz? Mało tego, każdą z nich przeczytałam z wielką uwagą, nawet po kilka razy. Każda z nich mnie wciągnęła, pochłonęła całą.
- To miłe – uśmiechnął się Rafael.
- Powiem ci nawet, ale tak w sekrecie, że niejeden wieczór wolałam spędzić z twoją książką, niż z moim mężem, który od jakiegoś czasu jest strasznie monotonny. Nie to, co twoje publikacje, w których nigdy nie wiadomo co za chwilę się stanie. Każda kolejna strona owiana jest tajemnicą. To takie romantyczne. – Tak, pomyślał Rafael – nigdy nie wiadomo co się stanie. Ja, niestety, także tego nie wiem. Powoli zaczynam tracić kontrolę, przestaję panować nad sytuacją, a to dobre bynajmniej nie jest dobre.

Kobieta położyła dłoń na jego kolanie. O nie – tego już za wiele! – pomyślał chłopak. Chodzę do kościoła, czytam Biblię, chcę być prawy – właśnie: chcę! – a tu pozwalam sobie na tego typu zachowania. Cudzych kobiet się nie rusza! Prawdziwy gentelman wstałby w tej chwili, przeprosił i powiedział, że – choć bardzo by chciał, to pod żadnym pozorem – nie może, po czym usiadłby od damy trzy metry dalej. No, ale on chyba nie był prawdziwym gentelmanem, bo gdy dłoń kobiety z kolana, poprzez udo, podążyła na jego rozporek, nie mówił nic, wcale nie protestował.
- To prawda, co piszesz w swoich książkach: lubisz starsze od siebie, zajęte kobiety? 

sobota, 3 marca 2012

Świat Rafaela - cz. I (Spotkanie pod kościołem)

Zajął wygodne miejsce w niskim fotelu znajdującym się na wprost monitora i klawiatury komputerowej. Rozgrzał palce u dłoni, otworzył plik Worda i zabrał się za pisanie. Postawił pierwsze zdanie na białej kartce. Chwilę się zastanowił, pomyślał. Zaznaczył napisany tekst kursorem i zmienił styl czcionki na swój ulubiony.

Tak, teraz to wygląda zdecydowanie lepiej – pomyślał. Tak… Ale o czym właściwie mam pisać? – powątpiewał. Znowu o seksie? Przecież o seksie piszą głównie lewacy, a ja nie zaliczam się do ich grona. Tak myślał o sobie.

Pisał o seksie bardzo często. Przychodziły mu do głowy myśli, że może to już uzależnienie. Czytał gdzieś na ten temat. Ponoć jeśli mężczyzna przeżywa w ciągu tygodnia 7 orgazmów lub więcej, znaczy to, że jest seksoholizm. Spojrzał na swoje gładkie dłonie. Na szczęście nie mam jeszcze odcisków na palcach – uśmiechnął się pod nosem i do siebie w myślach.

Napisał i wydał 4 książki, a każda z nich, choć przed napisaniem zakładał inaczej, nawiązywała do seksu. Co prawda unikał zbytnich szczegółów erotycznych, choć opisy tego typu scen były jego mocną stroną. Musiał się powstrzymać, zachować to dla siebie, ugryźć się w język, stępić nieco pióro, by nie wyszła na jaw jego obsesja tym tematem, którą niewątpliwie miał.  

Ktoś kiedyś powiedział: seks nie jest od tego, by o nim mówić – tudzież pisać – ale od tego by go uprawiać. Z uprawianiem seksu, jak jakiejś dyscypliny sportowej, mężczyzna problemów nie miał żadnych. Ciągle wdawał się w jakieś romanse. Najczęściej z mężatkami. Myślał, że to nie jest do końca normalne: mam 31 lat i wciąż jestem kawalerem, ba – nie mam nawet narzeczonej, dziewczyny – ba!: nawet przyjaciółki… Tak, to nie jest normalne, żeby nie powiedzieć, że to jest – chore…

Wiedział, że coś jest z nim nie tak. Tym bardziej, iż mocno wierzył w Boga. Ktoś by mógł powiedzieć, że jeśli mocno by w Boga wierzył, postępowałby zgodnie z Jego Prawem i nakazami, a w Piśmie Świętym, które czytał każdego dnia, napisane jest, że nie będziesz pożądał żony bliźniego swego. On nie tylko pożądał, ale i zaliczał.

Swoje niecne postępowanie tłumaczył sobie tradycyjnym myśleniem o tym, że człowiek ma słabą naturę, dlatego też grzeszy, postępuje wbrew Bogu i Jego Prawom. To prawda – myślał często – ale jako wierzący, powinienem walczyć ze swymi słabościami, a, niestety, nie robię tego.

Nagle przypomniał sobie, pozornie nie związaną z jego rozmyśleniami, pewną sytuację, która miała miejsce dwa lata temu w wakacje. Wyszedł z tłumem wiernych z kościoła po niedzielnej mszy świętej. Kiedy doszedł do bramy wyjściowej z terenu kościoła, zatrzymał go pewien mężczyzna w kapeluszu i postrzępionym garniturze.
- Przepraszam uprzejmego pana, czy posiada pan może zapałki? – zagadał nieznajomy.
Wszakże zapałek nie miał, ale posiadał zapalniczkę, którą wyjął z kieszeni i podał mężczyźnie w kapeluszu.
- Może poczęstuje się pan papierosem? – mężczyzna wyciągnął w jego stronę dłoń, w której trzymał czerwoną paczkę, z której wystawały papierosy bez ustników.
- A chętnie – rzekł Rafael, choć zdecydowanie wolał te tradycyjne w dzisiejszych czasach, może nieco bardziej ekskluzywne – papierosy z pomarańczowym z ustnikiem. Chciał być kulturalny. Nie lubił robić przykrości innym ludziom, nawet w tak błahych sprawach.

Rozpalił papierosa, zaciągnął się i zaczął krztusić i kaszleć. Jejku, co to? – pomyślał i spojrzał na markę, której nazwa znajdowała się na bibułce. Devil’s – przeczytał słowo. Hm, jakaś dziwna... Ale, jak to się mówi, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.

Nieznajomy zaczął mówić:
- Pamiętaj, chłopcze, nigdy nie głosuj na Jar-kaczafiego i jego zawistną bandę, bo zanim się obudzisz – z ręką w nocniku, oczywiście – zobaczysz, że prócz nocnika nic tobie nie zostało.
Mówi trochę od rzeczy – pomyślał Rafael i zlustrował mężczyznę od stóp do głowy. Na nogach miał czarne męskie, upaprana w błocie, lakierki. Granatowe spodnie od garnituru były ewidentnie za krótkie. Chyba dawno nie widziały proszku i wody. Na prawym kolanie miały dziurę wielkości trzech 5-cio złotówek. Marynarka była wyświechtana, a spod niej wystawała – kiedyś pewnie biała, dziś pożółkła koszula. Twarz mężczyzny była nieogolona, cała zarośnięta. Na głowę wciśnięty miał czarny kapelusz, na który kiedyś narobiły gołębie. Dziwny typ – pomyślał Rafael i zaciągnął się papierosem, po czym znów począł kaszleć.

Chłopak nawet nie wiedział kiedy jego palce zaczęły przemieszczać się, jak w tańcu, po klawiaturze. Stawiał kolejne literki, które tworzyły słowa, słowa budowały zdania, aż wreszcie cała biała strona wypełniła się czarnym drukiem. Tak, to dobry pomysł – myślał, nie przerywając pisania – opiszę tę przygodę, która przytrafiła mi się dwa lata temu. Pisarz dostał natchnienia.

Pisał i pisał, i pisał…

Nagle zadzwonił telefon znajdujący się na biurku obok klawiatury. Rafael spojrzał na wyświetlacz, na którym pojawiała się i znikała – na zmianę – nazwa kontaktu: „Katien Praca”.
- Halo, Katien – rzekł do słuchawki.
- Witaj, Rafaelu, musimy się spotkać – usłyszał znajomy głos koleżanki z pracy.
- OK. Kiedy?
- Masz czas jutro południu, tak ok. 17:00?
- Tak, mam. Jutro jest sobota, więc odpoczywam. A czy coś się stało?
- Powiem ci wszystko, jak się spotkamy. Jutro o 17:15 w „Galerii Nowoczesności”. Pasuje?
- Tak.
- A więc do jutra.

Katien się rozłączyła. Rafael przez chwilę zastanawiał się, co też mogło się stać. Pewnie jakieś sprawy związane z firmą. Nie ma co – pomyślał, poczym usiadł na fotelu, by kontynuować zaczęte dzieło.  

czwartek, 1 marca 2012

Krótka bajka o związkach


Związki między kobietą i mężczyzną nie są łatwe. Na początku zawsze jest zauroczenie, zafascynowanie, zakochanie i wiele innych uczuć, które pozytywnie oddziałują na oboje kochanków, przyciągając ich do siebie. Mówiąc kochanków, nie sprowadzam wszystkiego do poziomu łóżka. Przecież nie zawsze para musi tam kończyć. Czasem jest to np. pralka.

Kiedy zadzwonił telefon, Anna leżała nieruchomo na łóżku, i patrzyła w sufit. Dopiero po trzecim sygnale postanowiła się podnieść. Podeszła do stołu, chwyciła komórkę i spojrzała na wyświetlacz. „Marcin? Czego on znowu chce…” – pomyślała.

- Cześć, kochanie – usłyszała, kiedy przyłożyła telefon do ucha.
- Cześć – odpowiedziała, ale nie tak entuzjastycznie jak rozmówca po drugiej stronie.

„Czego on chce? O co mu chodzi? Przecież jasno dałam mu do zrozumienia, że nie chcę z nim być. Mówiłam mu, że o związku ze mną może zapomnieć, i wybić to sobie raz na zawsze z głowy. Czy on musi być taki upierdliwy!?” – te myśli zdążyły przemknąć jej przez głowę, kiedy Marcin mówił:
- Kochanie, spotkamy się?
„Boże, jaki on infantylny!”
- Nie, nie spotkamy! – rozłączyła się, po czym rzuciła telefon na stół.

Poznali się jakiś miesiąc temu, w kwietniu. Spotkali się w busie. On pierwszy zagadał do niej, ona, choć nie był w jej typie, dała mu swój numer telefonu. Nie miała wtedy nikogo, jak przez większość swojego życia – była sama. Potem spotkali się już dwa dni później. Na pierwszą randkę przyjechał swoim starym BMW. Zabrał ją na przejażdżkę. Pojechali do lasu. Był trochę nieśmiały. Ona, choć pięć lat młodsza, nieco go ośmieliła. Jednak nie było nawet w połowie tak miło, jak się spodziewała. „Trudno, takie jest życie” – pomyślała wtedy.

Podobnie myśli dziś. Jednak po tylu niewypałach, infantylnych kochankach, nie umiejących dać jej choć w części tego, czego chciała i potrzebowała – poważnie zaczęła się zastanawiać nad tym, by stać się lesbijką. „Dzisiejsi faceci są strasznie zniewieściali. Dziecinni, niedojrzali, mało-męscy” – podobne myśli często przychodziły jej do głowy, gdy leżała na łóżku, nieruchomo wpatrując się w sufit.

Nagle coś błysnęło jej w głowie. Pewna myśl. Intuicja podpowiedziała jej, że za moment ponownie zadzwoni telefon. I faktycznie tak się stało. Podeszła, odebrała.
- Kochanie, czemu się nie chcesz ze mną spotkać? – usłyszała uległy głos Marcina w słuchawce. „Jej, ca za ciota!” – pomyślała i rzekła:
- OK., spotkajmy się.

Było tak, jak myślała. Ona chciała dobrego seksu, on gadał jej już coś o ślubie. Pomyślała, że dobrze, iż nie wziął ze sobą pierścionka zaręczynowego – toby dopiero! Zresztą – teraz to nie było ważne. Facet ma już 31 lat, normalne, że myśli o stałym związku, ale wcale się nie dziwiła, że do tej pory żadnego nie udało mu się stworzyć.

Siedzieli w samochodzie, który stał na leśnej drodze. Wokół były tylko drzewa i ściółka, na której rosły. Marcin patrzył na nią i mówił:
- Jesteś taka piękna, słodka, cudowna… że się rozpływam jak lodzik w upalne dni.
- A może chcesz lodzika? – spytała.
Zawstydził się i odwrócił głowę w drugą stronę.
- No chcesz czy nie? – ponowiła pytanie i pomyślała, że ma do czynienia z wyjątkową ciotą. „Ale to dobrze” – do głowy przyszła jej kolejna myśl.

Zaczęła się do niego dobierać. Rozpięła mu spodnie i schyliła się w tamtą stronę.
- Wyjątkowa z ciebie ciota, Marcinku – rzekła.
- Co…? – chłopak jakby się przebudził. Zaskoczyły go te słowa. Ale za chwilę już o tym nie myślał. Czuł tylko przyjemność i podniecenie. I, sam nie wiedział czemu, zawstydzenie. Anna rzekła:
- Marcinku, czemu z ciebie taka ciota?
Dziewczyna mówiąc to, wyjęła z kieszeni nóż. Marcin nie widział tego. Miał podniesioną głowę, wygodnie opartą o nagłówek siedzenia. Zamknął oczy i wzdychał głęboko. Po chwili poczuł na jądrach zimne ostrze.

Związki między kobietą i mężczyzną często nie są łatwe. I kończą się też różnie. Marcin przeżył tę wycieczkę do lasu, lecz nie cały. Anna wyszła za niego za mąż. Ale zrobiła to pod jednym warunkiem – mężczyzna bez męskich genitaliów obiecał jej, że nie zgłosi tego co zrobiła na policję. W szpitalu wymyślili świetną bajkę, którą personel łyknął jak ryba przynętę. A ich życie i związek, choć już nigdy nie przypominał bajki, trwał i trwa do dnia dzisiejszego. 

sobota, 19 listopada 2011

Uprzejmość

Jadę przez Łódź tramwajem. W środku jest pełno ludzi. Wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Stojący ludzie tłoczą się, co chwila ktoś zawadzi nogą lub torbą o osobę znajdującą się obok. Mnie jest w miarę wygodnie. Opieram się o jedną z poręczy. Wzrok i myśli skupiam w jednym punkcie, ćwicząc koncentrację.

Na przystanku przy Manufakturze do tramwaju wchodzi kobieta w ciąży. Widzę, że nie ma gdzie usiąść, więc reaguję, mówiąc w stronę czterech osób zajmujących podwójne fotele: „Proszę ustąpić miejsca tej pani”.

Wstaje najmłodsza z osób tam siedzących. To kobieta, wysoka, dobrze ubrana. Bojowo nastawiona, mówi do mnie: „Niech pan na mnie nie krzyczy. Jeśli chciałby pan wiedzieć, ja też jestem chora. Niech pan nie będzie taki mądry”.

„Nie rozumiem pani. Zauważyłem kobietę w ciąży, więc poprosiłem, aby ktoś z państwa ustąpił miejsca. I nie krzyczałem. Jeśli pani tak to odebrała, proszę wybaczyć”. Kobieta nic więcej nie powiedziała. Tramwaj jechał dalej. O dziwo, zwolniło się później miejsce, lecz ona już nie usiadła. Chyba się na mnie mocno pogniewała albo coś jeszcze gorszego, bo odwróciła głowę w przeciwną do mojej stronę, i już w moją stronę nie spojrzała ani razu.

Wczoraj wchodząc do busa na ulicy Lutomierskiej chciałem przepuścić przed siebie pewną kobietę. Powiedziałem do niej uprzejmie „proszę” i zrobiłem przed sobą miejsce, by mogła się tam zmieścić. Kobieta na to, według mnie trochę agresywnie, rzekła: „chyba jest kolejka, nie?!” Odpowiedziałem na to, próbując zachować spokój i chyba mi to wyszło – „wiem, widzę, że jest”. Ona się trochę uspokoiła i powiedziała: „spokojnie, zmieszczę się”. Pomyślałem sobie, że wiem, że się pani zmieści, chciałem tylko być uprzejmy. Lecz nie powiedziałem tego. Powstrzymałem się, poczułem, że nie warto.

Z tych dwóch sytuacji wnioski każdy dla siebie może wyciągnąć różne. A to tylko dwa przykłady z wielu, które spotykają mnie na co dzień. Oczywiście: tych przyjemnych sytuacji zdarza się więcej. Ale dziś nie o nich.

Jestem tego świadom, zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma ochotę na to, by być dla niego uprzejmym. Ta młoda, walcząca o swoje pani, o której mówiłem na początku, być może naprawdę była chora. Ale mnie nie o to chodzi. Po prostu dziwię się, że mało osób potrafi powiedzieć to, co czuję w sposób normalny, nieagresywny.

„Niestety, nie ustąpię miejsca, jestem chora. Może zrobi to ktoś inny”; „Nie, dziękuję, wolę stać tutaj”. Czy to takie trudne?

Ludzie walczą o tolerancję, myślą o sobie, że są tolerancyjni. Co drugi poszedłby na Marsz Równości, by pokazać, jaki on krzewiciel przyjaźni dla inności. Tak wiele osób utożsamia się z hasłem: „Wolność, Równość, Braterstwo”, a jak przychodzi co do czego, to uprzejmości u niego za grosz. 

poniedziałek, 14 listopada 2011

Chcę czuć się dobrze. A Ty?

Piękny był dzisiejszy dzień. Rzadko który taki nie jest. Ponoć tylko dobre dni wnoszą dobre rzeczy do naszego życia.

Myślę, że wiele zależy od nas, czy dni są udane, czy też takimi nie są. Ja dzisiejszego ranka obudziłem się z uśmiechem, po czym powiedziałem sobie, że spędzę piękny, wyjątkowy dzień.

To, że czuję się dobrze, było chyba po mnie widać. Jedna pani, kompletnie obca – już niemłoda – rzekła do mnie wysiadając z autobusu: jest pan przystojny i inteligentny. Trochę się speszyłem. Po czym się uśmiechnąłem i powiedziałem: miło mi, dziękuję. Miałem spytać, skąd wie, że inteligentny. Lecz nie zdążyłem. Poszła sobie.

Teraz już wiem, jak mogą czuć się ludzie na ulicy, kiedy do nich podchodzę i mówię jakiś tekst „od czapy”. Dawno tego nie robiłem. Może to i dobrze. Chociaż ostatnia reakcja obcej osoby na mój komplement była bardzo pozytywna. Pisałem o tym wydarzeniu na blogu kilka tygodni temu.

Doszliśmy tak do dwóch kwestii, które są w naszym społeczeństwie odbierane naprawdę różnie. Pierwsza to zagadywanie do obcych ludzi na ulicy, druga – prawienie komplementów i reakcja na nie. A już prawienie komplementów obcym ludziom – to jest dopiero sprawa! Mam swoje zdanie na ten temat. Pewnie je znacie. Ciekawe, co Wy o tym myślicie… Nie mam tu na myśli, oczywiście, jakiejś chorej upierdliwości. Prosty, lapidarny komplement – i już. Potem, bez słowa, bez czekania – zbyt długiego – idziemy dalej, jakby nigdy nic. A jeśli nie idziemy, a stoimy, to wracamy do poprzedniej czynności.

Kiedy czujemy się dobrze, dobroć z nas emanuje. Kiedy czujemy się atrakcyjni, atrakcyjność także z nas emanuje. Mógłbym skupić się na brakach, na tym, że nie mam rąk, ale wtedy nie czułbym się dobrze. Chcę czuć się dobrze, dlatego też skupiam się na pozytywach. Wam także, jeśli chcecie czuć się dobrze, szczerze to radzę.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Ula i Igor

Kiedy zaczęła się moja fascynacja kobietami starszymi od mnie – nie wiem. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie swojego życia po raz pierwszy poczułem, że coś mnie do kobiet starszych od mnie ciągnie. Że kobiety starsze ode mnie, kobiety dojrzałe mają w sobie coś, co przyciąga mnie jak magnes.

Kiedy byłem uczniem czwartej klasy podstawówki – podobały mi się nauczycielki, które mnie wtedy uczyły. Ja, młodziutki chłopak, właściwie dziecko, wyobrażałem sobie przeróżne erotyczne sytuacje w roli głównej ze mną no i, oczywiście, jakąś z nauczycielek. Nie były to rzeczy mocno perwersyjne. Zresztą, perwersja to chyba pojęcie względne. To, co dla jednego jest perwersją, nie musi być perwersją dla kogoś innego.

Ale pomińmy podstawówkę. Przenieśmy się dalej – do liceum. To tu po raz pierwszy świadomie poczułem, że lubię dojrzałe kobiety. Pani od geografii, pani od polskiego, pani od historii. Każda z nich miała w sobie coś, co budziło we mnie fascynację. Przede wszystkim był to wiek. To, że były te panie starsze ode mnie – chyba najbardziej mnie w nich „kręciło”. Nie mógłbym tu pominąć pani od biologii, która ewidentnie ze mną flirtowała. (Gdybym miał taki umysł jak dziś, mając lat 30, zostałbym po lekcji, prosząc, aby mi coś wytłumaczyła – a potem zaczął działać!)

Wtedy wydawało mi się to rzeczą niemożliwą, żeby 30-letnia kobieta mogła „polecieć” na osiemnastolatka. Dziś – znając trochę życie – wiem, że jest to możliwe – i niekoniecznie ta 30-stka musi być wolna. No, ale pewnych zasad się nie łamie. To także zrozumiałem z wiekiem.

Dziś sam mam żonę i dójkę dzieci. Nie chciałbym, by inny facet dotykał w sposób intymny „moją” kobietę. Postępuj w stosunku do innych tak, jakbyś chciał, żeby postępowano w stosunku do ciebie – to jedna z zasad, której przestrzegam. Ale: jest tu także drugie dno. Jeśli jakaś kobieta pozwala się dotykać innemu facetowi, mając męża i udając, że go kocha – to znaczy, że nie jest warta jego miłości. Zresztą, w drugą stronę działa to bardzo podobnie.

O ile mój flirt z panią od biologii był tylko i wyłącznie flirtem i nigdy nie posunął się dalej – to już z panią od matematyki było zupełnie inaczej. Kiedy byłem jeszcze w LO, nigdy jakoś specjalnie mnie ta pani nie fascynowała. Owszem, była ładna – nie powiem, że nie. Ale generalnie mnie się podoba większość kobiet. Nie dlatego, żebym był jakimś erotomanem (choć czasem się zastanawiam, czy tak nie jest…), ale dlatego, że kobiety to po prostu płeć piękna. I każda z nich ma w sobie coś, co jest piękne. Raz będzie to ciało, raz umysł, innym razem serce.

Teraz opowiem, jak to było z tą panią od matematyki. Jeszcze gdy byłem w liceum rzadko miałem fantazje w roli głównej z jej udziałem. W sposób erotyczny częściej myślałem o innych nauczycielkach. Nie powiem: na pewno kiedyś coś tam sobie wyobrażałem, że ja i pani od matmy robimy coś razem w łóżku – przepraszam: raczej na biurku w szkole po zajęciach. Ale fantazje z udziałem pani Uli – bo tak ma na imię ta pani – mojej nauczycielki od matematyki – należały do rzadkości.

Pani Ula, kiedy byłem jej uczniem – i miałem lat 18 – miała lat prawie 40. Kiedy pewnego pięknego dnia całkiem przypadkiem spotkałem ją na „mieście” miałem lat 21, a więc ona była już po 40-stce. Nie wiem dokładnie – mówię na tak zwane „oko”, w przybliżeniu. Było to w zimę. Szedłem przez miasto. Chodnikiem, po którego bokach leżały kupki odgarniętego śniegu.

Tak szedłem – nie pamiętam gdzie, nie pamiętam też o czym myślałem. Zza rogu wyszła nagle pani Ula. Ubrana w czarną, krótką skórzaną kurtkę, spódnicę ciemno-granatowego koloru, ciemne rajstopy oraz czarne kozaki do kolan. W rękach niosła dwie reklamówki z zakupami. Na głowie naciągniętą miała zimową wełnianą czapkę, na nosie okulary w czarnych oprawkach.

- Dzień dobry – zagadałem.
- O, witam, Igorze!

Od tego momentu pamiętam świetnie wszystko, co się działo. Rozmawialiśmy przez chwilę, stojąc na chodniku, na rogu ulic, przy sklepie papierniczym.

- Powiedz, Igorze, co u ciebie? Studiujesz?
- Tak, pani Ulu. Filozofię na Uniwersytecie.
- O, naprawdę! A nigdy ci nie mówiłem, że filozofia to mój konik.
- Myślałem, że matematyka?...
- Matematyka jest dobra, bo uczy logicznego myślenia, wyciągania wniosków. Lecz moim ulubieńcem, a raczej ulubienicą jest filozofia.
- Hm, to ciekawe!
- Wiesz co, Igorze: zapraszam cię do mnie na kawę. Na zewnątrz zimno i nieprzyjemnie. Chodźmy.

I ruszyliśmy w stronę Nowego Osiedla. Szliśmy tak przez jakieś 10 minut. Kiedy doszliśmy do zielonego bloku, podeszliśmy do klatki schodowej, a pani Ula wyjęła klucze, które miała w czarnej, skórzanej torebce zawieszonej na ramieniu. Oczywiście, siatki z zakupami niosłem ja.

Po drodze przyjrzałem się nieco pani Uli i stwierdziłem, że jest to naprawdę fajna kobieta. Niska i zgrabna. Poza tym porusza się w wyjątkowy sposób – z dystynkcją i elegancją.

Weszliśmy na górę. Mieszkała na drugim piętrze. Znów przekręciła klucze w zamku, otwierając drzwi. Stanęliśmy za chwilę w niewielkim przedpokoju. Zdjąłem kurtkę, potem rozwiązałem i ściągnąłem buty. Pani Ula zrobiła to samo. Pod kurtką miała granatowo-białą garsonkę. Co było dalej – dziś już nie powiem. Może kiedyś, gdy przyjdzie mi ochota, by opisywać sytuacje typowo intymne, które działy się potem. A zaczęło się już w przedpokoju…