środa, 13 czerwca 2012
Postanowienie 5
Drugi dzień postanowienia trwa. Zaczęło się wczoraj o godzinie 24:00. Dziś o 24:00 minęły 24 godziny, plus 10 godzin 20 minut - razem 34 godzin 20 minut. Dobry wynik. Jedziemy dalej. Miłego dnia!!
wtorek, 12 czerwca 2012
Postanowienie 3
Jest 12-ty czerwca. Godzina 06:30. Moje postanowienie obowiązuję już od 6-u godzin 30-tu minut.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Postanowienie 2
Za dwie godziny wybije 24:00. Od tej chwili obowiązywać będzie moje postanowienie. Będę o tym wspominał tutaj, ponieważ deklarując coś dla kilku osób, łatwiej postanowienia dotrzymać. Życzcie mi powodzenia! Dobrej nocy!
Postanowienie
Szybki, krótki wpis. Od jutra wprowadzam w życie pewne postanowienie. To nie pierwsze postanowienie, które tutaj deklaruję, ale, przyznaję, poprzedniego nie dotrzymałem. Teraz mi się uda. Na pewno. Wierzę w to całym sobą. Jutra 12-ty czerwca i od jutra postanowienie będzie aktualne. Postanawiam!
Przemysław RG Wieczorek DSM
Przemysław RG Wieczorek DSM
sobota, 9 czerwca 2012
Opowiadanie o pewnych ideałach
Wszedł
do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak
więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył
próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed
wejściem.
„Dzień
dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez
chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i
położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała
4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał
reszty.
„Co
u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni.
„Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem.
Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć
zdrajców” – przeczytał.
Zaczął
mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie –
Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej
Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka
prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w
więzieniu politycznym.”
Sprzedawczyni
spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet –
pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78
kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły
także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.
Był
od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż
ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to
zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała,
nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy
miała diametralnie inne niż te pana Michała.
W
towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś
przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki,
ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i
sprzeczne z nim – to zło.
A
gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść
faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny.
Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej
oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i
elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.
Raz
się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet
tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego
zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na
pana Michała, który nawet nie drgnął.
Był
odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła
białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie.
Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do
spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej
obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim,
opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.
„Panie
Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła
głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak
to co?” – spytała, podchodząc do niego.
Stali
w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry
do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka
razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się
zszokowany.
Poczuł
konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie
bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego
pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym
wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam!
I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń
pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak,
że bardzo mu się to podoba.
Milion
myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na
sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele –
pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa
krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz,
suko!” – wykrzyknął.
Trzymając
lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico
ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę
jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak
on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które
wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.
Pani
Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie
w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i
zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.
Wiedział,
że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie
obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od
zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos
Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.
Zobaczył
tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości
jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy
tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem
w stronę przystanku.
Wbiegł
do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę
jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać,
co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł
artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze
prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili,
zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że
człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.
Tramwaj
zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z
przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza
jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu.
Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.
Przed
nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy
postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten
spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem,
uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna
w stronę kolegów.
Za
chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn,
w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich.
„Faszystowskich gazetek się zachciało!”
Pan
Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej
niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała
się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący
z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim
ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną
częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.
Pan
Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju,
jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą
nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku,
zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i
zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia
spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi
osłaniał się pan Michał.
W
tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych
w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn
i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle
do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i
pałkami w rękach.
Młodzi
mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie
Biała Droga.
Jeden
z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał:
„Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok.
50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni
jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej
nić wy!?”
Reprezentant
Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając
go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał
podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli
bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się
w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę
tramwaju.
Trzej
chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci
Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy
przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać
oponentom solidny wycisk.
Rozpoczęła
się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym
przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu
uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które
ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy
młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie
grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.
Przygoda
pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za
zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden
reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo
reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia
wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w
bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są
rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze
popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę…
sobota, 2 czerwca 2012
Dzień po Dniu Dziecka
Kiedy
śmieje się dziecko, śmieje się cały świat – jak mówił wybitny pedagog Janusz Korczak. To prawda,
szczery śmiech dziecka wywołuje w człowieku tylko pozytywne uczucia. Na pewno
są wyjątki, które potwierdzają tylko regułę, dla których śmiech dziecka jest
obojętny, nie wywołuje w nich żadnych uczuć. Na pewno są też wyjątki, u których
śmiech dziecka, ale nie tylko śmiech, ale też samo dziecko kojarzy się źle,
budzi w nich negatywne emocje. Kiedyś przyznał się do tego publicznie Jerzy
Urban.
Radość jest czymś, co potrzebne jest
dziecku do tego, by mogło normalnie funkcjonować. Nie bawię się tu w pedagoga, bo
choć nim jestem z wykształcenia, dużo na ten temat z wykładów nie pamiętam. Mój
zdrowy rozsądek, a także doświadczenie, mówią mi, że szczęśliwe dziecko to
dziecko uśmiechnięte. Szczęśliwe dziecko to dziecko mające opiekuńczego, czasem
surowego tatę oraz kochającą, wyrozumiałą mamę. Otoczone miłością, trzymane w
ryzach zasad obowiązujących w życiu – takie dziecko może być naprawdę
szczęśliwe i wyrosnąć na wartościowego człowieka.
O tym, jak zgubne skutki niesie ze sobą
wychowanie w rodzinach niepełnych i dysfunkcyjnych wiedzą nie tylko
psychologowie i pedagogowie, ale przede wszystkim osoby wychowane w takich
rodzinach. Defekty, które występują u tych osób, często są trudne do
naprawienia i wleką się za człowiekiem przez całe życie. To, że dziecko za
młodu nie dostawało wystarczająco lub wcale – miłości, odbija się wyraźnie i
mocno w jego dorosłym życiu. Niepewność, brak wiary w siebie, niskie poczucie
własnej wartości – to niektóre z syndromów dziecka zaniedbanego, niekochanego.
Jak powiedziałem wyżej, nie piszę tego
jako pedagog. Piszę to jako zwykły człowiek. Człowiek, który sam przez
większość swojego życia wychowany został w rodzinie zastępczej. Jakie defekty
niesie dla psychiki dziecka wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej – wiem
najlepiej z własnego doświadczenia.
Wczoraj był Dzień Dziecka, czyli święto
największych Skarbów naszego świata. To do Dzieci należy przyszłość tego
świata. Sprawmy, aby były One szczęśliwe, dajmy Im opiekę i radość, wpoimy w
Nie zasady, z którymi iść będą potem przez życie. Pozwólmy Im, aby mogły być
szczęśliwe – tu i teraz – a zarazem budowały lepszą przyszłość.
czwartek, 31 maja 2012
V Łódzka Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej - moja relacja
Wyruszyliśmy ok. godziny 11:00 z ulicy
Kilińskiego 81 spod budynku Straży Miejskiej. Kiedy dobiegliśmy do gmachu Urzędu
Miasta Łódź, który znajduje się na ulicy Piotrkowskiej 104, zastaliśmy tam
czekającą na nas Prezydent Łodzi. Komendant Straży
Miejskiej wręczył Pani Zdanowskiej kwiaty, ona życzyła nam powodzenia,
zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Teraz mogliśmy rozpocząć bieg.
Była to Pielgrzymka Biegowa Straży
Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej leżącej w okolicach Augustowa. Mieliśmy do
pokonania ok. 520-tu kilometrów. Biegaczy, o ile dobrze
pamiętam, było razem 15-tu. 9-ciu Strażników Miejskich, 1 Strażak, 5-ciu biegaczy
ochotników, wśród których jedna osoba z niepełnosprawnością.
Zawodnicy
podzieleni zostali na pary (jedna trójka), a każda z nich pokonywała kolejno po
10 kilometrów, także na końcu każdy z biegaczy – z jednym wyjątkiem – przebiegł
ponad 70 kilometrów.
Biegliśmy bez przerwy. Trzy niecałe
dni i dwie noce. Czasem nie było lekko. Dokuczały kontuzje. W
ciągu dnia doskwierało słońce, które – mimo wszystko – było dla nas i tak dosyć
łaskawe. Noce były zimne. Niezbędna była solidna rozgrzewka, by przywrócić
mięśnie do stanu używalności.
Kiedy jedna para biegła, reszta ekipy
odpoczywała. W dzień można było położyć się wygodnie gdzieś na wiejskiej
polanie, nocą pozostawał samochód – choć byli odważni, którzy spali w śpiworach,
pod niebem pełnym gwiazd. Tym, którzy wybrali jednak samochód,
pozostawał sen, a raczej półsen na siedząco – co więksi szczęśliwcy mogli spać
półleżąc.
Z Łodzi wybiegliśmy w czwartek. Na
miejscu byliśmy w sobotę ok. południa. Ostatnie 3 kilometry
sztafety przebiegliśmy wszyscy. Nie tylko biegacze, ale także reszta ekipy,
która była z nami – organizatorzy, pomocnicy, opiekunowie, ludzie
odpowiedzialni za kuchnie.
Na miejscu przywitali nas ludzie
uczestniczący w pielgrzymce do Studzienicznej. Ksiądz biskup Jerzy Mazur wręczył
nam medale. Na twarzach większości biegaczy widać było wzruszenie, niektórym
popłynęły łzy radości z oczu.
Potem, o godzinie 17:00, odbyła się
msza dziękczynna, w której uczestniczyliśmy. O godzinie 19:30
rozpoczął się grill trwający do późnych godzin nocnych. Do Łodzi wyruszyliśmy w
niedzielę przed południem, na miejsce dojechaliśmy wieczorem.
Mój Komentarz:
Ta pielgrzymka była jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w
życiu. Poznałem podczas niej wielu wspaniałych ludzi, dzięki którym wzbogaciłem
swoje mentalne, psychiczne, duchowe, ale też fizyczne życie. Byli tu biegacze,
którzy zaliczyli w swoim życiu wiele maratonów, a dla niektórych z nich maraton
(42,195 km) to dopiero rozgrzewka. Pan Tadeusz, którego dane mi było poznać na
tej pielgrzymce biegowej, przebiegł w swoim życiu 2 razy Spartathlon, czyli
bieg o długości 246 kilometrów, odbywający się z Aten do Sparty. Nie
wystarczyłoby mi atramentu w piórze, gdybym miał wymieniać każdą osobliwość,
którą tu spotkałem, a tylko dodam, iż każda z nich pozytywnie wpłynęła na mnie
i na moje życie. Jestem z siebie dumny i dziękuję wszystkim uczestnikom i
organizatorom pielgrzymki, to dzięki Wam udało mi się przebiec 6 razy po 5
kilometrów, jedną całą „dychę” w niezłym czasie, oraz dwa krótkie dystanse na
starcie i mecie – razem ponad 45 kilometrów. To niezwykle piękne uczucie, kiedy pokonuje się swoje ograniczenia.
Dziękuję!! Było ekstra!! Już nie mogę się doczekać pielgrzymki za rok –
obiecałem i zobowiązałem się, że będę robił same „dyszki”.
środa, 23 maja 2012
Sztafeta z okazji Dnia Matki
Prawie
rok temu, w czerwcu, Warszawa była nasza. W tym roku, już jutro, ruszamy na
Mazury. Tym razem nie z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, a ze Strażą Miejską w Łodzi.
Ok. 520-to kilometrowa sztafeta, która rozpocznie się 24 maja rano, a zakończy 26
maja – w Dzień Matki. Wysiłek będzie spory, ale nagroda – satysfakcja – jeszcze
większa. Więcej informacji na temat sztafety tutaj: http://archidiecezja.lodz.pl/new/?news_id=13ad287bd77b86cfb925e2a0b771510f
poniedziałek, 21 maja 2012
piątek, 18 maja 2012
Dla Sportu Marsz
Dla Sportu Maszeruję. W tym
zwrocie stylistyka kuleje bardzo. Ale pasuje ten zwrot na rozwinięcie skrótu
DSM. Pomysł, aby właśnie tak rozwinąć ten skrót, wpadł mi dziś do głowy ok.
godziny temu, kiedy biegałem, przeplatając bieg marszem. Szedłem asfaltem, aż
tu nagle zatrzymał się obok mnie samochód, w którym siedziało trzech moich znajomych.
Spytali się mnie, czy idę konkretnie w jakieś miejsce, czy może maszeruję dla
sportu. Dla Sportu Maszeruję – odpowiedziałem.
Trzy zdjęcia
czwartek, 17 maja 2012
Determinacji Siły Mocy!
DSM
to trzy litery, które są moim imieniem – którego nie dostałem ani na chrzcie, ani
podczas bierzmowania, ale wymyśliłem je sam, i sam, nieoficjalnie, nadałem je
sobie kilka lat temu. DSM to także skrót, który posiada wiele rozwinięć. Można
by je mnożyć, a jedynym ograniczeniem jest tu wyobraźnia, która cechuje się
tym, że nie posiada ograniczeń. Tak więc dziś, w ten słoneczny, choć nieco
wietrzny czwartek, DSM oznaczać będzie: Determinację, Siłę i Motywację, a z
małą kombinacją Motywacja zastąpiona może być Mocą, której Wam dziś życzę.
czwartek, 10 maja 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
Koko...
Mało
mnie obchodzi Koko Roko Euro Spoko, czy jak mu tam. Szczerze - to nawet tego
nie słyszałem. Kolejne Igrzyska dla Ludu, a Lud po raz kolejny daje się
nabierać. Wstyd Wam za hymn Euro 2012? A tego, że politycy po raz kolejny
nabijają Was w bambuko to się nie wstydzicie? :)
niedziela, 6 maja 2012
Nie-najlepsza forma
Kończy się długi weekend
majowy. Pogoda za oknem trochę się popsuła. Trudno. Najważniejsze jest to, by –
mimo niepięknej pogodny – piękno pielęgnować w sobie. Nosić w sobie radość i
nieustannie świecące słońce – o to w tym wszystkim chodzi.
Nie jest to łatwe. Czasem przychodzą
te gorsze dni. Chwile słabości to rzecz normalna. Ale dobrze jeśli tych chwil i
momentów, w których czujemy się gorzej, w których nasz nastrój się obniża – jest
jak najmniej.
Ktoś kiedyś powiedział, że
nie sztuką jest działać na swych najwyższych obrotach, kiedy jesteśmy w
najlepszej formie. Sztuką jest być sobą, być człowiekiem, mieć siłę i moc,
działać pozytywnie właśnie w tych chwilach, kiedy przychodzi do nas słabość.
I tego Wam życzę!
czwartek, 3 maja 2012
Historyjka o proboszczu, który gościł u swoich parafian
„Czy
wierzy ksiądz, że wiara, jak mówi Biblia, może przenosić góry?”, zapytał
pan domu.
„Tak,
wierzę”, spokojnie odpowiedział proboszcz.
„W
porządku, dziś pójdę spać z wiarą, że ta góra naprzeciw naszego domu
do rana zniknie”, zadeklarowała głowa rodziny.
Następnego
zaś ranka ten człowiek skwapliwie wyjrzał przez okno, a
widząc, że góra wciąż
stoi na swoim miejscu, pogratulował sobie: „Wiedziałem,
że nie zniknie!”.
Ben Sweetland – „Bogać się
kiedy śpisz”
Subskrybuj:
Posty (Atom)








