niedziela, 20 lutego 2011

Kilka moich niby-wierszy

Dziś, z okazji niedzieli, postanowiłem opublikować kilka moich – nazwijmy to – niby-wierszy, które jakiś czas temu – prawie rok wstecz – zamieściłem na „portalu-pisarskim”. Niektóre z nich są nieco infantylne, ale cóż… taki właśnie czasem jestem! Wybaczcie mi także mój słaby warsztat… Ale jeszcze wszystko przede mną, a z każdą chwilą jest coraz lepiej!


Dziękuję Ci – dedykowane dla M.

Dziękuję Ci, że jesteś ze mną tu.
Że czuję Twój zapach, że dotykasz mnie znów.
Że mogę patrzeć w Twoje oczy radosne.
Dziękuję Ci, że jesteś ze mną w tę wiosnę.
Nasze uczucie wciąż kwitnie,
Każdego dnia dojrzewa.
I choć czasem spadają liście,
Wiatr nie przewraca drzewa.
A kiedy przyjdzie huragan -
Chwyć mnie mocno za szyję.
Zobacz - drzewo upada,
A nasza Miłość wciąż żyje.


Dotknij dłonią

Dotknij dłonią mojej piersi -
Poczuj, jak bije me serce.
Wali mocno niczym młot:
Coraz szybciej, coraz prędzej.
Wierz mi, ma tak zawsze,
Kiedy blisko obok jesteś.
Kiedy czuję Twój zapach,
Który miesza się z powietrzem.

Kiedy mówisz do mnie szeptem,
Przechodzą po mnie dreszcze.
I niczego więcej nie chcę -
Tylko Ciebie chcę wciąż więcej.
I niczego już nie pragnę -
Tylko Ciebie mieć tu zawsze.
By od nowa całą dokładnie
Poznawać Cię za każdym razem.

I przeżywać tę ekstazę.
Jak wtedy - pamiętasz?
Kiedy po raz pierwszy
Cała naga, uśmiechnięta
Leżałaś obok, na polanie,
Z głową na mej piersi.
To było jak szalony taniec -
Ten gorący seks pierwszy.

Dotknij dłonią mojej twarzy -
Wtedy poczujesz to ciepło.
Chciałbym poznać wyrazy,
Które opiszą to piękno.
Co mnie w Tobie urzekło -
Nie znam słów tych niestety.
Lecz me serce w pół pękło,
Gdy poznałem Cię wtedy.


Chwilo, trwaj!

Wczorajszy dzień puściłem z dymem.
Przeszłości nie ma.
Dziś zapomniałem, kim wczoraj byłem.
To zbędny temat.
Po co rozmyślać, po co roztrząsać?
To niepotrzebne.
W chwili obecnej lepiej pozostać.
Chwilo, trwaj we mnie!

Nie przypominam sobie tych czasów.
Kiedy to było?
Już nie pamiętam poprzednich wczasów.
Mówię: trwaj, chwilo!
Te stare związki, starzy znajomi.
I przyjaciele.
Nie rozmawiajmy dzisiaj już o nich.
Bliznach na ciele.

Więc powtarzam dziś po raz wtóry.
Chwilo, trwaj, jesteś piękna!
I nie miej żalu do mnie o bzdury.
Że cię przestanę jutro pamiętać.
I się nie gniewaj, taki twój żywot.
Twe przeznaczenie.
Za kilka chwil będziesz nieżywą.
Bo umrzesz we mnie.


Odleciałem

I znów odleciałem,
Po same chmury – tam wysoko.
Znów się zapomniałem,
Znów rozpłynąłem się jak obłok.

Z wiatrem tańczyłem,
A słońce grzało moją twarz.
I znów chwilą żyłem,
I przestał istnieć dla mnie czas.


Chwyć mnie za rękę,
Podnieś głowę, spójrz na niebo.
Życie jest piękne,
A my i cały świat to jedno.

Masz w sobie wiarę,
Która przenosi wielkie góry.
Masz siłę i talent,
Razem zburzymy wszelkie mury.


Umiem latać

To, że umiem latać - od dziś nie jest tajemnicą.
Wyjawiam to - a co tam! - niech się wszyscy dowiedzą.
Od teraz dewotki mnie straszyć będą gromnicą.
Jutro ci w kitlach z kaftanem po mnie przybędą.

Kilka mocnych zastrzyków dadzą - trza uśpić wariata.
Nogi przymocują na pasy - niech się tu tylko nie rusza.
Tak głośno krzyczał, tak wrzeszczał - niech se teraz polata.
Ciekawe, kto pierwszy uleci - ptak czy jego dusza?

To, że umiem latać, dla niektórych jest nierealne.
Jest dziwne lub niepojęte - niektórzy w to nie wierzą.
Nikt nigdy nie zapytał mnie, czy latanie jest fajne.
I jak dalej pytać nie będą - nigdy się nie dowiedzą.

I nie posiadam skrzydeł jak ptak czy jak anioł biały.
Ani śmigła jak helikopter, które by się kręciło.
Lecz z góry spoglądam na ludzi małych jak karły.
Co ulicami jak w labiryntach na oślep gdzieś idą.

Chmury to moje siostry, me przyjaciółki najdroższe.
Wiatr to mój brat - oddany, wierny - jest zawsze obok.
W tym towarzystwie czas płynie błogo -życie jest prostsze.
W dzień tańczę z powietrzem, nocą do snu tuli mnie obłok.

To, że umiem latać - to nie są cuda żadne ni czary.
Jeśli byś chciał lub chciała - niżej podaję ci przepis.
Do szczypty miłości daj garść siły, trzy tony wiary.
Wszystko wymieszaj dokładnie, wypij, potem odlecisz.


sobota, 19 lutego 2011

Mężczyzna zmiennym jest

W życiu jestem osobą zdecydowaną. Wiem, czego chcę. Mam cele, które realizuję. Jest wiele szczytów, które chcę zdobyć. Wiem także, po co żyję. To, że to wszystko może być iluzją – to już inna sprawa. Teraz nie będę się w to wgłębiał.

Ale czasem mam oto takie sytuacje. A dzieją się one najczęściej wtedy, kiedy sobie czegoś nie zaplanuję. Wchodzę do sklepu. Mam ochotę na coś słodkiego. Podchodzę do lady, a za nią pięć rodzajów batoników czekoladowych. Proszę o jednego. Gdy ekspedientka chwyta go w dłoń – zmieniam zdanie, i proszę jednak o tego drugiego. Pani sprzedawczyni bierze go w rękę, a ja decyduję się jednak na pierwszego. Na sam koniec wybieram tego trzeciego. No, i jeszcze tego piątego.

Ale w tym wypadku musi być spełniony jeden warunek. Mianowicie taki, że w sklepie, w którym chcę kupić batonika, nie ma białego „Kit Kata”. Bo jeśli jest – to się nad niczym nie zastanawiam, tylko go biorę.

W tej chwili – tak, właśnie teraz – także próbuję podjąć decyzję. Myślę nad tym, jakim rodzajem i jaką wielkością czcionki publikować na blogu. Jeśli chodzi o gabaryty – to chyba już wiem, wybiorę te większe, by łatwiej było czytać. Tutaj trzeba wziąć po uwagę to, że nie wszyscy mają sokoli wzrok. A rodzaj… Jaki kształt literek? Dziś spróbuję oto taki, jaki widzicie, ale nie przyzwyczajajcie się, bo to nie na zawsze. Może już jutro zmienię zdanie.  


środa, 16 lutego 2011

Czy idiota może być inteligentny?

Zanim usnę, napiszę klika słów. Wiem, że jest już późno, więc mój umysł nie pracuje na najwyższych obrotach. Ale kilka słów – choćby w ramach treningu – to się przyda, jak najbardziej. Później będę to czytał i stwierdzę, że nie potrzebnie publikowałem, ale cóż: czego się nie robi dla ćwiczenia mojego warsztatu, który jest jak diament – wciąż niedoszlifowany.  (Nie chciałem używać słowa kiepski.) Później to będę czytał… Później, znaczy za kilka dni – najwcześniej jutro.

A więc wybaczcie mi mój zaniżony poziom intelektualny. O tej porze nawet Einstein miał IQ w granicach średniej. Ja o tej porze mam IQ poniżej normy. W granicach średniej moje IQ jest na co dzień, gdy mój umysł pracuje na swoich normalnych obrotach. No, w granicach średniej, ale trochę pod.

Przypomniała mi się teraz pewne sytuacja. Kiedyś spytałem mojej znajomej, która ma trochę więcej lat ode mnie (z piętnaście lat więcej, ale, dla jasności: wciąż jest młoda! – nie mówię tego, broń Boże, z cynizmem), czy jestem inteligentny. Ona na to, że inteligentny to za dużo powiedziane, ale na pewno bystry. Taki komplement też mi pasuje.

A propos komplementów też mi coś przyszło do głowy. Nie, nie to, że kobiety lubią być odmładzane i nawet jak wiedzą, że mężczyzna odmładza z premedytacją, bo jest świadom, że na płeć piękną zawsze to działa – to i tak czują się o wiele lepiej, gdy usłyszą, że wyglądają o siedem lat młodziej. Nie, dziś nie o tym. Owszem, zaznaczam, że nie wszystkie kobiety tak reagują. Nie chcę mieć tu z nimi wojny. Póki co: żyjemy w dobrych układach. I niech tak zostanie!

A o komplementach chciałem powiedzieć to, że często je wymuszam. Pytam np. znajomego: Michał, słuchaj, czy ja jestem inteligentny? No i co ma taki biedny Michaś powiedzieć! No, słuchaj, jesteś. A myśli sobie, co za idiota, pyta o takie głupoty! Inteligentny to on może jest, ale mądry to za grosz!

wtorek, 15 lutego 2011

Możliwości, które mamy każdego ranka, kiedy tylko otworzymy oczy

Czytam naprawdę piękną i wyjątkową książkę. „Wewnętrzne przebudzenie” – Colin P. Sisson. I chociaż sporo książek o przebudzeniu duchowym przeczytałem, „Wewnętrzne przebudzenie” mnie urzekło. Tradycyjnie, nie mam zamiaru pisać recenzji. I nie tylko dlatego, że jeszcze nigdy tego nie robiłem (czas wreszcie spróbować!!). Zamiast mojego bajdurzenia umieszczam piękny cytat, który znajduje się w tej książce. Oto on (są to możliwości, które mamy każdego ranka, kiedy tylko otworzymy oczy):

Ten dzień chcę przeżyć tylko dla niego samego. Ten dzień jest wszystkim, co mam.
Tego dnia postanawiam być szczęśliwa, zostawiam wczorajsze smutki i martwienie się o jutro. Wybieram szczęście, ponieważ wiem, że zależy ono od mojego wnętrza, a nie od rzeczy zewnętrznych.
Dziś będę się troszczyć o moje ciało przez ćwiczenia, właściwe odżywianie i nienadużywanie siebie. Dzięki temu będzie mi służyć przez cały dzień. Dziś kocham swoje ciało.
Dzisiaj akceptuję swoje uczucia jako integralną część mojej osoby. Dziś okazuję im uznanie i szacunek.
Dziś ćwiczę swój umysł, wybierając myśli, które mnie inspirują, podnoszą na duchu i sprzyjają mi. Nauczę się przynajmniej jednej nowej rzeczy. Będę czujna i ciekawa wszystkiego, co dzieje się w moim świecie.
 Dziś kocham swoje myśli.
Dzisiejszy dzień poświęcam doskonaleniu swej duszy – chcę zrobić przy najmniej Jeden dobry uczynek tak, by nikt nie wiedział, że to ja.
Dziś kocham moje serce.
Dziś nie będę nikogo porównywał ani oceniał, twierdząc, że jest zły lub nieodpowiedni. Poszukam natomiast piękna, miłości i dobra w każdej osobie i w każdym czynie.
Dziś chcę doświadczyć harmonii.
Dziś będę wdzięczna za cud życia, za ludzi w moim życiu, którzy uczą mnie tego, czego mam się nauczyć, i którzy dają mi dobro.
Dziś celebruję każdą sytuację jako wielką szansę.
Dziś uczciwie wykonam wszystko co trzeba, nie troszcząc się o rezultaty, tylko ze względu na samą czynność.
Dziś jestem twórcza i sprawna.
Dziś rezerwuję sobie czas tylko dla siebie; chcę kontemplować i medytować, by odnaleźć spokój wewnętrzny.
Cały czas należy dziś do mnie.
Dziś kocham tylko po to, żeby kochać.
Dziś jestem Miłością.
Dzisiejszy dzień przeżyję tak, jakby to byt ostatni dzień mojego życia na Ziemi. W pełni wykorzystam każdą chwilę i każdą okazję, by uczynić życie szczęśliwszym dla każdego, kto pojawi się dziś na mej drodze.
Dziś jestem towarzyszem życia we współtworzeniu.


Pieniądze, władza, seks, walentynki

To, że nie obchodzę Walentynek – nie jest w tej chwili aż takie ważne. Może bym obchodził, gdybym miał z kim. W tamtym roku tak było. Miałem kogoś blisko siebie. W tym już nie, jest inaczej. Tzn. to nie jest też tak do końca. No, ale nie będę tego teraz wyjaśniał i nie będę się nad tym roztrząsał. Na pewno ubolewać nad tym – nie ubolewam, bo nie ma właściwie nad czym. Myślę, że podchodzę do tych spraw trochę inaczej niż wszyscy, a raczej niż większość. Ale – znów – nie będę tego teraz wyjaśniał.

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, czym właściwie jest miłość. Wiecie, ale ja myślę, że nie tym, czym większość z nas myśli, że jest. „Hymn do miłości” św. Pawła z Tarsu mówił o miłości, opisywał ją trochę inaczej, niż my opisujemy i widzimy ją dzisiaj. Dzisiejsze święto zakochanych to święto zauroczonych, a nie żadne święto miłości. Zresztą, nad tym też nie mam zamiaru się rozwodzić, bo powiedzie żem zgorzkniały.

Nie czekam na kogoś, kto przyjdzie i da mi szczęście. Nie spodziewam się dnia, w którym nagle wszystko się odmieni i będę szczęśliwy. Nie robię tak, bo wiem, że nikt szczęścia dać mi nie może. Tak samo jak nic nie może mi przynieść szczęścia.

Ludzie śmieją się z tych, którzy mówią, że pieniądze dają szczęście. Śmieją się i mówią, że, owszem, pieniądze szczęście dają, a ten, kto sądzi inaczej – jest głupi. Oni twierdzą, że pieniądze, władza, seks – to wszystko przynosi szczęście. Ja twierdzę, że jest inaczej.

Owszem, pieniądze, władza, seks – mogą przynosić ekscytację, ale ona nie jest synonimem szczęścia. Ekscytację dają także wszelkiego rodzaju używki, narkotyki, alkohol. I ekscytacja bywa fajna, ale nie wiem, czy zauważyliście, że często każda z tych ekscytacji, gdy się kończy, przynosi smutek, gorycz, cierpienie.

Czy pieniądze same w sobie przynoszą ekscytację? Sam nie wiem. Wiem natomiast, że czas, kiedy te pieniądze zdobywamy, rozwijamy swój interes, widzimy jak powiększamy swoje bogactwo – to jest na pewno niezwykła przyjemność. Nie mówię o posiadaniu samych pieniędzy. Bo pieniądze nie są po to, żeby je posiadać. Są po to, by kupować za nie dobra. Są też po to, aby je inwestować i pomnażać.

Czy władza sama w sobie daje ekscytację? Nie widzę nic ekscytującego w tym, że mogę kimś rządzić, wydawać komuś rozkazy. Dajmy na to, że jestem na kierowniczym stanowisku. Czy to ekscytujące w samym sobie, że mogę kimś kierować? Władza dla samej władzy – to głupota i chora hegemonia.

Władza jest fajna, kiedy umiejętnie kierujemy naszym życiem. Kiedy czujemy, że mamy władzę, a raczej wpływ na nasze życie. Kiedy wiemy, czego chcemy i jasno to formułujemy. Rządzenie dla samego rządzenia jest głupotą i czymś chorym – według mnie. Dziś wielu chce rządzić tylko po to, żeby rządzić. Chce mieć władze tylko po to, żeby mieć tę władze. Powiedzmy jasno i nazwijmy to po imieniu – ludzie, którzy tak postępują są chorzy umysłowo, niedowartościowani i żałośni.

Seks sam w sobie też nie jest czymś niezwykłym. Uprawianie seksu tylko dla seksu – to zezwierzęcenie. Dla jasności, ja uwielbiam seks. Ale nie uprawiam go z pierwszą lepszą kobietą. Seks musi iść w parze z uczuciami. Musimy czuć coś wyjątkowego do osoby, z którą uprawiamy seks. Tzn. nie wiem jak Wy, ale ja muszę. Co to za przyjemność – przelecieć kogoś, kto jest pusty i wygląda jak lalka, a sztywny jest jak kłoda. To ból – nie przyjemność.

Ale wrócę do Walentynek, bo o tym zacząłem i nie skończyłem. Lecz nim wrócę to tematu święta zakochanych, to nieco o Dniu Dziecka. 1-ego czerwca roku 2008 rzuciłem nałóg tytoniowy i przestałem palić. Zrobiłem sobie taki prezent z okazji tego święta. Wczorajszy dzień Walentynki był także dobrym momentem, bym sobie coś postanowił. I właśnie tak zrobiłem, postanowiłem sobie coś. Ale o tym więcej innym razem. Bym postanowienia dotrzymał…

środa, 9 lutego 2011

Miłość jest jak kwiat. Ale czym właściwie jest?

Miłość jest jak kwiat. Trzeba o Nią dbać, jeśli chcemy, by przetrwała. Podlewać Ją uczuciami – tymi dobrymi. Nasłoneczniać, dawać Jej pozytywną energię. Jeśli tego zaprzestaniemy – Miłość przestanie istnieć. Umrze, uschnie lub zwiędnie.

Ale czym właściwie jest Miłość? Może nie tym, czym nam się wydaje, że jest? Żeby prawdziwie być szczęśliwym – trzeba kogoś mieć. Twierdzi tak wiele osób. Jeśli będę sam/sama – będę nieszczęśliwy/nieszczęśliwa. Mało osób szuka swego szczęścia w sobie, myśląc, że tylko ktoś lub coś może nam to szczęście dać.

Tak wiele iluzji wmówił nam świat i ludzie. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by zobaczyć, jak wielu ślepców zamieszkuje naszą planetę. Ślepców, którzy mają oczy, którzy patrzą – lecz nie widzą. Cóż, może sam nim jestem. Może to wszystko, co widzę, to iluzja. A sposób, w jaki patrzę, jest ślepy.

Na wstępie powiedziałem słowo o Miłości. Teraz słowo o związkach. Niedawno przeczytałem gdzieś, że największe szanse na przetrwanie mają związki partnerskie, w których partnerzy mają podobną osobowość. Kiedy chwilę się nad tym zastanowię, wydaje się to być bardzo logiczne. Nie widzę przyszłości w związku optymisty z pesymistą. Na początku może być zauroczenie, coś, co nazywamy miłością, ale kiedy to przechodzi – a ponoć wreszcie przechodzi i mija – to co dalej?

Optymista będzie się cieszył z tego, że się obudził, a przez niezasłonięte niczym okno do jego pokoju zajrzały bystre promienie Słońca, a pesymista, budząc się obok, w tym samym łóżku, będzie smutny, zdołowany, że to już niedziela – i jutro znów trzeba iść do pracy. 

wtorek, 8 lutego 2011

Po co myśleć samemu, kiedy są autorytety?

Odcinek programu „Top Model” obejrzałem jeden. Właściwie nie cały, a ¾ całości. Wystarczyło mi to, ten jeden raz, by już więcej na to nie patrzeć. Zresztą i tak nie oglądam telewizji. Poza „Światem według Kiepskich”, który mnie rozśmiesza.

„Top Model” mnie także rozśmieszyło, kiedy je oglądałem. Ale rozśmieszyło w zupełnie inny sposób. Serial „Świat według Kiepskich” robiony jest po to, żeby rozśmieszać. I rozśmiesza – z premedytacją. A „Top Model”? Twórcy tego programu, robiąc go, na pewno mieli w zamyśle coś zupełnie innego. Sam p. Tomasz Lis przyznał, że widza nie można traktować poważnie, bo widz tego nie wybaczy.

Zatem jeśli pan Lis, robiący programy na tematy poważne, traktuje widza niepoważnie – to co dopiero takie „Top Model”?! A widzowie i tak patrzą, z szeroko otwartymi oczami (szkoda, że z zamkniętym umysłem), i na pana Lisa na żywo (swoją drogą: ciekawe, czy „Kazik na żywo” był bardziej poważny?), i na denne „Top Model”. Patrzą – i wierzą we wszystko, co pan Lis mówi. Patrzą – i zazdroszczą tym super modelkom, że mają swoje pięć minut, w których mogą zabłysnąć. Niestety, nie intelektem.

Wiele razy spotkałem się z opiniami moich znajomych, którzy twierdzili, że co z tego, że ktoś jest głupi, mówi i robi głupoty – ważne, że jest w TV. Według mnie dziwne podejście do sprawy. Ale to tylko moje skromne zdanie. Może jest inaczej. Nieważne, co masz do powiedzenia. Ważne, że wszyscy cię widzą – jesteś sławny.

Dziś propagowana jest głupota. Modna jest głupota. Rozpowszechniają ją media na lewo i prawo. A ludzie – łykają, podnieceni, z zachwytem. Dziś młode dziewczyny – nie wszystkie, oczywiście, jak nie wszystkie media propagują głupotę, ale zaryzykuję i powiem, że prawie wszystkie – myślą, że, za przeproszeniem, dupą świat można zawojować. I chyba – niestety – mają rację. Tyle że w ich rozumieniu „zawojować świat” – znaczy coś zupełnie innego niż „zawojować świat” w moim rozumieniu.

Nie będę dziś tego wyjaśniał. Ale według mnie świat to zawojował Einstein, Jan Paweł II, Reagan – i wielu innych. Wielu, wielu, wielu innych – ludzi Im podobnych.

Kto kiedyś będzie pamiętał Jolę i Jej konika? Może ktoś będzie. W sumie – czemu nie. Ale nie przejdzie Ona do historii dzięki swoim odważnym i niezależnym poglądom, ale dzięki temu, że ich nie miała. Dziś także odważne, niezależne poglądy nie są mile widziane. Nie są w modzie – po prostu. Ten, kto ma odważne poglądy, zostaje dziś okrzyknięty antysemitą. I nie trzeba znać jego poglądów. Jeśli TVN i GW mówią, że ten jest zły, to jest zły – i to nie podlega dyskusji. Po co zwykły człowiek ma to sprawdzać. Tak mówią autorytety – Bartoszewski, Lis, Michnik, Wojewódzki – więc tak jest.

Po co człowiek ma myśleć sam, kiedy autorytety robią to za niego?...

Dziś kilka słów o tym, że…

… wczoraj kupiłem „Uważam Rze” – nowy tygodnik wydawnictwa Presspublica. Jak zapowiadały osoby z pismem związane – „Uważam Rze” ma być – a raczej już jest – jedynym głosem konserwatywno-liberalnym w debacie publicznej.

No i fajnie, cieszę się, bo tego właśnie w debacie publicznej brakuje. Dziś większość czasopism dostępnych w naszych pięknych kioskach pisanych jest na „jedno kopyto”, a poglądy i opinie, którym hołdują, odchylone są na lewo. Co prawda, mamy też drugą stronę medalu, czyli opozycję dla tych czasopism. Ale opozycja świetnie atakuje – sama nie wnosząc nic nowego.

„Uważam Rze” może dobrze wpasować się w środek, tworząc pismo centroprawicowe. Powtarzam: mi naprawdę tego brakuję. Z czytania „Polityki” i „Wyborczej” wyrosłem. „Gazeta Polska” za bardzo odchylona jest w drugą stronę. „Uważam Rze” – no właśnie: uważam, że takie czasopismo jest BARDZO potrzebne.

Wczoraj kupiłem to pismo, o czym wspomniałem wyżej. Do dziś zdążyłem przeczytać trzy artykuły i kilka krótkich komentarzy. Powiem szczerze, że jestem mile zaskoczony. Pierwszy numer magazynu kosztował złotówkę i dziewięćdziesiąt groszy. Kolejne mają być droższe. Ale jeśli będą nadal tak ciekawe, jak pierwszy, będę też warte tych czterech złotych i pięćdziesięciu groszy. A tyle mają kosztować.

Dobra, bo jeszcze za bardzo wpadnę w pochwały . Potem okaże się, że kolejne numery będą „lipton”, a ja nadal będę ślepo zauroczony… Mam tylko nadzieję, że następne części świetnie wpiszą się w konwencję pierwszej! – i to by było na tyle w tym temacie.

Egzamin z DPP, który zdać miałem na ocenę bardzo dobrą, zdałem na ocenę dobrą. Ale jestem zadowolony. Bo, jak już pisałem w komentarzu na FB, PRW DSM (czyli ja) nie uczy się dla cyferek. Choć z jednej strony uczenie się dla cyferek jest dobre. A nawet bardzo dobre – jak cyferka, którą miałem dostać z egzaminu, lecz nie wyszło. Jeśli ma się same bardzo dobre cyferki – można starać się o stypendium naukowe. A, jak wiadomo, pieniędzy nigdy nie za dużo. A jeśli nawet – to można rozdać.

W tym roku, oczywiście, już nie dam rady starać się o takie stypendium. Ale w następnym – na studiach magisterskich – o takie stypendium zawalczę.

A w tej chwili czekam jeszcze na wyniki z jednego testu. Jeśli ów test zaliczę – sesję mogę uważać za skończoną, znaczy zaliczoną - także. Zdaję sobie sprawę, że popisałem na tym teście trochę głupot, czasem nie na temat – i mało merytorycznie. Ale, jak zawsze: wierzę, że zdam.




piątek, 4 lutego 2011

Dziś egzamin z DPP, jutro test z MPTwOSdU

Dziś o godzi 16:00 lub 17:15 będę pisał – razem z całym III rokiem pedagogiki specjalnej – egzamin z Diagnozy Psychopedagogicznej. Wyjątkowo mocno do egzaminu się nie przygotowywałem. Przeczytałem kilka razy notatki, które dostałem od uprzejmej Pani Doktor, wykładającej DPP (mój skrót od Diagnozy Psychopedagogicznej).

Oczywiście, chyba jak każdy, chciałbym zdać ten egzamin celująco. Tym bardziej, iż Pani Doktor była tak miła i dała mi te notatki, o co nie prosiłem i czego robić nie musiała. Nie było to w Jej obowiązku. Tak więc, między innymi dlatego, że p. Doktor była tak wspaniałomyślna – zrobię wszystko, by zaliczyć DPP na ocenę bardzo dobrą, ewentualnie celującą. Myślę, że to dobra motywacja. Nieprawdaż?

O tym, jak ważna jest w naszym życiu motywacja, napiszę jeszcze nieraz. Dobra, silna motywacja to według mnie ¾ sukcesu. W wypadku DPP moja motywacja być może nie jest super silna, ale jest na tyle silna, by skłonić mnie do czytania notatek w każdej wolnej chwili. No, prawie w każdej…

W ciągu trzech lat moich studiów ani razu nie zdarzyło mi się, bym „kuł” się do jakiegoś egzaminu. Nie lubię się „kuć” – to po pierwsze; a po drugie – „kucie” wydaje mi się rzeczą bezsensowną. Jeśli coś nie wchodzi mi do głowy na „chłopski rozum” albo jeśli po analizie nie zrozumiem tego – zostawiam to po prostu i, kiedy minie doba, próbuję jeszcze raz zrozumieć, a jeśli znów nie mogę, to, ewentualnie, na następny dzień próbuję jeszcze raz i – jeśli nadal nic „nie kumam” – uważam, że jest to bezsensu i zostawiam.

Czasem zdarza się, że spotkam kogoś, kto rozumie niezrozumiały przeze mnie temat – i wtedy tłumaczy mi go. Po dobrym tłumaczeniu i gdy otworzę swój umysł – temat zaczynam rozumieć. A kiedy zrozumiem – czuję się lepiej. I chwała wszystkim tym, którzy potrafią wyjaśnić łatwym językiem sprawy – skomplikowane.

Dziś egzamin z DPP, jutro test z Metodyki Pracy Terapeutycznej W Ośrodkach Stacjonarnych Dla Uzależnionych. Kochani, życzcie mi powodzenia!!

środa, 2 lutego 2011

Przepraszam, że tak mącę, ale…

… tutaj daję link, który bezpośrednio odsyła do mojego występu w TV (najpierw kilka osób, potem ja): http://www.tvp.pl/lodz/rozmaitosci/twoje-popoludnie-z-telewizja-lodz/wideo/31012011-2/3889342

Cieszę się, że mam już trzech zadeklarowanych i formalnych obserwatorów bloga. Bardzo mi miło – dziękuję za zainteresowanie. Życzę wszystkim dobrej nocy. 

Mój występ w TVP Łódź – „Twoje popołudnie z Telewizją Łódź”

Dwa dni temu, w poniedziałek, 31 stycznia 2011 roku  byłem gościem TVP Łódź – „Twoje popołudnie z Telewizją Łódź”. Oto link, który odsyła do nagrania:  http://www.tvp.pl/lodz/rozmaitosci/twoje-popoludnie-z-telewizja-lodz/wideo/31012011-1/3889349

PS. Było bardzo miło. Program transmitowany był na żywo. Co prawda, nie powiedziałem wszystkiego, co chciałem, ale cóż… Pod linkiem, który zamieściłem, ukryte są dwie części. Nie wiem w której jestem. Prawdopodobnie w drugiej… 

niedziela, 30 stycznia 2011

Kto za młodu nie był socjalistą

Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie sukinsynem – te słowa powiedział do mnie pewien Pan, którego skądinąd bardzo cenię i szanuję. Było to ponad dwa lata temu, czyli wtedy, kiedy byłem jeszcze bardzo młody – i, faktycznie, miałem poglądy socjalistyczne, a przynajmniej tak o sobie myślałem. I powiedziałem o swoich lewicowych poglądach temu Panu, ujmując to w następujące słowa: chyba jestem socjalistą. Pan skwitował to słynnym zwrotem, którego jeszcze wtedy nie znałem, a który tu przytoczyłem na początku akapitu.

To temat rzeka. I poruszę go przy innej okazji.  Lecz – mogę powiedzieć, że – dziś słucham z uwagą tego, co mówi prof. Bogusław Wolniewicz. Oglądam filmiki na YouTube ze Stanisławem Michalkiewiczem – czytam felietony, które ten Pan pisuje. Przeczytałem dwie i zaczynam czytać trzecią książkę Rafała Ziemkiewicza. Co dzień sprawdzam wpisy na blogu p. Korwin-Mikkego. A UPR i WiP wydają mi się być jedynymi partiami, które mają sensowny program i które chcą w naszym państwie coś naprawdę zmienić.

Kiedy miałem poglądy lewicowe – deklarowałem się także jako zagorzały wróg KRK. Podczas rozmów z osobami popierającymi KRK – miałem tendencję do tego, by wytykać religii katolickiej obłudę i wszystko co najgorsze. Jakże denerwowałem się, gdy słyszałem wypowiedzi przedstawicieli Kościoła w TV! Jedno mówicie – co innego robicie. Hipokryci – myślałem. I myślałbym tak nadal i walczył nadal bym z Kościołem, gdyby nie przyszedł do mnie ten moment, w którym uświadomiłem sobie – właśnie m.in. dzięki osobom, które wymieniłem akapit wyżej, i jeszcze wielu innym – że Kościół nie narzuca nikomu wiary siłą. Jeśli chcesz – to wierzysz. Jeśli nie chcesz – to nie wierzysz.

Inna sprawa jest taka, że nikt nie zamknie przedsiębiorcy, jeśli ten nie będzie dawał na Kościół swoich pieniędzy. Natomiast jeśli nie zapłaci państwu podatku i innych składek, może być różnie. Mogą go nawet posadzić, mają takie prawo, jeśli dług wobec państwa będzie wielki. Cóż za paradoks: ale nikt nie posadzi rządzących za to, że zadłużają kraj i obywateli. Nikt nawet nie ma prawa im tego zabronić. Są bezkarni.

 Tak więc: po co tracić siłę na wojowanie z religią? – zadałem sobie to pytanie, i walki zaprzestałem. (Używam tu zwrotów walka, wojowanie, wojna – ale oczywiście wszystko to robiłem na małą skalę. Czasem prowadziłem bitwy tylko i wyłącznie w swoich myślach.)

Niech ateiści z tym walczą. Niech walczą z Kościołem i Bogiem – czyli czymś, czego według nich nie ma. To ich działka. A bronią niech tego teolodzy. Ale jeśli Boga nie ma, jak twierdzą ci pierwsi – to hulaj dusza – piekło też nie istnieje. A więc: róbta co chceta. I żadna kara nie spotka nas po śmierci, a żadna sprawiedliwość nie istnieje. Ja wierzę w Boga i w to, że jest sprawiedliwy, a więc za dobre wynagradza, a za złe karze. Wierzę też w wielką moc, jaką posiada przebaczenie…

To tyle na dziś. Tak w wielkim skrócie. Temat jest „głęboki” i w związku  z nim przychodzą mi wciąż do głowy nowe rzeczy i sprawy, o których chciałbym napisać. Lecz musicie mi to wybaczyć, ale nie zrobię tego teraz, a innym razem.


piątek, 28 stycznia 2011

Najwyższy czas! wziąć się do pracy

W Gazecie Edukacyjnej jest już mój nowy artykuł na temat studenckich praktyk pedagogicznych. Piszę w nim o praktykach, które odbyłem na pierwszym roku studiów i o tych, które odbywam teraz – na roku trzecim. Oto link, który odsyła do tego tekstu: http://www.gazeta.edu.pl/Moje_studenckie_praktyki_pedagogiczne_-95_895-0.html.

Dziś wypożyczyłem dwie książki traktujące o jakości zarządzania w placówkach oświatowych. Mam do przygotowania pracę pisemną związaną właśnie z jakością zarządzania w szkołach i innych placówkach oświatowych. Najwyższy czas! wziąć się do pracy. By ukończyć na tuż po weekendzie.

Na następny tydzień muszę także przygotować konspekt zajęć, które poprowadzę potem w Monarze. Mam już świetny pomysł. Zaczynam go realizować. W sumie to nie mogę się doczekać tych zajęć… choć czuję lekki stres.

W poniedziałek, 31 stycznia, wystąpię w programie na TVP Łódź. Nie wiem jeszcze dokładnie o której. Ale na pewno w godzinach popołudniowych. Tutaj także czuję lekki stres, małą tremę, ale wierzę, że wszystko pójdzie po moich myślach. Tych pozytywnych oczywiście (bo one u mnie dominują). W sumie mam być na wizji tylko pięć minut.

Tak więc w ten weekend czeka mnie trochę pracy. Ale myślę, że uda mi się „machnąć” jakiś wpis do niedzieli na bloga. A teraz życzę wszystkim udanego weekendu. Samych pięknych chwil.

środa, 26 stycznia 2011

"Rzymski Katolik Niewierzący"

Kiedy spytano profesora Bogusława Wolniewicza, jaki ma światopogląd, odpowiedział, że można go określić w trzech słowach: „Rzymski Katolik Niewierzący” („Młodzież Kontra…”, rok 2005). Z innej Jego wypowiedzi dowiedziałem się, że nie zaprzecza istnienia Wyższej Inteligencji, lecz po śmierci nie ma nic.

Kiedy ja sam zastanawiam się nad tym, wydaje mi się to być bardzo możliwe. Człowiek umiera, traci świadomość, a potem nie ma nic. Co prawda, podświadomość pracuje nadal: ale cóż z tego, kiedy świadomości już nie ma.

Jezus i wielu mądrych po nim mówiło, że człowiekowi dzieje się według jego wiary. Ja wierzę w to, że jestem nieśmiertelny i że będę żył wiecznie. Póki co: wszystko dzieje się według mojej wiary. Wierzę, że będzie tak już zawsze. Zawsze? Przecież życie wieczne już trwa: tu i teraz!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Ula i Igor

Kiedy zaczęła się moja fascynacja kobietami starszymi od mnie – nie wiem. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie swojego życia po raz pierwszy poczułem, że coś mnie do kobiet starszych od mnie ciągnie. Że kobiety starsze ode mnie, kobiety dojrzałe mają w sobie coś, co przyciąga mnie jak magnes.

Kiedy byłem uczniem czwartej klasy podstawówki – podobały mi się nauczycielki, które mnie wtedy uczyły. Ja, młodziutki chłopak, właściwie dziecko, wyobrażałem sobie przeróżne erotyczne sytuacje w roli głównej ze mną no i, oczywiście, jakąś z nauczycielek. Nie były to rzeczy mocno perwersyjne. Zresztą, perwersja to chyba pojęcie względne. To, co dla jednego jest perwersją, nie musi być perwersją dla kogoś innego.

Ale pomińmy podstawówkę. Przenieśmy się dalej – do liceum. To tu po raz pierwszy świadomie poczułem, że lubię dojrzałe kobiety. Pani od geografii, pani od polskiego, pani od historii. Każda z nich miała w sobie coś, co budziło we mnie fascynację. Przede wszystkim był to wiek. To, że były te panie starsze ode mnie – chyba najbardziej mnie w nich „kręciło”. Nie mógłbym tu pominąć pani od biologii, która ewidentnie ze mną flirtowała. (Gdybym miał taki umysł jak dziś, mając lat 30, zostałbym po lekcji, prosząc, aby mi coś wytłumaczyła – a potem zaczął działać!)

Wtedy wydawało mi się to rzeczą niemożliwą, żeby 30-letnia kobieta mogła „polecieć” na osiemnastolatka. Dziś – znając trochę życie – wiem, że jest to możliwe – i niekoniecznie ta 30-stka musi być wolna. No, ale pewnych zasad się nie łamie. To także zrozumiałem z wiekiem.

Dziś sam mam żonę i dójkę dzieci. Nie chciałbym, by inny facet dotykał w sposób intymny „moją” kobietę. Postępuj w stosunku do innych tak, jakbyś chciał, żeby postępowano w stosunku do ciebie – to jedna z zasad, której przestrzegam. Ale: jest tu także drugie dno. Jeśli jakaś kobieta pozwala się dotykać innemu facetowi, mając męża i udając, że go kocha – to znaczy, że nie jest warta jego miłości. Zresztą, w drugą stronę działa to bardzo podobnie.

O ile mój flirt z panią od biologii był tylko i wyłącznie flirtem i nigdy nie posunął się dalej – to już z panią od matematyki było zupełnie inaczej. Kiedy byłem jeszcze w LO, nigdy jakoś specjalnie mnie ta pani nie fascynowała. Owszem, była ładna – nie powiem, że nie. Ale generalnie mnie się podoba większość kobiet. Nie dlatego, żebym był jakimś erotomanem (choć czasem się zastanawiam, czy tak nie jest…), ale dlatego, że kobiety to po prostu płeć piękna. I każda z nich ma w sobie coś, co jest piękne. Raz będzie to ciało, raz umysł, innym razem serce.

Teraz opowiem, jak to było z tą panią od matematyki. Jeszcze gdy byłem w liceum rzadko miałem fantazje w roli głównej z jej udziałem. W sposób erotyczny częściej myślałem o innych nauczycielkach. Nie powiem: na pewno kiedyś coś tam sobie wyobrażałem, że ja i pani od matmy robimy coś razem w łóżku – przepraszam: raczej na biurku w szkole po zajęciach. Ale fantazje z udziałem pani Uli – bo tak ma na imię ta pani – mojej nauczycielki od matematyki – należały do rzadkości.

Pani Ula, kiedy byłem jej uczniem – i miałem lat 18 – miała lat prawie 40. Kiedy pewnego pięknego dnia całkiem przypadkiem spotkałem ją na „mieście” miałem lat 21, a więc ona była już po 40-stce. Nie wiem dokładnie – mówię na tak zwane „oko”, w przybliżeniu. Było to w zimę. Szedłem przez miasto. Chodnikiem, po którego bokach leżały kupki odgarniętego śniegu.

Tak szedłem – nie pamiętam gdzie, nie pamiętam też o czym myślałem. Zza rogu wyszła nagle pani Ula. Ubrana w czarną, krótką skórzaną kurtkę, spódnicę ciemno-granatowego koloru, ciemne rajstopy oraz czarne kozaki do kolan. W rękach niosła dwie reklamówki z zakupami. Na głowie naciągniętą miała zimową wełnianą czapkę, na nosie okulary w czarnych oprawkach.

- Dzień dobry – zagadałem.
- O, witam, Igorze!

Od tego momentu pamiętam świetnie wszystko, co się działo. Rozmawialiśmy przez chwilę, stojąc na chodniku, na rogu ulic, przy sklepie papierniczym.

- Powiedz, Igorze, co u ciebie? Studiujesz?
- Tak, pani Ulu. Filozofię na Uniwersytecie.
- O, naprawdę! A nigdy ci nie mówiłem, że filozofia to mój konik.
- Myślałem, że matematyka?...
- Matematyka jest dobra, bo uczy logicznego myślenia, wyciągania wniosków. Lecz moim ulubieńcem, a raczej ulubienicą jest filozofia.
- Hm, to ciekawe!
- Wiesz co, Igorze: zapraszam cię do mnie na kawę. Na zewnątrz zimno i nieprzyjemnie. Chodźmy.

I ruszyliśmy w stronę Nowego Osiedla. Szliśmy tak przez jakieś 10 minut. Kiedy doszliśmy do zielonego bloku, podeszliśmy do klatki schodowej, a pani Ula wyjęła klucze, które miała w czarnej, skórzanej torebce zawieszonej na ramieniu. Oczywiście, siatki z zakupami niosłem ja.

Po drodze przyjrzałem się nieco pani Uli i stwierdziłem, że jest to naprawdę fajna kobieta. Niska i zgrabna. Poza tym porusza się w wyjątkowy sposób – z dystynkcją i elegancją.

Weszliśmy na górę. Mieszkała na drugim piętrze. Znów przekręciła klucze w zamku, otwierając drzwi. Stanęliśmy za chwilę w niewielkim przedpokoju. Zdjąłem kurtkę, potem rozwiązałem i ściągnąłem buty. Pani Ula zrobiła to samo. Pod kurtką miała granatowo-białą garsonkę. Co było dalej – dziś już nie powiem. Może kiedyś, gdy przyjdzie mi ochota, by opisywać sytuacje typowo intymne, które działy się potem. A zaczęło się już w przedpokoju… 

niedziela, 23 stycznia 2011

Co zabiera nam wolność

Dziś niedziela. Nie mam zajęć na uczelni, więc postanowiłem, że odwiedzę kościół. Jestem katolikiem – ponad 25 lat temu zostałem ochrzczony, za niecałe pół roku będę bierzmowany. Trochę późno, ale – jak to się mówi – lepiej późno niż wcale. Myślę, że lepsze to niż apostazja, którą poważnie rozważałem w pewnym momencie swojego życia. To wtedy, kiedy zainteresowałem się historią Kościoła katolickiego. Prześledziłem ją – w sumie pobieżnie, ale wystarczyło mi to, by zwątpić w istnienie Boga.

Dla jasności: dziś wierzę w Boga, jestem katolikiem, choć nie twierdzę, że jedyny i prawdziwy Bóg mieszka tylko w tym Kościele. Powiem więcej, myślę, że Bóg jest ponad wszelkimi wyznaniami i religiami, że Bóg mieszka w naszych sercach. Nie utożsamiam się z doktryną Kościoła katolickiego, jednak nie widzę żadnego powodu, by nie iść do kościoła i nie uczestniczyć w mszy – nic na tym nie tracę, jedynie mogę zyskać. Ktoś powie: ale oszukujesz w ten sposób siebie, robisz coś w brew własnej woli – nie uznajesz doktryny Kościoła katolickiego, a idziesz na mszę. Ktoś jeszcze powie: jak to nic nie tracisz? A czas?! Nie szkoda ci czasu?! Przecież msza trwa godzinę, dodać do tego jeszcze czas na dojście i powrót z kościoła – to co najmniej dwie godziny, przy dobrych wiatrach.

Odpowiadam: Nie oszukuję siebie. Jestem wobec siebie jak najbardziej uczciwy i szczery. A czasu, który spędzam na mszy, nie marnuję. Wprost przeciwnie. Ceremonia mszalna to dobry moment na kontemplację. Co z tego, że modlitwę „Wierzę w Boga…” wymyślano i poprawiano kilka wieków po narodzeniu Chrystusa. Co z tego, że są fragmenty Pisma Świętego, które sieją wątpliwości w to, że Jezus jest Bogiem. Co z tego, że kult Matki Boskiej został uznany – o ile dobrze pamiętam – ok. 4-ego wieku po narodzeniu Chrystusa. Co z tego? – pytam. Wiem, że w doktrynie Kościoła katolickiego jest wiele rzeczy, które trudno przyjąć i je uznawać jako prawdziwe, bo – powód ważny – wymyślili je tylko ludzie – i czasem mieli w tym jakiś prywatny interes, nie kierowali się prawdą.

Wiem o tych wszystkich – nazwijmy je: kontrowersyjnych sprawach i wierzeniach KRK. Ale nie muszę ich uznawać czy też podzielać. Wierzę, że Bóg jest ponad religiami. Do kościoła idę po to, by pokontemplować. Nie widzę żadnego powodu, by tam nie pójść. A strata czasu? Ależ skąd! To dobry czas, by pobyć z samym sobą, zastanowić się nad życiem, przemyśleć niektóre sprawy. Te ważne sprawy – dotyczące egzystencji.

Dziś ateiści (przypominam, że sam prawie nim byłem przez moment) zastanawiają się nad tym, czy Bóg istnieje. Podważają Jego istnienie. Znajdują dowody na to, że Boga nie ma. W sumie to nie ma żadnych racjonalnych dowodów na to, że Bóg jest. Podobno. Ja tam się na tym nie znam. To sprawa dla teologów.

Kiedyś byłem już też po tamtej stronie barykady. Zwałem siebie racjonalistą. Myślałem: faktycznie, Boga raczej nie ma. Ale potem się przebudziłem. Pomyślałem: nie fajnie by było, gdyby Boga nie było. Człowiek umiera, a potem nie ma nic. Wszystko się kończy. Przestaje istnieć nasza świadomość i my przestajemy istnieć definitywnie. Nie podobało mi się to.

Ateista to ktoś, kto walczy całe życie z czymś (Bogiem), czego według niego nie ma. Wiem, że trochę to naciągane. Lecz wielu ateistów przez większość swego czasu próbuje zdewaluować albo kompletnie zniszczyć poglądy na istnienie Stwórcy. „Nie wierzę w Boga, bo nie wierzę w krasnoludki” – mówią. No okej, jeśli tak myślą, to ich sprawa. Dziwię się tylko temu, że poświęcają na to tak wiele czasu i energii. Tracą tyle mocy, by udowodnić, że Boga nie ma. Po co? – pytam. Czy to, że ktoś wierzy w Boga, tak bardzo im wadzi? Czy ktoś tym, że wierzy w Boga, robi krzywdę jakiemuś niewierzącemu? Ateiści, nie wierzcie w Boga. To Wasza sprawa. Ale po co namawiacie innych, by też przestali wierzyć? Skończyły się już czasy świętej inkwizycji. Dziś nikt siłą do chrześcijaństwa nikogo nie zmusza. Nikt cię nie zabije, jeśli nie wierzysz w istnienie Stwórcy. Islam, owszem, ale to inna sprawa. Nie czuję się na tyle mocny w tym temacie, by w niego wnikać.

Kiedyś – trochę ponad rok temu – denerwowałem się strasznie, że Kościół katolicki to jedna wielka ściema, wykorzystująca naiwnych ludzi. Irytowało mnie to, że księża to hipokryci, mówiący jedno, a robiący zupełnie coś innego. Wykorzystujący naiwność mojej babci, która w każdą niedzielę idzie do kościoła i słucha tych dyrdymałów, które prawi ksiądz – potem rzuca pieniążek na tacę, z myślą, że dzięki temu będzie zbawiona. Ach, jakże mi to spokoju nie dawało! Do pewnego czasu.

Zastanowiłem się. Stwierdziłem: no tak, faktycznie, Kościół nie do końca może jest autentyczny i szczery, ale przecież nikogo nie zmusza, by się z nim zgadzać. Jeśli chcesz iść do kościoła – idź, to twoja sprawa. Jeśli nie masz ochoty uczestniczyć w mszy – dobrze, zostań w domu, to także twoja sprawa. I nikt nie będzie cię szykanował za to, że do kościoła nie poszedłeś. Nie spotka cię żadna surowa kara czy jakaś inna konsekwencja. Ewentualnie ksiądz wygłosi cię z ambony, że na mszy nie widać cię od twojej pierwszej komunii. Ale, spokojnie, raczej nie zrobi tego z nazwiska.

Na tacę także dajesz tylko od serca. Nikt ci tego nie nakazuje. Nikt nie zmusza cię, byś „dał Bozi pieniążek”. Natomiast – i tu jest setno sprawy – Rząd nie pyta ciebie, czy chcesz, czy nie chcesz – zabiera bez pytania prawie 40% tego, co zarobiłeś. Gdy sobie to uświadomiłem – moja złość do Kościoła zniknęła, jakby ręką odjął. A co mi przeszkadza Kościół? Dziś już – nic. Choć nie utożsamiam się z jego doktryną. Nie znaczy to, że będę z nim walczył, jak to chciałem robić jeszcze ponad rok temu. Walczyć tylko dla jakieś nie do końca jasnej idei.

Twierdzę, że są ważniejsze od tego sprawy. Jakie? Wolność! Kościół nie zabiera nikomu wolności. Jeśli chcesz, możesz od Kościoła odejść w każdej chwili. Uczynić apostazję. Jeśli nie chcesz – nie musisz dawać na tacę. Powiesz, że nie chcesz – i już! Czemu? To twoja sprawa! Nikt nie nakazuje ci też, abyś wierzył w Boga.

A czy ktoś kiedyś ciebie spytał, czy chcesz oddać 40% swoich ciężko zarobionych pieniędzy? Pytał cię ktoś, czy twoje dziecko będzie miało co zjeść, jeśli oddasz to 40%? Nikt cię o to nie pytał! Masz oddać – i koniec! Nie masz tu nic do powiedzenia. A jeśli nie oddasz, to cię naliczą, i pójdziesz siedzieć. Ktoś kiedyś powiedział, że Kościół to legalna mafia. Kościół? Czy kiedyś Kościół ci coś nakazał, a jeśli tego nie spełniłeś, ukarał cię surowo? Kościół nie ma takiego prawa, Państwo – tak.

Chcą walczyć o równe prawa dla gejów, lesbijek, transseksualistów. Facet w sukience stoi na ulicy, w ręku trzyma parasolkę, ma doprawiane włosy i cycki chyba też. I mówi – piskliwym głosem –  że społeczeństwo musi to zrozumieć, że związek może się składać się z dwóch facetów, a jeden z nich będzie odgrywał rolę kobiety. Chłopie – odpowiadam mu tutaj – a raczej babo-chłopie, mnie nie interesuje wcale co ty robisz w domu, kiedy nikt nie patrzy. Twoje sprawy intymne – to twoja sprawa. Ale czemu mają patrzeć na to inni? Patrzeć, jak paradujesz w sukience przez miasto, niedaleko piaskownicy, w której bawią się dzieci?

Mam kilku znajomych, którzy są homoseksualistami i, wierzcie mi, bardzo ich szanuję i cenię. Nie obchodzi mnie, co robią w sypialni. To ich, i tylko ich sprawa. Bo w człowieku ważne jest człowieczeństwo i to, jaki jest. I wiecie co? Tych homoseksualistów, których znam, nikt normalny i o zdrowych zmysłach nie szykanuje i nie prześladuje. Nikomu, kto ma poukładane w głowie, nie przeszkadza, że ktoś ma inną orientację seksualną. Seksualną – podkreślam – bo tu chodzi o sprawy seksualne!

Ktoś pisał już o tym (cynicznie), że teraz czas, by zorganizować marsz onanistów. Lubimy się onanizować, więc zorganizujmy marsz, niech społeczeństwo o tym się dowie. Może nauczymy ich paru nowych technik masturbacji – a czemu nie!

Znów poruszyłem „temat rzekę”. Napiszę jeszcze o tym nie raz. Teraz, bo czas mnie goni, tutaj kończę. 

sobota, 22 stycznia 2011

Żyć w sercach i umysłach wielu

22-ego stycznia roku 1921-ego przyszedł na świat Krzysztof Kamil Baczyński. Odszedł z tego świata dość szybko, bo w roku 1944, w letnim miesiącu – sierpniu. Czyli przeżył niespełna 24 lata. Przychodzą mi teraz do głowy słowa, których autora nie kojarzę niestety, ale które pasują tu świetnie. „Tylko dobrzy umierają młodo”. Jednak Fryderyk Nietzsche wyraził to jeszcze piękniej: „Ulubieńcy bogów umierają młodo, ale potem żyją wiecznie w ich towarzystwie”.

Krzysztof Baczyński zdążył napisać mnóstwo wierszy. Chwała Mu za to. Dał tym samym przykład, jak żyć. Pisał szybko, pisał dużo, łapał każdą chwilę, jakby wiedział, przeczuwał, że niebawem ten świat może opuścić. „Żyjmy tak, jakby jutra miało nie być”.

Istnieje pewien rodzaj medytacji. A właściwie kilku medytacji czy też kompletacji, a każda z nich dotyczy śmierci i podobna jest do innej.

Przyznam się, że próbowałem każdej, a efekty – jeśli człowiek włoży w to serce – są naprawdę imponujące. Jedna z medytacji polega na tym, by wybrać się na spacer – na cmentarz. Najlepiej jak cmentarz jest pusty i nie ma na nim żywej duszy (choć dusz na cmentarzu jest ponoć sporo). Przechodzimy się powoli, spacerem, między grobami. Zatrzymujemy się przy jakimś – stajemy na chwilę bez ruchu. Patrzymy na nagrobek. Przypuśćmy, że widzimy osobę, a raczej „dane” na temat osoby wykute w marmurze. Urodził się w roku 1901, zmarł w roku 1982. Odszedł z tego świata ponad 30 lat temu, a więc nie znamy go, nie mogliśmy znać – nie było nas jeszcze wtedy na świecie. Jednak słyszeliśmy kiedyś z opowieści, że był to dobry, honorowy człowiek, który zawsze służył pomocą, jeśli ktoś go o to poprosił.

No i co? No i to, że: nikt nie pamięta, że kiedyś coś tam mu nie wyszło (temu zmarłemu). Nikt nie pamięta, że był smutny, bo powiedział komuś coś przykrego. Nikt nie pamięta i nie wspomina, jak „spalił buraka” – bo bardzo się bał, stresował, tremował – na pierwszym publicznym wystąpieniu z okazji inauguracji roku szkolnego. Nikt nie pamięta, że martwił się, bo dziewczyna „dała mu kosza”. Nie wiem, czy mnie rozumiecie, czy dobrze i zrozumiale się wyrażam. Ale tak w skrócie, chodzi tu o to, byśmy nie przejmowali się głupotami i małymi porażkami, ponieważ kiedyś i tak nie będą one wcale istotne. Nawet te wielkie porażki pójdą w zapomnienie. Wiecie, co ludzie będą pamiętać? To, że sobie z tymi problemami poradziliśmy, że wyszliśmy z nich z twarzą, że pokazaliśmy światu i ludziom, że jesteśmy niezniszczalni i – o paradoksie! – nieśmiertelni, chociaż już umarliśmy, odeszliśmy z tego świata.

Ważne byśmy postępowali tak, by później ktoś miał mnóstwo tych pozytywnych, dobrych wspomnień związanych z naszą osobą. By jak najwięcej ludzi pamiętało nas z tego, co dobrego zrobiliśmy dla świata. I właśnie tak pamiętać nas będą ludzie!

Teraz druga, krótka kontemplacja, którą najlepiej wyrażają słowa polskiego rapera Piha: „Przemyśl… i tak pójdziemy do tej samej ziemi”. Wszyscy, bez wyjątku. Komentować tego nie trzeba. Myślę, że ta kontemplacja jest aktualne na kilku poziomach. Dla każdego może znaczyć coś innego. Zastanów się przez chwilę nad tym.

Jeszcze jedna, piękna medytacja, która została opisana wiele razy przez różnych wielu autorów. Podkreślam, że jest to medytacja, a więc przyjmujemy pozycję, jak do medytacji – kładziemy się na plecach lub siadamy w pozycji kwiatu lotosu albo w pozycji faraona (proszę wybaczyć, „Prawdziwi Medytatorzy”, jeśli nazwałem te pozycje mało-fachowo, ale nie jestem tu specjalistą). Wprawimy się w stan odpowiedni do medytacji, wyciszamy się, liczymy, wizualizujemy kolory itp. (jeszcze raz, „PM”, proszę o wybaczenie – z wiadomych względów).

Teraz wyobrażamy sobie nasz pogrzeb. Spokojnie, to nic strasznego, wszystko na luzie. Możemy sobie przedstawić w myśli mszę, którą odprawia ksiądz, ludzi, którzy są na niej obecni, pogodę, która jest wyjątkowo piękna, świeci słońce, niebo jest błękitne, słychać śpiew ptaków (przecież odszedł z tego świata dobry człowiek). Ja, podczas tej medytacji, słyszałem także muzykę, która grała podczas ceremonii pogrzebowej – melodię wzruszającą i „dodającą skrzydeł”.

Teraz najważniejszy etap medytacji. Wyobraźmy sobie, że kilku uczestników pogrzebu wygłasza przemówienie pożegnalne na naszą cześć. Najpierw wchodzi na mównicę ktoś z naszej bliskiej rodziny i mówi, o tym jacy byliśmy, co najbardziej w nas lubił i cenił, czego najbardziej będzie mu brakowało. Potem wchodzi ktoś z dalszej rodziny – i także wspomina nas w podobny sposób. Potem na mównicę wchodzi ktoś z naszych bliskich, a potem dalszych znajomych. Potem ktoś z naszej pracy, ze szkoły, z podwórka, na którym się wychowaliśmy i tym podobne – ze wszystkich miejsc, gdzie nas znali. Oczywiście, wyobrażamy sobie, co i w jaki sposób mówi o nas każdy z tych mówców. Co w nas cenił, co lubił, czego będzie mu brakowało, jak nas będzie pamiętał. Wszystko jasne? Czy teraz wiemy, jak mamy żyć?!!

Krzysztof Baczyński zostawił po sobie mnóstwo wierszy. Dzięki swojej twórczości będzie żył w sercach wielu pokoleń. I choć już nie żyje od ponad pół wieku – jest nieśmiertelny.

środa, 19 stycznia 2011

Piękny limeryk Rumiego

Chodź, chodź, kimkolwiek byś nie był, chodź!
Wierny, niewierny, poganin – cóż to za różnica!
Nasza karawana nie jest karawaną rozczarowań!
Nasza karawana to karawana nadziei!
Chodź – choćbyś tysiąckrotnie złamał dane słowo!
Chodź, mimo wszystko, chodź!

- Rumi

wtorek, 18 stycznia 2011

Robin Hood liberał

Siedzę w wygodnym fotelu. Słucham muzyki. Dobry, polski rap – poezja: Eldo – „Zapiski z 1001 nocy”. Tak a propos, przypomniało mi się: miałem kupić oryginał. Niestety, nie zrobiłem tego jeszcze. Ale zrobię, kupię płytę – obiecuję. Obiecuję sobie. Tu, oficjalnie, przed Wami, Czytelnicy.

Kiedy człowiek zobowiązuje się do czegoś publicznie – szybciej dotrzymuje obietnicy, niż w przypadku gdy obiecuje to tylko przed sobą. Przynajmniej ja tak mam. Chociaż zdarzało się w moim życiu, że zobowiązywałem się do czegoś publicznie, a potem obietnicy nie dotrzymywałem. Przykład: Pamiętam, jak jeszcze paliłem papierosy, często obiecywałem publicznie – przed znajomymi – że od jutra już nie sięgnę po papierosa. Ba, nawet zakładałem się o kasę, że od jutra nie zapalę papierosa. Przychodziło jutro i papierosa zapalałem.

To trochę podobnie jak z artykułem, który właśnie przygotowuję. Artykuł już prawie ukończyłem. Prawie… Dziś spotkałem Redaktora Naczelnego, który powiedział, że w tym tygodniu publikacja. Wróciłem do domu, zjadłem, posłuchałem muzyki… Popisałem chwilę na gg. I wziąłem się do prawdziwego pisania. Szybko napisałem e-maila do redakcji, że prześlę ukończony tekst jutro – na „stówę”. No, i jak zacząłem pisać parę godzin temu – to skończyłem teraz, niedawno. Tekst napisany. Za parę minut naniosę poprawki.

Teraz usiadłem. Chwila wytchnienia. Włączyłem muzykę. Postanowiłem zrobić notkę na bloga. Taką na szybko, jak najczęściej to robię, gdy piszę na bloga. Pewnie gdy jutro będę to czytał, zauważę błędy, ale już nie będę poprawiał. Jakie jest – takie niech będzie – i niech takie zostanie.

Wczoraj, gdy jechałem autobusem przez Łódź, widziałem chłopca idącego chodnikiem, a obok chłopca szedł prawdopodobnie jego dziadek. Chłopiec na oko miał lat 7. Na ramię zarzucony miał łuk zrobiony z drzewa. Wykończony, owinięty na brzegach czarną taśmą. Oczywiście, jak to łuk – napięty był cięciwą. Wyglądał naprawdę solidnie.

Przypomniały mi się stare czasy. Czasy, kiedy byłem dzieckiem. Dziadek robił mi także łuki. Zabawa nimi była najfajniejszą ze wszystkich zabaw, jakie znałem. Solidny łuk i naostrzone strzały wykonane z drewna. Byłem niczym Robin Hood. Kto by wtedy pomyślał, że kiedyś będę liberałem kochającym wolność… 

piątek, 14 stycznia 2011

Być człowiekiem


Napiszę to, co powiedział już pewien Pan (i pewnie jeszcze wielu przed Nim, ale nie będę dziś się w to zagłębiał), a co mocno we mnie trafiło, lecz nie raniąc mnie w żaden sposób, ale wprost przeciwnie – podbudowując mnie raczej, dodając mi niejakich skrzydeł. Otóż: człowiek nie żyje tylko po to, żeby przeżyć! Człowiek ma ideały, za które jest w stanie umrzeć. Oczywiście, nie każdy człowiek jest w stanie umrzeć za ideały, nie każdy dałby radę, ale już sam Luter King głosił, że jeśli nie odnaleźliśmy w sobie czegoś, za co gotowi jesteśmy oddać życie – nie nadajemy się na to, by żyć.

Może z tą śmiercią to trochę za ostro, choć po głębszym zastanowieniu – jest w tych słowach sama prawda, czysta niczym kryształ lub łza. Ale zostawmy teraz śmierć na boku i wróćmy do samych ideałów. Na ich temat także słyszałem bardzo fajne powiedzenie. A słyszałem je z ust tego samego Pana, o którym mówiłem na początku, akapit wyżej. To powiedzonko szło mniej więcej tak: Ideałów tak naprawdę nie ma, ale czemu mielibyśmy nie dążyć w stronę ich zrealizowania! Nigdy też nie przelecimy wszystkich kobiet na świecie, ale czemu mielibyśmy nie próbować! Proszę mi wybaczyć kolokwializm… Ja tylko cytowałem, niedosłownie, tego Pana. Myślę jednak, że mimo swego kolokwializmu, powiedzenie to świetnie oddaje sens dążenia do ideałów. Sam pozwolę sobie dołożyć jeszcze do tej grupy doskonałość. Nikt z ludzi nie jest doskonały i – prawdopodobnie – nigdy nie będzie, ale czemu by w stronę doskonałości miał nie podążać!

Tak więc: człowiek nie żyje tylko po to, żeby przeżyć; człowiek ma ideały i powinien dążyć w kierunku ich zrealizowania; człowiek stworzony został na podobieństwo Boga – powinien się rozwijać, piąć w górę, ku doskonałości. Człowiek to brzmi dumnie. Ale czym właściwie jest człowieczeństwo? Wydaję mi się, że niektóre ze składników człowieczeństwa już wymieniłem. Oczywiście, nie wszystkie! Ale lista jest otwarta: może Wy jakieś znacie? A może macie definicję człowieczeństwa?

Pamiętajcie, że są sprawy ważniejsze od pieniędzy i nie wszystko można kupić. A w życiu nie chodzi o to, żeby się najeść, żeby się dorobić, tracąc przy tym swoje człowieczeństwo. To zbyt duży koszt. W życiu chodzi o to, by być człowiekiem! Powiecie, że to truizm, ale rozejrzyjcie się dookoła siebie, popatrzcie na ludzi, których mijacie na ulicach, spotykacie w autobusach, sklepach, włączcie telewizor, posłuchajcie radia – a zobaczycie, ilu o tym zapomniało… i zaczęło żyć tylko po to, żeby przeżyć.