Róża
to symbol delikatności, piękna, kruchości. To symbol uczucia, emocji. Róża to
symbol miłości i przyjaźni. Książka to symbol mądrości, hardości, siły. To
symbol wiedzy. To symbol inteligencji i błyskotliwości. Róża i książka to
świetne połączenie. Czytaj, ucz się, zdobywaj wiedzę. Kochaj, szanuj, miej sprzymierzeńców
w innych ludziach. Wspieraj przyjaciół. By życie uczynić jak najbardziej
pięknym. Dla siebie i całego świata. To czasem nie jest łatwe. Ale, jak to
powiedział ktoś mądry: ludzi z charakterem pociąga to co jest trudne, ponieważ
dopiero w zmaganiach z przeciwnościami potrafią oni uświadomić sobie swój własny
potencjał.
czwartek, 19 lipca 2012
czwartek, 12 lipca 2012
Starszy Pan sprzedający gazety
Pierwszy raz spotkałem tego Pana
bodajże 2 lata temu. Sprzedawał gazety na Placu Wolności w Łodzi, zaraz przy
wejściu na ulicę Nowomiejską. Myśląc o tym Panu i o tym, jak go spotkałem mam w
głowie – właśnie w tej chwili – mnóstwo skojarzeń.
Kiedy myślę o tym Panu i piszę te
słowa, przypominają mi się ludzie, których poznałem 2 lata temu latem (nie
jestem pewny czy oby to na pewno dwa lata, czy może nie trzy… ale raczej dwa).
To właśnie wtedy, a było to podczas szkoleń z grafiki komputerowej, poznałem
młodego Mężczyznę, którego fascynowała postać Maurycego Beniowskiego.
Ów Mężczyzna, którego bardzo
polubiłem, interesował się mocno polityką. Pamiętam, jak dyskutował z innymi
członkami szkolenia, a najbardziej z prowadzącym. To właśnie wtedy spojrzałem
na politykę z innej strony. Wyłączyłem TVN, odłożyłem na bok, a potem
wyrzuciłem do kosza Gazetę Wyborczą, wyszedłem ze szkolenia i na dole, zaraz
przy wejściu na ulicę Nowomiejską, kupiłem u starszego Pana „Gazetę Polską”.
Spytałem razu pewnego tego Pana,
która gazeta jest najlepsza (chodziło mi o to, która jest najbardziej
rzetelna), a On odpowiedział, że wszystkie są dobre. Miał wtedy minę – prawie
nigdy nie schodziła mu ona z twarzy – jakby wiedział coś więcej. Taki lekki
uśmieszek. Jakby był świadom czegoś, czego zwykły zjadacz chleba nie wie. I nie
myślę tu tylko o gazetach, ale o Jego podejściu do życia. Ta mina zawsze mnie
intrygowała.
Dziś już nie czytam GP, a jeśli
już, to przypadkiem, choć gdybym miał wybierać między nią, a GW, oczywiście
wybrałbym, bez zastanowienia, tę pierwszą. Myślę, właśnie dziś tak myślę, że to
trochę jakby ta sama strona, że ponad nimi istnieje jeszcze coś, co nie
utożsamia się ani z GP, ani z GW, choć do jednej z opcji może mieć trochę
bliżej.
Pisałbym dalej, bo myśląc o tym
Panu, skojarzeń mam mnóstwo, jednak czuję, że sen zaczyna mnie powoli
opanowywać, czy też opanowywać powoli – co chyba widać. Kończę mój wpis trochę
smutno. Rok temu latem widziałem tego Pana, jak sprzedawał swoje gazety, nawet
nabyłem u Niego jedną. W tym roku, niestety, coś Go nie widać. Mam tylko
nadzieję, że u Niego wszystko w porządku, że ma się dobrze.
czwartek, 5 lipca 2012
Guernica, Pan Tadeusz i Krucyfiks w moczu
Spotkałem dziś znajomą. Nie powiem – lubię ją, szczególnie cenię za inteligencję, którą niewątpliwie posiada. Jechaliśmy razem autobusem, potem tramwajem, więc mieliśmy okazję i trochę czasu, aby porozmawiać.
Dyskutowaliśmy o różnych sprawach.
Aż zeszliśmy wreszcie na temat, który podobnie intryguje nas obojga.
Zaczęło się od Pablo Picasso. A
właściwie to od Madrytu, bo tam znajduje się Guernica, słynny obraz malarza. Znajoma
w tym roku wybiera się na wakacje do Hiszpanii. Wyznała, że nie omieszka
odwiedzić Muzeum Królowej Zofii, gdzie znajduje się znane dzieło, którego zdjęcie
umieściłem na górze wpisu.
I tak od Guernicy niechybnie
przeszliśmy do… symboliki? Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale myślę,
że słowo symbolika będzie tu odpowiednie. Jeśli piszę głupoty i wychodzę na
ignoranta, trudno, ale proszę mi to wybaczyć.
Wspomniałem mojej znajomej o innej
mojej znajomej, która zajmuje się malarstwem. Powiedziałem, że znajoma malarka
namalowała kiedyś kółko i kreskę, twierdząc, że jest to wyższa szkoła
malarstwa. Dodałem oczywiście, że znajoma ta ma świetne pojęcie
o malowaniu, bo to widziałem. Że potrafi malować rzeczy realistyczne, że wie, jak to robić. Przynajmniej takie wyciągnąłem wnioski, kiedy widziałem jej rysunki – ja, nie-znawca tematu.
o malowaniu, bo to widziałem. Że potrafi malować rzeczy realistyczne, że wie, jak to robić. Przynajmniej takie wyciągnąłem wnioski, kiedy widziałem jej rysunki – ja, nie-znawca tematu.
Potem przeszliśmy w dział
literatury. Zastanawialiśmy się, jak to jest, że geniusz napisze epopeje
narodową składającą się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem –
trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim, a inny stworzy niby wiersz dwu-wersowy,
bez ładu i składu, na pierwszy rzut oka mówiący o niczym – i ten ktoś także
nazwany zostaje geniuszem. To nic, że kiedy pisał swoje dzieło, nie miał
górnolotnych myśli – znawcy tematu doszukują się w tym dwóch wersach arcygeniuszu,
domalowują mu swoją własną, od teraz uznawaną za jedyną prawdziwą
interpretację.
A co z twórcą, który, jak Andreas
Serrano, fotografuje krucyfiks zanurzony w moczu, twierdząc, że to dzieło
artystyczne? Na koniec, tak na osłodę, cytat (źródło: http://www.swiatobrazu.pl/fotografia-andresa-serrano-przedstawiajaca-krucyfiks-w-moczu-zniszczona-23250.html):
Po niedzielnym incydencie, wskutek
którego „Piss Christ” autorstwa Andresa Serrano został zniszczony, wystawę
zamknięto. Jak informuje TVN24, w niedzielę dwie osoby weszły na wystawę jak
zwykli zwiedzający, po czym jedna z nich rozbiła młotkiem pleksiglas ochraniający
zdjęcie Amerykanina, a druga przedziurawiła fotografię ostrym narzędziem.
Zniszczeniu uległa również druga praca Serrano, zatytułowana „Siostra Joanna
Miriam”.
wtorek, 3 lipca 2012
Zazdrość
Zielonooki
potwór
Przyszedł
do mnie w nocy
Wpadł
przez komina otwór
Jak
wystrzelony z procy
Na
brzegu usiadł łoża
I
chwycił mnie za szyję
A
w sercu wzniecił pożar
Zazdrości
tej niemiłej
poniedziałek, 2 lipca 2012
Najpiękniejsze słowa, które usłyszałem od kobiety
Najpiękniejsze
słowa, które usłyszałem od kobiety, zostały wypowiedziane ok. 1,5 roku temu.
Byłem wtedy w związku z pewną cudowną osobą, z którą utrzymuję kontakt do dziś.
Jesteśmy przyjaciółmi. Choć nie dzwonimy do siebie tak często jak wtedy, a
rozmawialiśmy niemalże co dzień, to przynajmniej raz na miesiąc pamiętamy o tym,
by wykręcić do siebie numer i spytać się, co słychać.
Kiedy
byliśmy razem, miałem chwile, w których wątpiłem w nasz związek. Dziś już wiem,
że był to najpoważniejszy błąd, jaki mogłem popełnić. Nie dość, że wątpiłem, to
jeszcze mówiłem o swoich wątpliwościach. Bywało, że zastanawiałem się głośno,
czy aby na pewno kocham moją wybrankę… Tak, wiem, okropne jest takie
postępowanie. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, z mojej dzisiejszej
pozycji, tej, którą teraz zajmuję, z miejsca, w którym dziś stoję – mogę tylko
pluć sobie w brodę i nie zazdrościć wybrance emocji, które musiała czuć, kiedy
słyszała tego typu rzeczy.
Pewnego
dnia zwątpiłem też przy niej w siebie. Powiedziałem wtedy, że jako osoba bez
rąk nie nadaję się na mężczyznę w związku. Wtedy też usłyszałem najpiękniejsze słowa,
które mogę sobie wyobrazić: „Kochanie, ale ja chcę być w tym związku twoimi
rękoma”. Cytuję z pamięci… Tak, piękne to było! I do dziś, kiedy tylko to sobie
przypomnę, serce rośnie mi w piersi.
wtorek, 26 czerwca 2012
Biegamy, biegamy!!
24
czerwca, w niedzielę, odbył się Happening Biegowy „Biegnę, więc jestem”, którego
głównym organizatorem był Roman Frank. Trasa biegu to Kwiatkowice-Łask – jak napisane
zostało na medalach, które otrzymali uczestnicy. Jednak w praktyce było trochę
inaczej, bo biegliśmy z Łasku do Kwiatkowic, ale o tym powiem jeszcze za chwilę.
Roman
zaprosił mnie na ten bieg kilka tygodni temu. W sobotę umówiłem się z Piotrem –
pracownikiem Wyższej Szkoły Pedagogicznej, a zarazem biegaczem, który we wrześniu
tego roku postanowił przebiec drugi raz swoim życiu maraton – że pojedziemy na bieg
razem, jego samochodem. I tak się właśnie stało. Piotrek zabrał ze sobą jeszcze
Żonę i Syna.
Kiedy
dojechaliśmy na miejsce, do Kwiatkowic, pod budynek Ochotniczej Straży
Pożarnej, czekało tam już kilkanaście osób. Za ok. 15 minut podjechał autobus,
w którego wsiedli wszyscy biegacze, a także osoby towarzyszące. Autobus zawiózł
nas do Łasku, gdzie był start biegu.
Trasa
biegu wynosiła ok. 17 kilometrów. Byli tacy, którzy twierdzili, że więcej. Ja
tam nie wiem. Zrobiłem swoje 10 kilometrów i zszedłem na odpoczynek do
autobusu, by dołączyć na ostatnie 4 kilometry. Tyle mi wystarczyło. Być może
mógłbym więcej, ale… No właśnie – ale!
Kiedy
dobiegliśmy na metę, przywitali nas oklaskami kibice, a także grająca orkiestra
strażacka. Potem był smaczny grill, a raczej kiełbaski, które się na nim upiekły.
Imprezę uważam, że bardzo udaną. Trochę żałuję, że nie mogłem być 23 czerwca na
biegu, który odbył się dla Diabeciaków, a którego organizatorem była łódzka
Straż Miejska.
Tak
a propos, to przeżywam jeszcze pielgrzymkę biegową z Łodzi do Studzienicznej. Dziś
dostałem na maila nowopowstały plakat z tej imprezy, który umieściłem na
początku wpisu. Myślę, że jest niezły, prawda?
piątek, 22 czerwca 2012
Tak, tego chcę...
Kiedy człowiek zaczyna zbyt dużo analizować życiowe
sytuacje może dochodzić do bardzo radykalnych wniosków. Całe myślenie może
sprowadzić się do następującego spostrzeżenia: po co żyć, jak i tak kiedyś
umrzemy?
Ktoś powiedział kiedyś, że człowiek na stare lata
bardziej będzie żałował nie tego co zrobił, a tego czego nie zdążył zrobić. Za
to Waldemar Łysiak kiedyś napisał, że u niego jest trochę inaczej. On, kiedy
przyjdzie starość, żałował będzie nie tego, czego nie zrobił. Za to wstydził
się będzie za te wszystkie popełnione błędy, ponieważ nie wystarczy mu już
czasu, by je naprawić.
Jak to będzie na stare lata – czas pokaże. Nie ma
co zbyt dużo analizować, myśleć, zastanawiać się. Nie warto, nic dobrego to nie
przynosi. Dojdziemy jeszcze do zgubnych wniosków i jak nihiliści przestaniemy
cieszyć się życiem. Stwierdzimy: po co żyć, jak i tam umrzemy?
Chciałbym wykorzystać każdą chwilę życia do cna, do
reszty. Żyć tak by być szczęśliwym, nie krzywdząc przy tym innych. Dać radość
sobie lub wydobyć ją z siebie, a potem podzielić się nią z innymi. Z tymi, których
kocham. Z każdym bliźnim.
Na starość nie żałować nie wykorzystanych szans i
nie pluć sobie w brodę, przypominając krzywdy, które uczyniłem innym. Wspominać
swoje życie jako przygodę siedząc w wygodnym fotelu przy rozpalonym kominku
obok osoby, którą kocham. Tak, tego chcę…
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Postanowienie nie dotrzymane
Kolejny wpis z tych mniej ambitnych. Nie dotrzymałem postanowienia. Znów wygrała moja słabość. Ale jestem wytrwały. Nie poddaję się. Niebawem próbuję ponownie.
czwartek, 14 czerwca 2012
środa, 13 czerwca 2012
Postanowienie 5
Drugi dzień postanowienia trwa. Zaczęło się wczoraj o godzinie 24:00. Dziś o 24:00 minęły 24 godziny, plus 10 godzin 20 minut - razem 34 godzin 20 minut. Dobry wynik. Jedziemy dalej. Miłego dnia!!
wtorek, 12 czerwca 2012
Postanowienie 3
Jest 12-ty czerwca. Godzina 06:30. Moje postanowienie obowiązuję już od 6-u godzin 30-tu minut.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Postanowienie 2
Za dwie godziny wybije 24:00. Od tej chwili obowiązywać będzie moje postanowienie. Będę o tym wspominał tutaj, ponieważ deklarując coś dla kilku osób, łatwiej postanowienia dotrzymać. Życzcie mi powodzenia! Dobrej nocy!
Postanowienie
Szybki, krótki wpis. Od jutra wprowadzam w życie pewne postanowienie. To nie pierwsze postanowienie, które tutaj deklaruję, ale, przyznaję, poprzedniego nie dotrzymałem. Teraz mi się uda. Na pewno. Wierzę w to całym sobą. Jutra 12-ty czerwca i od jutra postanowienie będzie aktualne. Postanawiam!
Przemysław RG Wieczorek DSM
Przemysław RG Wieczorek DSM
sobota, 9 czerwca 2012
Opowiadanie o pewnych ideałach
Wszedł
do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak
więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył
próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed
wejściem.
„Dzień
dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez
chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i
położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała
4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał
reszty.
„Co
u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni.
„Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem.
Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć
zdrajców” – przeczytał.
Zaczął
mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie –
Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej
Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka
prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w
więzieniu politycznym.”
Sprzedawczyni
spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet –
pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78
kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły
także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.
Był
od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż
ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to
zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała,
nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy
miała diametralnie inne niż te pana Michała.
W
towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś
przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki,
ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i
sprzeczne z nim – to zło.
A
gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść
faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny.
Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej
oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i
elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.
Raz
się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet
tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego
zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na
pana Michała, który nawet nie drgnął.
Był
odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła
białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie.
Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do
spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej
obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim,
opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.
„Panie
Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła
głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak
to co?” – spytała, podchodząc do niego.
Stali
w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry
do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka
razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się
zszokowany.
Poczuł
konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie
bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego
pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym
wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam!
I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń
pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak,
że bardzo mu się to podoba.
Milion
myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na
sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele –
pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa
krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz,
suko!” – wykrzyknął.
Trzymając
lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico
ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę
jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak
on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które
wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.
Pani
Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie
w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i
zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.
Wiedział,
że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie
obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od
zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos
Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.
Zobaczył
tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości
jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy
tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem
w stronę przystanku.
Wbiegł
do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę
jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać,
co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł
artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze
prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili,
zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że
człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.
Tramwaj
zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z
przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza
jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu.
Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.
Przed
nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy
postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten
spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem,
uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna
w stronę kolegów.
Za
chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn,
w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich.
„Faszystowskich gazetek się zachciało!”
Pan
Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej
niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała
się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący
z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim
ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną
częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.
Pan
Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju,
jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą
nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku,
zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i
zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia
spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi
osłaniał się pan Michał.
W
tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych
w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn
i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle
do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i
pałkami w rękach.
Młodzi
mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie
Biała Droga.
Jeden
z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał:
„Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok.
50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni
jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej
nić wy!?”
Reprezentant
Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając
go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał
podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli
bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się
w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę
tramwaju.
Trzej
chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci
Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy
przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać
oponentom solidny wycisk.
Rozpoczęła
się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym
przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu
uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które
ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy
młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie
grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.
Przygoda
pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za
zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden
reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo
reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia
wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w
bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są
rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze
popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę…
sobota, 2 czerwca 2012
Dzień po Dniu Dziecka
Kiedy
śmieje się dziecko, śmieje się cały świat – jak mówił wybitny pedagog Janusz Korczak. To prawda,
szczery śmiech dziecka wywołuje w człowieku tylko pozytywne uczucia. Na pewno
są wyjątki, które potwierdzają tylko regułę, dla których śmiech dziecka jest
obojętny, nie wywołuje w nich żadnych uczuć. Na pewno są też wyjątki, u których
śmiech dziecka, ale nie tylko śmiech, ale też samo dziecko kojarzy się źle,
budzi w nich negatywne emocje. Kiedyś przyznał się do tego publicznie Jerzy
Urban.
Radość jest czymś, co potrzebne jest
dziecku do tego, by mogło normalnie funkcjonować. Nie bawię się tu w pedagoga, bo
choć nim jestem z wykształcenia, dużo na ten temat z wykładów nie pamiętam. Mój
zdrowy rozsądek, a także doświadczenie, mówią mi, że szczęśliwe dziecko to
dziecko uśmiechnięte. Szczęśliwe dziecko to dziecko mające opiekuńczego, czasem
surowego tatę oraz kochającą, wyrozumiałą mamę. Otoczone miłością, trzymane w
ryzach zasad obowiązujących w życiu – takie dziecko może być naprawdę
szczęśliwe i wyrosnąć na wartościowego człowieka.
O tym, jak zgubne skutki niesie ze sobą
wychowanie w rodzinach niepełnych i dysfunkcyjnych wiedzą nie tylko
psychologowie i pedagogowie, ale przede wszystkim osoby wychowane w takich
rodzinach. Defekty, które występują u tych osób, często są trudne do
naprawienia i wleką się za człowiekiem przez całe życie. To, że dziecko za
młodu nie dostawało wystarczająco lub wcale – miłości, odbija się wyraźnie i
mocno w jego dorosłym życiu. Niepewność, brak wiary w siebie, niskie poczucie
własnej wartości – to niektóre z syndromów dziecka zaniedbanego, niekochanego.
Jak powiedziałem wyżej, nie piszę tego
jako pedagog. Piszę to jako zwykły człowiek. Człowiek, który sam przez
większość swojego życia wychowany został w rodzinie zastępczej. Jakie defekty
niesie dla psychiki dziecka wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej – wiem
najlepiej z własnego doświadczenia.
Wczoraj był Dzień Dziecka, czyli święto
największych Skarbów naszego świata. To do Dzieci należy przyszłość tego
świata. Sprawmy, aby były One szczęśliwe, dajmy Im opiekę i radość, wpoimy w
Nie zasady, z którymi iść będą potem przez życie. Pozwólmy Im, aby mogły być
szczęśliwe – tu i teraz – a zarazem budowały lepszą przyszłość.
czwartek, 31 maja 2012
V Łódzka Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej - moja relacja
Wyruszyliśmy ok. godziny 11:00 z ulicy
Kilińskiego 81 spod budynku Straży Miejskiej. Kiedy dobiegliśmy do gmachu Urzędu
Miasta Łódź, który znajduje się na ulicy Piotrkowskiej 104, zastaliśmy tam
czekającą na nas Prezydent Łodzi. Komendant Straży
Miejskiej wręczył Pani Zdanowskiej kwiaty, ona życzyła nam powodzenia,
zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Teraz mogliśmy rozpocząć bieg.
Była to Pielgrzymka Biegowa Straży
Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej leżącej w okolicach Augustowa. Mieliśmy do
pokonania ok. 520-tu kilometrów. Biegaczy, o ile dobrze
pamiętam, było razem 15-tu. 9-ciu Strażników Miejskich, 1 Strażak, 5-ciu biegaczy
ochotników, wśród których jedna osoba z niepełnosprawnością.
Zawodnicy
podzieleni zostali na pary (jedna trójka), a każda z nich pokonywała kolejno po
10 kilometrów, także na końcu każdy z biegaczy – z jednym wyjątkiem – przebiegł
ponad 70 kilometrów.
Biegliśmy bez przerwy. Trzy niecałe
dni i dwie noce. Czasem nie było lekko. Dokuczały kontuzje. W
ciągu dnia doskwierało słońce, które – mimo wszystko – było dla nas i tak dosyć
łaskawe. Noce były zimne. Niezbędna była solidna rozgrzewka, by przywrócić
mięśnie do stanu używalności.
Kiedy jedna para biegła, reszta ekipy
odpoczywała. W dzień można było położyć się wygodnie gdzieś na wiejskiej
polanie, nocą pozostawał samochód – choć byli odważni, którzy spali w śpiworach,
pod niebem pełnym gwiazd. Tym, którzy wybrali jednak samochód,
pozostawał sen, a raczej półsen na siedząco – co więksi szczęśliwcy mogli spać
półleżąc.
Z Łodzi wybiegliśmy w czwartek. Na
miejscu byliśmy w sobotę ok. południa. Ostatnie 3 kilometry
sztafety przebiegliśmy wszyscy. Nie tylko biegacze, ale także reszta ekipy,
która była z nami – organizatorzy, pomocnicy, opiekunowie, ludzie
odpowiedzialni za kuchnie.
Na miejscu przywitali nas ludzie
uczestniczący w pielgrzymce do Studzienicznej. Ksiądz biskup Jerzy Mazur wręczył
nam medale. Na twarzach większości biegaczy widać było wzruszenie, niektórym
popłynęły łzy radości z oczu.
Potem, o godzinie 17:00, odbyła się
msza dziękczynna, w której uczestniczyliśmy. O godzinie 19:30
rozpoczął się grill trwający do późnych godzin nocnych. Do Łodzi wyruszyliśmy w
niedzielę przed południem, na miejsce dojechaliśmy wieczorem.
Mój Komentarz:
Ta pielgrzymka była jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w
życiu. Poznałem podczas niej wielu wspaniałych ludzi, dzięki którym wzbogaciłem
swoje mentalne, psychiczne, duchowe, ale też fizyczne życie. Byli tu biegacze,
którzy zaliczyli w swoim życiu wiele maratonów, a dla niektórych z nich maraton
(42,195 km) to dopiero rozgrzewka. Pan Tadeusz, którego dane mi było poznać na
tej pielgrzymce biegowej, przebiegł w swoim życiu 2 razy Spartathlon, czyli
bieg o długości 246 kilometrów, odbywający się z Aten do Sparty. Nie
wystarczyłoby mi atramentu w piórze, gdybym miał wymieniać każdą osobliwość,
którą tu spotkałem, a tylko dodam, iż każda z nich pozytywnie wpłynęła na mnie
i na moje życie. Jestem z siebie dumny i dziękuję wszystkim uczestnikom i
organizatorom pielgrzymki, to dzięki Wam udało mi się przebiec 6 razy po 5
kilometrów, jedną całą „dychę” w niezłym czasie, oraz dwa krótkie dystanse na
starcie i mecie – razem ponad 45 kilometrów. To niezwykle piękne uczucie, kiedy pokonuje się swoje ograniczenia.
Dziękuję!! Było ekstra!! Już nie mogę się doczekać pielgrzymki za rok –
obiecałem i zobowiązałem się, że będę robił same „dyszki”.
środa, 23 maja 2012
Sztafeta z okazji Dnia Matki
Prawie
rok temu, w czerwcu, Warszawa była nasza. W tym roku, już jutro, ruszamy na
Mazury. Tym razem nie z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, a ze Strażą Miejską w Łodzi.
Ok. 520-to kilometrowa sztafeta, która rozpocznie się 24 maja rano, a zakończy 26
maja – w Dzień Matki. Wysiłek będzie spory, ale nagroda – satysfakcja – jeszcze
większa. Więcej informacji na temat sztafety tutaj: http://archidiecezja.lodz.pl/new/?news_id=13ad287bd77b86cfb925e2a0b771510f
poniedziałek, 21 maja 2012
piątek, 18 maja 2012
Dla Sportu Marsz
Dla Sportu Maszeruję. W tym
zwrocie stylistyka kuleje bardzo. Ale pasuje ten zwrot na rozwinięcie skrótu
DSM. Pomysł, aby właśnie tak rozwinąć ten skrót, wpadł mi dziś do głowy ok.
godziny temu, kiedy biegałem, przeplatając bieg marszem. Szedłem asfaltem, aż
tu nagle zatrzymał się obok mnie samochód, w którym siedziało trzech moich znajomych.
Spytali się mnie, czy idę konkretnie w jakieś miejsce, czy może maszeruję dla
sportu. Dla Sportu Maszeruję – odpowiedziałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





