niedziela, 19 sierpnia 2012

Kosmiczny fallus


Śniło mi się dziś zdjęcie, na którym znajdował się NOL (Niezidentyfikowany Obiekt Latający), czyli UFO (Unidentifidet Flying Object). Zdjęcie owe było czarno-białe. Przedstawiało NOL ciemnego koloru unoszące się bokiem na tle szarego nieba. Nie wiem czemu, ale obrazek wydawał mi się podejrzany. Pomyślałem, że to mistyfikacja.

Nie pomyliłem się. Nie wiem, w jaki sposób to zrobiłem i co to było za zdjęcie, ale udało mi się zajrzeć pod spód UFO. I okazało się, że to nie jest żadne UFO, a telefon komórkowy posiadający wbudowany aparat fotograficzny. Wiem, że specjaliści fachu by się obrazili, zarzucając mi, że to nie jest żaden aparat, a tylko coś, co próbuje robić zdjęcia – ale mniejsza z tym.

Tak że zajrzałem pod spód NOL, który okazało się, że nie jest żadnym NOL, a telefonem komórkowym koloru srebrnego, wpadającego w szary odcień. Zobaczyłem tam także obiektyw od wbudowanego aparatu fotograficznego. I co właściwie z tego wszystkiego wynika?

Ano – nic. Poza tym, że sen był naprawdę ciekawy. Uczyniłem też niechybnie w głowie jego szybką i niezbyt wnikliwą analizę. Jeśli wierzyć niektórym źródłom, to UFO śniło mi się pewnie dlatego, ponieważ kilka dni temu przeczytałem parę artykułów na jego temat. Kiedy oglądałem zdjęcia NOL, większość z nich wydawała się być naciąganymi obrazkami, mało realistycznymi, przypominało raczej mistyfikacje. Też pewnie dlatego sprawdziłem to zdjęcie ze snu i okazało się, że UFO to nie jest żadne UFO. Ani nawet NOL.

Telefon komórkowy, który zobaczyłem, okazał się być bardzo podobnym do tego, który kilka dni temu oglądałem na pewnym zdjęciu znajdującym się właśnie na opakowaniu od tego telefonu. Było to u moich znajomych. Wtedy też, kiedy zobaczyłem z daleka to zdjęcie, dałem się zwieść pozorom. Wydawało mi się, że jest to zupełnie inny telefon, niż był w rzeczywistości. Podobnie jak z tym zdjęciem ze snu, odkryłem swój błąd, dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem opakowanie z bliska.

Wiem, że można pod ten sen naciągnąć i podciągnąć wiele rzeczy. Chyba pisał o tym U. Eco. Jeśli weźmiemy jakąś datę np. 08.01.1985 (data moich urodzin) i zaczniemy wyczyniać z jej cyframi przeróżne kombinacje, mnożąc je, dzieląc, dodawać i odejmować – zawsze otrzymamy coś zastanawiającego i trochę tajemniczego.

Nie będę teraz tego czynił, ale próbowałem już takiej ekwilibrystyki cyfrowej w przeszłości. Ostatnim razem było to z datą, a dokładniej z rokiem powstania kaplicy znajdującej się na cmentarzu w Bełdowie. Dodawałem jakieś cyfry z tego roku, potem je odejmowałem i wyszło mi coś ciekawego. Co? – nie pamiętam, ale na pewno nie była to godzina ani dzień mojej śmierci. Chociaż – kto to wie… Powiało trochę grozą? Nie?

To teraz powiem Wam, jak było naprawdę z tym snem. To UFO to freudowski fallus, który po wnikliwym zbadaniu okazało się, że nie jest tam żadnym fallusem UFO (czyli fallusem kosmicznym, niezwykłym), a zwykłym, pospolitym pseudo-aparacikiem, który myśli, że jest super. Hm, tak swoją drogą – ciekawe do kogo należy ten telefonik z mojego snu…? 

Komentarze


Wczorajszy tekst „Moja hipokryzja” jest mało estetyczny. Nie równo justowany. Od miejsca, w którym cytuję autora artykułu „Woodstock nie dla wszystkich”, dzieje się coś dziwnego: pod napisanymi przeze mnie słowami znajduje się jakieś jasne tło, które sprawia, że tekst wygląda nieładnie. Chciałbym to naprawić, lecz idzie mi opornie – nie wiem, czemu tak się dzieje. Postanawiam, póki co, zostawić to takie, jakie jest.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi miło, ponieważ pod ww. tekstem pojawił się pierwszy komentarz, którego autorem jest mój wirtualny znajomy Piotr Olszówka (dla zainteresowanych: po prawej stronie, w aplikacji „Blogi, które czytam”, znajduję się także odnośnik do bloga Piotra – „Królewskie psy. Fantasy z Morrigan w tle”).

Piotr, a także inni czytelnicy mojego bloga, muszą mi wybaczyć, ale nie będę polemizował z tym komentarzem. Jak to się mówi – jestem jeszcze za cienki w uszach. Kiedy tylko przytyję w tym miejscu i moja wiedza wzrośnie, chętnie będę podejmował się dyskusji. A stanie się to już niedługo – taką mam nadzieję. Zresztą jest to proces nieustanny, który cały czas trwa. Tak że, Piotrze, komentuj dalej – będzie mi i jest cały czas bardzo miło. Czekaj na rekontrę (w tym momencie puszczam tak zwane oczko).

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o innych komentarzach, które pojawiają się na F.B. Wśród najbardziej aktywnych ostatnimi czasy są dwie kobiety. Renata i Mariola. Renatkę, a właściwie to Renię, znam osobiście, Mariolkę, podobnie jak Piotra, tylko wirtualnie. Osobom, które wymieniłem w tym wpisie, a także wielu innym ludziom, którzy obserwują mojego bloga – dziękują za aktywność.

To by było na tyle. Na tę chwilę kończę i życzę wszystkim udanej niedzieli. 

sobota, 18 sierpnia 2012

Moja hipokryzja


Jeśli chodzi o moje postanowienie z dnia 13. sierpnia, to oznajmiam
z przysłowiową – wiadomo dlaczego przysłowiową – ręką na sercu, że postanowienia dotrzymuję, jak to się mówi, twardo, choć nie ukrywam, że miałem już chwile, w których byłem blisko tego, by polec. Mimo wszystko – udało się,
i bardzo mnie to cieszy, bo jeśli chcę być poważnym człowiekiem – a chcę tego całym sercem – moje słowa także powinny, a nawet muszą, być poważne. Być może nie jest to super interesujący temat, ale, jak powiedziałem, a raczej napisałem 13. sierpnia na blogu: będę Was, drodzy Czytelnicy, co najmniej do końca miesiąca męczył wpisowo owym postanowieniem. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. OK., to by było tyle a propos.

Teraz trochę z innej beczki.
Przeczytałem kilka godzin temu na portalu Prokapitalizm.pl (http://prokapitalizm.pl/) ciekawy artykuł zatytułowany „Woodstock nie dla wszystkich” (http://prokapitalizm.pl/woodstock-nie-dla-wszystkich.html#more-17584). Nie będę streszczał ani recenzował (i tak tego nie umiem) owego tekstu,
a dla wszystkich zainteresowanych w poprzednim zdaniu podaję link do całego artykułu.
Autor tekstu był uczestnikiem Przystanku Woodstock. Widział on występ
i przemowy zarówno prezydentów Polski i Niemiec, jak i Biskupa Tadeusza Pieronka, który odpowiadając na pytanie, dlaczego Kościół nie chce zrezygnować
z celibatu skoro tyle księży jest podejrzewanych o kontakty seksualne z kobietami, powiedział bardzo ciekawą rzecz, mianowicie (cytuję autora):
 Tak samo można by zrezygnować z instytucji małżeństwa, skoro jest tak wiele zdrad i rozwodów. Wcześniej Bp Pieronek dał do zrozumienia, że tego typu seksualne sytuacje
w Kościele nie są powodem do tego, by rezygnować z celibatu.
Nie jest to do końca moja sprawa, ponieważ nie utożsamiam się całkiem
z Kościołem Rzymsko Katolickim, choć na mszy jestem obecny prawie w każdą niedzielę. Spowiadam się także dosyć często – przynajmniej raz w miesiącu. Jednak, mimo tego, robię wiele rzeczy, które sprzeczne są z doktrynami KRK. Pierwszy mój grzech przeciw Kościołowi jest taki, że na spowiedzi nie mówię księdzu wszystkiego, co według zasad spowiedzi powiedzieć powinienem. Uważam, że nie muszę. Tak, wiem, to głupie. Jestem hipokrytą – zdaję sobie z tego sprawę. Są jednak takie grzechy, z którymi rozliczam się tylko przed Bogiem. Drugi mój grzech przeciwko Kościołowi jest poważniejszy, ponieważ uważam, że KRK nie jest jedyną drogą do Boga i Zbawienia. Według mnie KRK to tylko symbol. Symbol, który może nam pomóc w drodze do doskonałości. Powiedziałem o tym już nieraz. Kościół jest miejscem i sposobem, przez który kształtuję siebie i swój charakter.
Ale wracając do Woodstocku…

Kościół Rzymsko Katolicki funkcjonuje od ok. 2000 lat. Dlatego też dziwią mnie rady niektórych ludzi, bo często są to ludzie, którzy wcale nie utożsamiają się
z Kościołem, a wprost przeciwnie – to Jego adwersarze. Pewnie gdyby nie zasady obowiązujące w Kościele – takie jak właśnie celibat – Kościoła by dziś nie było. Nie przetrwałby tak długo. Więc rady i wskazania niektórych osób, chcących znieść celibat lub pozwolić kobietom na to, by były księżmi – są dla mnie mało zrozumiałe. Choć jest tu we mnie trochę empatii, bo jakiś czas temu miałem podobne postulaty, jak ci ludzie, ale co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze – uważałem się wtedy za ateistę. I tym optymistycznym akcentem – że ateistą już nie jestem! – kończę ten wpis.

PS Tak mi się przypomniało…
Wiecie, kim jest ateista?
Kimś, kto walczy z czymś, czego według niego nie ma.
Tak, wiem, trochę to uproszczone, ale coś w tym jest, prawda? Dobrej Nocy!
                                                                                                               


Trochę zazdroszczę


Wspomniałem coś tam wczoraj o zawojowaniu świata. Nie udało mi się nawet lekko liznąć tego tematu. Jest on jak rzeka. Długi, niewyczerpany. Każdy może mieć
w kwestii wojowania świata swoje własne zdanie. Mam je i ja. Każdy może się z tym zdaniem nie zgadzać. Gdy wczoraj odłożyłem pióro (czyt. wyjąłem z ust ołówek, którym klikam w klawiaturę), włączyłem sobie tę oto piosenkę (link): http://www.youtube.com/watch?v=1wYNFfgrXTI&feature=BFa&list=AL94UKMTqg-9A5K8SuV1Xsv4eSZJptYgpc, i pomyślałem, że ten koleś, znaczy Eminem, jest kimś, kto zawojował świat. Na F.B. napisałem, że jest on geniuszem. Możemy twierdzić, że nie robi on rapu (a pseudo-rap), że jest komercyjny, że jest zbyt kontrowersyjny, że tworzy pod publikę, ale nie możemy mu odmówić braku charyzmy. Jego muzyka porusza serca. Ma moc, której możemy pozazdrościć. Przyznaję się, że ja trochę zazdroszczę…
                                                                                                               

piątek, 17 sierpnia 2012

O czym marzą piękne kobiety


Znajoma spytała mnie, co znaczy „zawojować świat”. Otóż nie wiem. Mogę się jedynie domyślać. Dam szybki przykład kogoś, kto według mnie zawojował świat. Jest to Jezus Chrystus. Tak, właśnie tak myślę – i pierwszy kto przychodzi mi do głowy, kiedy słyszę o zawojowaniu świata, to właśnie On. Nie chcę tego tłumaczyć. Na pewno nie teraz.
Może podam kolejne przykłady. Sokrates, Arystoteles, Platon. Osoby żyjące bliżej naszych czasów. Einstein, Tesla, Edison. Jest ich mnóstwo. Politycy, filozofowie, teolodzy. Świetnym tu przykładem może być Jan Paweł II.
A co z Hitlerem? Teraz tak pomyślałem o nim. Hitlera – wykluczam. Nie przyczynił się on do rozwoju ludzkości, a wprost przeciwnie. On według mnie nie zawojował świata. To raczej negacja zawojowania świata.

Ale czym właściwie jest zawojowanie świata na swoim podwórku. Jak dla mnie jest to po prostu dobre życie. To przeżycie swojego życia jak najlepiej się potrafi, wykorzystanie w 100% swojego potencjału. Czasem możemy zawojować świat, mimo tego nikt – oprócz osób z bliskiego nam otoczenia – o tym nie usłyszy. Ale to nie jest aż takie ważne. Najważniejsze byśmy żyli i postępowali w zgodzie z nami samymi oraz w zgodzie z prawami natury. Rozwijać się, nie krzywdząc przy tym innych.

Znajoma spytała mnie się także, skąd wiem, o czym marzą piękne wewnętrznie kobiety. Otóż – znów – nie wiem. I znów domyślam się tylko. A i tak jestem pewnie daleki od tego, by się dowiedzieć prawdy na ten temat. Mogę tylko obserwować, analizować, wnioskować. Na pewno nie każda piękna wewnętrznie kobieta marzy o tym samym. Ale wydaje mi się, że mało z nich ma za swój cel główny i szczyt swoich marzeń zawojować tyłkiem świat. Choć może się nie znam… Może się mylę… Może moje myślenie jest błędne, a ja żyję w świecie fantazji. Trudno. Jest w tym świecie całkiem miło, fajnie i przyjemnie!
                                                                                                               


Chłopcy wolą blondynki


Kiedyś zobaczyłem w Internecie wpis, który bardzo mnie zainteresował. To chyba dlatego, że nieco się z nim utożsamiałem. Brzmiał on mniej więcej tak: „chłopcy wolą blondynki, mężczyźni wolą brunetki”. Coś w tym jest – pomyślałem. To fakt, że fenomen blondynek zawsze był dla mnie nie do końca zrozumiały.
Jednak dziś zobaczyłem na F.B. dużo ciekawszy wpis, mianowicie: „chłopcy wolą blondynki, mężczyźni w d*pie mają kolor włosów”. Z tym tekstem utożsamiam się jeszcze bardziej. Być może nie mam w d*pie koloru włosów, ale to, jaki kolor włosów ma kobieta, nie ma większego znaczenia. Widziałem piękne kobiety, które nie miały włosów wcale (na głowie!) albo miały włosy bardzo krótkie. Kolor włosów nie odgrywa tu jakiejś wyjątkowej roli i nie jest wyznacznikiem urody.
Znów zawieje z mojej strony truizmem, ale zawsze piszę to, co myślę. Według mnie w kobiecie najpiękniejsza jest osobowość, charakter, serce, umysł... Znam ładne zewnętrznie kobiety, ale ich wnętrze mi się nie podoba, przez co kobiety te bardzo dużo tracą w moich oczach. Znam także nie-za-ładne zewnętrznie kobiety, które mają piękne wnętrzna – i przez to podobają mi się one.
I jeszcze jedna rzecz a propos d*py i płci pięknej. Nie lubię kobiet, które myślą, że d*pą zawojować można świat. Owszem, jakąś część świata tyłkami zawojować możecie, ale to nigdy nie będzie ten świat, o którym marzą Wasze piękne wewnętrznie koleżanki. To trochę inne pojmowanie znaczenia zwrotu „zawojować świat”. Ale o tym napiszę jeszcze nieraz. Czołem! 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Samodyscyplina, wytrwałość, koncentracja


Trzymam się sztywno postanowienia z dnia 13 sierpnia. Nic nie pisałem przez dwa dni, ponieważ byłem zajęty. Między innymi pracą dla Spółdzielni Socjalnej „KONSTANS”. Nie wspominałem chyba jeszcze o tym na moim blogu, ale pracuję obecnie właśnie
w „KONSTANS”, spółdzielni, którą założyłem wraz z pięcioma koleżankami. Więcej
o naszym społecznym przedsiębiorstwie znajdziecie Państwo tutaj: https://www.facebook.com/pages/Sp%C3%B3%C5%82dzielnia-Socjalna-Konstans/302159106516338?ref=hl. Zachęcam Was serdecznie do polubienia
i udostępnienia na swoim profilu oraz zapraszania swoich znajomych. Będzie mi bardzo miło. Żeby „KONSTANS” funkcjonowało, potrzebni są klienci. Jeśli nie macie Państwo profilu na F.B., to polecam zajrzeć na naszą oficjalną stronę: http://www.konstans.org/.

Wracając do postanowienia, to powtórzę raz jeszcze, że trzymam się go nadal. Wiem, jak ważna jest samodyscyplina i zaparcie. Żeby osiągnąć w życiu zamierzone cele, trzeba żyć w każdej chwili tak, jak najlepiej się umie. Nawet wtedy, a może przede wszystkim wtedy, kiedy nasze samopoczucie jest słabsze, my powinniśmy funkcjonować na 100%. Wiem, że czasem się tak nie da. I proszę mi to wybaczyć, że znów mówię w liczbie mnogiej.
Lekko zbaczając z tematu powiem to, co mówiłem już wiele razy. Nie czuję uprawnienia, by mówić komuś, jak ma żyć. Nigdy nie lubiłem, kiedy mi ktoś prawił rady. Nie lubię tego nadal, choć tych mądrzejszych pouczeń często słucham. Zauważyłem jednak, iż wielu ludzi chce uszczęśliwiać innych na siłę. To takie trochę mierzenie wszystkich swoją miarą. Nie wiem, co oni sobie myślą, bo nie jestem nimi. Ale wnioskuję taką oto rzecz: „ja chcę być taki – to ty też chcesz być taki; ja już jestem taki, a ty chcesz być taki jak ja – więc słuchaj się mnie, mądrzejszego, to też będziesz taki jak ja”. Może to lekko uprościłem. Ale często kiedy słucham ich rad, wydaje mi się, że właśnie w ten sposób myślą.
To teraz im odpowiem: „ja nie chcę być taki, jak ty; chcę być sobą, mam inne priorytety; też będę miał piękny dom i elegancki samochód, ale nie jest to mój cel główny, a tylko jeden ze środków, za pomocą którego go osiągnę”.
W ten oto sposób wróciłem do postanowienia. Wiem, że jeśli chcę osiągnąć swój cel główny, muszę żyć jak najlepiej tylko umiem. Aby tak żyć, muszę trzymać się postanowień. Samodyscyplina, wytrwałość, koncentracja – to cechy, które muszę
w sobie pielęgnować i uskuteczniać. Bez nich, jak to się mówi – przysłowiowa lipa.
Nie zawsze da się żyć na 100%. Wiadomo, jak to  życiu, są gorsze chwile. Jednak dobrze, jeśli tych gorszych chwil jest jak najmniej. A kiedy się pojawiają – trzeba je przetrwać. Nie można im ulegać. Czasem przychodzą chmury, jednak trzeba pamiętać o tym, że pod chmurami jest słońce. Co by się nie działo, jaka to ulewa by nie przyszła, pod chmurami czeka słońce. Czeka po to, by móc znów dla nas zaświecić.

Pisałbym jeszcze długo. Przyszedł jednak czas, by wziąć się za pracę. Jutro na godzinę 13:00 będę w siedzibie „KONSTANS”. Może kiedyś mnie tam odwiedzicie…? Miłego wieczorku od Wieczorka!

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Zaczynamy!!


Zaczynam swoje kolejne postanowienie. Znów mówię o tym publicznie, by się uwiarygodnić i mieć do tego większą motywację. Nie będzie łatwo. Ale muszę wreszcie wygrać. Nie ma wyjścia. To jest konieczne. Co najmniej do końca sierpnia będę Was gnębił tym postanowieniem. A więc zaczynam!
                                                                                                                

środa, 8 sierpnia 2012

Miłe gesty


Wczoraj, kiedy szedłem przez Aleksandrów, spotkałem znajomego, który powiedział mi, że po moich facebookowych postach widać, że zmieniam się na lepsze. Mniej w nich chaotyczności – mówił – więcej ważysz słowa. Oczywiście cytuję z pamięci.
To bardzo miło, że ktoś to widzi. Zmianę, która niewątpliwe we mnie następuje. Ale czy aby na tym nie polega życie? Na zmianach, ulepszaniu, poprawianiu tego, co w nas nie jest doskonałe. Zmieniam się pewnie nie tylko ja, a każdy z nas. Dobrze jednak jest słyszeć tego potwierdzenie, które nas umacnia. Mój znajomy też przeszedł pewną metamorfozę. Jak sam powiedział – dba o siebie. I było to widać!

A dziś dostałem miłą niespodziankę. Na moją skrzynkę mailową przyszedł bardzo pozytywny list od osoby, której osobiście nie znam, a która, jak sama powiedziała, często widuje mnie w Aleksandrowie. Być może i ja ją widuję, ale nie wiem, że to właśnie ta osoba. Nie będę cytował tego listy. Ale jestem nim wielce miło zaskoczony. Osoba ta przyznała się, że czytuje też mojego bloga, także być może ten wpis przeczyta. Mam nadzieję, że nie zdradziłem tu niechybnie jakiejś tajemnicy owej korespondencji… Jeśli tak, proszę dać mi znak, a zaraz to naprawię!

Te dwa wydarzenia, o których powiedziałem wyżej, to dowody na to, że w życiu warto robić swoje. Iść nieustannie do przodu. Mimo tego, że nie zawsze jest z górki, a często jest pod nią. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale czy aby w tym nie tkwi esencja życia, by mierzyć się z kolejnymi przeszkodami? Na swojej drodze nie raz spotkamy ludzi, którym coś w nas podobać się nie będzie. Ale spotkamy też osoby, które docenią w nas to, co dobre. Osoby, które podejdą do nas na ulicy i powiedzą coś miłego. Napiszą pozytywnego maila. To są właśnie piękne chwile, dla których warto żyć!

Czasem nie będą to bynajmniej słowa. Nie będzie to mail. A będzie to zwykły – niezwykły! – uśmiech drugiej osoby. Poklepanie po plecach, serdeczny uścisk dłoni lub jakiś inny miły gest…

piątek, 3 sierpnia 2012

To musi być silna decyzja


Zastanawiam się poważnie nad tym, czy aby nie ruszyć z nowym, poważnym blogiem. Ten, jak już wspomniałem, to forma pamiętnika – choć to nie do końca prawda. Jest to raczej dzienniko-pamiętnik, choć też to prawdą do końca nie będzie. Nie piszę tu codziennie. Nie piszę tu regularnie. Nie publikuję tu także wszystkiego, co napiszę. Wiele rzeczy, które pisuję, nie ogląda nigdy światła dziennego, a jest pisanych to tzw. szuflady. Może to i dobrze. Pisarzem nie jestem, więc lepiej nie chwalić się wszystkim. A to, czym się „chwalę”, także nie jest niczym wielkim. Powiem to po raz enty. I ten blog taki jest. Jaki? Taki zwykły. Nic ciekawego tu nie ma. Ale myśl o tym, by założyć trochę bardziej poważny, nie daje mi spokoju. Taki blog, w którym publikować będę tylko przemyślane teksty… Hm, tak, to niezły pomysł… Trzeba to tylko głęboko przemyśleć. Bo jak już ruszę z nowym blogiem, to będę musiał być konsekwentny. I trzymać się tematyki, i publikować regularnie. To musi być silna, konkretna decyzja!

czwartek, 26 lipca 2012

Nie jesteś sam


Choć głowę tak często mam w chmurach, nogi zawsze muszę mieć na ziemi. Nie ma wyjścia. Wolno się zapominać, ale tylko do pewnej granicy. Jest granica, której przekraczać nie wolno, bo inaczej stracić można panowanie nad swoim życiem. Człowiek został stworzony na podobieństwo Boga. Tym się różni od zwierząt, że potrafi wybierać. Te wybory nie zawsze są dobre. Ale dzięki temu, że człowiek nie jest zwierzęciem, może i powinien uczyć się na błędach. To jest piękne, że możemy wybierać. I nie jesteśmy żadnym przypadkiem. Jesteśmy ludźmi! Mamy wpływ na swoje życie. Na pewno jest on w jakiś sposób ograniczony. Jednak mamy dużą decyzyjność. I korzystajmy z tego, wybierajmy dobrze. Zresztą: nie mam prawa prawić Wam rad. Róbcie, co chcecie, to Wasze życie. Pamiętajcie jednak, że nie jesteście sami. 

środa, 25 lipca 2012

Nie z tego świata


Mam czasem dziwne wrażenie, jakbym był nie z tego świata…
Jeśli miewasz podobnie, wiedz, że nie jesteś sam, masz brata…
Ty, siostro, też kiedy znów poczujesz się źle, wyobcowana…
Przypomnij sobie, że na tym świecie nie jesteś całkiem sama… 

niedziela, 22 lipca 2012

Czy to prawda, że Prawda nie istnieje?


- Czy to prawda, że Prawda nie istnieje? – spytał mądry Filozof.
- Tak, to prawda – odpowiedział jego kompan, równie mądry, jak on.

Jeśli Prawda nie istnieje, znaczy, iż prawdą jest, że jej nie ma. Wniosek z tego taki, że jednak ona istnieje. Nieprawdą jest, że Prawdy nie ma.

Takie wieczorne nie za mądre refleksje, kompletnie bez polotu. 

Wiara czyni cuda


„Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was.”

(Ewangelia św. Mateusza, 17,20, Biblia Tysiąclecia)

To jeden z najlepszych biblijnych cytatów. Jakże on prawdziwy jest! Silna wiara potrafi czynić cuda. Ludzie, którzy się o tym przekonali, na pewno utożsamiają się z owym cytatem. Bo kiedy pomyślimy głęboko nad tematem wiary, uświadomimy sobie, że niemal wszystko się do niej sprowadza. Jeśli wierzysz, że potrafisz – masz rację; jeśli wierzysz, że nie potrafisz – także masz rację. Wierzę w Boga. Ale są ludzie, którzy w Niego nie wierzą. A czy to nie jest tak, że oni także wierzą, ale w to, że Boga nie ma? Ktoś mógłby tu powiedzieć, że może to ja nie wierzę w to, że Boga nie ma. Ale tutaj chyba za mocno wchodzimy w ten temat. Jakby nie było – wszystko sprowadza się do wiary. Ja w to wierzę! 

sobota, 21 lipca 2012

Nie jestem bloggerem


Do życia podchodzę bardzo poważnie. Dystans za to mam, ale do swojej powagi. Podobnie jest z tym blogiem. Jest on bardzo poważny, jednak nie jest profesjonalny. Nie śmiem się nawet porównywać z innymi bloggerami. Kiedy zaczynałem pisać na Onecie, nie myślałem nawet, że kiedyś będę miał 500 postów, a właśnie teraz zbliżam się do tej liczby. Właściwie to już ją przekroczyłem, a to dlatego, że kiedy przenosiłem bloga z Onetu tutaj, w ponad 30 postach zamknąłem po kilka wpisów na raz. Można to sprawdzić, cofając się w moich blogowych publikacjach. Posty są różne. Jedne dłuższe, inne bardzo krótkie. Jedne bardziej poważnie, inne mniej. Na pewno wśród nich można znaleźć kilka takich, które można określić, że są w miarę profesjonalne, ale większość z nich to po prostu moje zapiski. Kiedy zaczynałem blogować na Onecie, nie potrafiłem stworzyć poprawnego gramatycznie zdania. To także można sprawdzić, wracając do moich pierwszych postów. Najlepiej to zrobić, przeglądając moje kopie z Onetu. Nie uważam się za profesjonalnego bloggera i nigdy nie uważałem. Choć miałem czas, kiedy chciałem iść w tę stronę. Kiedy poczuję, że chcę być profesjonalnym bloggerem, założę kolejny, trzeci już, blog i zacznę blogować na bardzo poważnie. Póki co, nadal tworzyć będę moje amatorskie zapiski… 

piątek, 20 lipca 2012

Poranny uśmiech


Kiedy człowiek budzi się rano, nie zawsze, nie za każdym razem ma taki humor, jaki chciałby mieć. Gdy wczorajszy dzień nie należał do najlżejszych, nie był łatwy, poranek często też lekkim i łatwym nie będzie. Zdarzyć się może, że człowiek obudzi się z ciężką i bolącą głową. Nie jest to przyjemne.

Dzień może zacząć się zupełnie inaczej – pozytywnie, z radością w sercu – kiedy kładziemy się spać z uśmiechem na twarzy i z pięknymi myślami w głowie. Podobieństwa się przyciągają. Człowiek, który myśli o rzeczach dobrych i robi to permanentnie, przyciąga do siebie więcej takich myśli – dzięki czemu jego życie także się polepsza.

Entuzjazm przyciąga entuzjazm. Budząc się rano z entuzjazmem w sercu i w duszy,  mamy więcej chęci do życia. Kiedy wiemy, po co żyjemy, mamy cel, który pragniemy zrealizować, i połączymy to wszystko entuzjazmem, ranek obudzi nas pełnych zapału.

I właśnie tego entuzjazmu Wam życzę. Aby każdy dzień był piękny… Wyjątkowo piękny! 

czwartek, 19 lipca 2012

Róża i książka


Róża to symbol delikatności, piękna, kruchości. To symbol uczucia, emocji. Róża to symbol miłości i przyjaźni. Książka to symbol mądrości, hardości, siły. To symbol wiedzy. To symbol inteligencji i błyskotliwości. Róża i książka to świetne połączenie. Czytaj, ucz się, zdobywaj wiedzę. Kochaj, szanuj, miej sprzymierzeńców w innych ludziach. Wspieraj przyjaciół. By życie uczynić jak najbardziej pięknym. Dla siebie i całego świata. To czasem nie jest łatwe. Ale, jak to powiedział ktoś mądry: ludzi z charakterem pociąga to co jest trudne, ponieważ dopiero w zmaganiach z przeciwnościami potrafią oni uświadomić sobie swój własny potencjał.



czwartek, 12 lipca 2012

Starszy Pan sprzedający gazety


Pierwszy raz spotkałem tego Pana bodajże 2 lata temu. Sprzedawał gazety na Placu Wolności w Łodzi, zaraz przy wejściu na ulicę Nowomiejską. Myśląc o tym Panu i o tym, jak go spotkałem mam w głowie – właśnie w tej chwili – mnóstwo skojarzeń.

Kiedy myślę o tym Panu i piszę te słowa, przypominają mi się ludzie, których poznałem 2 lata temu latem (nie jestem pewny czy oby to na pewno dwa lata, czy może nie trzy… ale raczej dwa). To właśnie wtedy, a było to podczas szkoleń z grafiki komputerowej, poznałem młodego Mężczyznę, którego fascynowała postać Maurycego Beniowskiego.

Ów Mężczyzna, którego bardzo polubiłem, interesował się mocno polityką. Pamiętam, jak dyskutował z innymi członkami szkolenia, a najbardziej z prowadzącym. To właśnie wtedy spojrzałem na politykę z innej strony. Wyłączyłem TVN, odłożyłem na bok, a potem wyrzuciłem do kosza Gazetę Wyborczą, wyszedłem ze szkolenia i na dole, zaraz przy wejściu na ulicę Nowomiejską, kupiłem u starszego Pana „Gazetę Polską”.

Spytałem razu pewnego tego Pana, która gazeta jest najlepsza (chodziło mi o to, która jest najbardziej rzetelna), a On odpowiedział, że wszystkie są dobre. Miał wtedy minę – prawie nigdy nie schodziła mu ona z twarzy – jakby wiedział coś więcej. Taki lekki uśmieszek. Jakby był świadom czegoś, czego zwykły zjadacz chleba nie wie. I nie myślę tu tylko o gazetach, ale o Jego podejściu do życia. Ta mina zawsze mnie intrygowała.

Dziś już nie czytam GP, a jeśli już, to przypadkiem, choć gdybym miał wybierać między nią, a GW, oczywiście wybrałbym, bez zastanowienia, tę pierwszą. Myślę, właśnie dziś tak myślę, że to trochę jakby ta sama strona, że ponad nimi istnieje jeszcze coś, co nie utożsamia się ani z GP, ani z GW, choć do jednej z opcji może mieć trochę bliżej.

Pisałbym dalej, bo myśląc o tym Panu, skojarzeń mam mnóstwo, jednak czuję, że sen zaczyna mnie powoli opanowywać, czy też opanowywać powoli – co chyba widać. Kończę mój wpis trochę smutno. Rok temu latem widziałem tego Pana, jak sprzedawał swoje gazety, nawet nabyłem u Niego jedną. W tym roku, niestety, coś Go nie widać. Mam tylko nadzieję, że u Niego wszystko w porządku, że ma się dobrze.

czwartek, 5 lipca 2012

Guernica, Pan Tadeusz i Krucyfiks w moczu




Spotkałem dziś znajomą. Nie powiem – lubię ją, szczególnie cenię za inteligencję, którą niewątpliwie posiada. Jechaliśmy razem autobusem, potem tramwajem, więc mieliśmy okazję i trochę czasu, aby porozmawiać.


Dyskutowaliśmy o różnych sprawach. Aż zeszliśmy wreszcie na temat, który podobnie intryguje nas obojga.

Zaczęło się od Pablo Picasso. A właściwie to od Madrytu, bo tam znajduje się Guernica, słynny obraz malarza. Znajoma w tym roku wybiera się na wakacje do Hiszpanii. Wyznała, że nie omieszka odwiedzić Muzeum Królowej Zofii, gdzie znajduje się znane dzieło, którego zdjęcie umieściłem na górze wpisu.

I tak od Guernicy niechybnie przeszliśmy do… symboliki? Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale myślę, że słowo symbolika będzie tu odpowiednie. Jeśli piszę głupoty i wychodzę na ignoranta, trudno, ale proszę mi to wybaczyć.

Wspomniałem mojej znajomej o innej mojej znajomej, która zajmuje się malarstwem. Powiedziałem, że znajoma malarka namalowała kiedyś kółko i kreskę, twierdząc, że jest to wyższa szkoła malarstwa. Dodałem oczywiście, że znajoma ta ma świetne pojęcie
o malowaniu, bo to widziałem. Że potrafi malować rzeczy realistyczne, że wie, jak to robić. Przynajmniej takie wyciągnąłem wnioski, kiedy widziałem jej rysunki – ja, nie-znawca tematu.

Potem przeszliśmy w dział literatury. Zastanawialiśmy się, jak to jest, że geniusz napisze epopeje narodową składającą się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem – trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim, a inny stworzy niby wiersz dwu-wersowy, bez ładu i składu, na pierwszy rzut oka mówiący o niczym – i ten ktoś także nazwany zostaje geniuszem. To nic, że kiedy pisał swoje dzieło, nie miał górnolotnych myśli – znawcy tematu doszukują się w tym dwóch wersach arcygeniuszu, domalowują mu swoją własną, od teraz uznawaną za jedyną prawdziwą interpretację.

A co z twórcą, który, jak Andreas Serrano, fotografuje krucyfiks zanurzony w moczu, twierdząc, że to dzieło artystyczne? Na koniec, tak na osłodę, cytat (źródło: http://www.swiatobrazu.pl/fotografia-andresa-serrano-przedstawiajaca-krucyfiks-w-moczu-zniszczona-23250.html): Po niedzielnym incydencie, wskutek którego „Piss Christ” autorstwa Andresa Serrano został zniszczony, wystawę zamknięto. Jak informuje TVN24, w niedzielę dwie osoby weszły na wystawę jak zwykli zwiedzający, po czym jedna z nich rozbiła młotkiem pleksiglas ochraniający zdjęcie Amerykanina, a druga przedziurawiła fotografię ostrym narzędziem. Zniszczeniu uległa również druga praca Serrano, zatytułowana „Siostra Joanna Miriam”.

wtorek, 3 lipca 2012

Zazdrość


Zielonooki potwór
Przyszedł do mnie w nocy
Wpadł przez komina otwór
Jak wystrzelony z procy
Na brzegu usiadł łoża
I chwycił mnie za szyję
A w sercu wzniecił pożar
Zazdrości tej niemiłej 

poniedziałek, 2 lipca 2012

Najpiękniejsze słowa, które usłyszałem od kobiety


Najpiękniejsze słowa, które usłyszałem od kobiety, zostały wypowiedziane ok. 1,5 roku temu. Byłem wtedy w związku z pewną cudowną osobą, z którą utrzymuję kontakt do dziś. Jesteśmy przyjaciółmi. Choć nie dzwonimy do siebie tak często jak wtedy, a rozmawialiśmy niemalże co dzień, to przynajmniej raz na miesiąc pamiętamy o tym, by wykręcić do siebie numer i spytać się, co słychać.

Kiedy byliśmy razem, miałem chwile, w których wątpiłem w nasz związek. Dziś już wiem, że był to najpoważniejszy błąd, jaki mogłem popełnić. Nie dość, że wątpiłem, to jeszcze mówiłem o swoich wątpliwościach. Bywało, że zastanawiałem się głośno, czy aby na pewno kocham moją wybrankę… Tak, wiem, okropne jest takie postępowanie. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, z mojej dzisiejszej pozycji, tej, którą teraz zajmuję, z miejsca, w którym dziś stoję – mogę tylko pluć sobie w brodę i nie zazdrościć wybrance emocji, które musiała czuć, kiedy słyszała tego typu rzeczy.

Pewnego dnia zwątpiłem też przy niej w siebie. Powiedziałem wtedy, że jako osoba bez rąk nie nadaję się na mężczyznę w związku. Wtedy też usłyszałem najpiękniejsze słowa, które mogę sobie wyobrazić: „Kochanie, ale ja chcę być w tym związku twoimi rękoma”. Cytuję z pamięci… Tak, piękne to było! I do dziś, kiedy tylko to sobie przypomnę, serce rośnie mi w piersi.

wtorek, 26 czerwca 2012

Biegamy, biegamy!!


24 czerwca, w niedzielę, odbył się Happening Biegowy „Biegnę, więc jestem”, którego głównym organizatorem był Roman Frank. Trasa biegu to Kwiatkowice-Łask – jak napisane zostało na medalach, które otrzymali uczestnicy. Jednak w praktyce było trochę inaczej, bo biegliśmy z Łasku do Kwiatkowic, ale o tym powiem jeszcze za chwilę.

Roman zaprosił mnie na ten bieg kilka tygodni temu. W sobotę umówiłem się z Piotrem – pracownikiem Wyższej Szkoły Pedagogicznej, a zarazem biegaczem, który we wrześniu tego roku postanowił przebiec drugi raz swoim życiu maraton – że pojedziemy na bieg razem, jego samochodem. I tak się właśnie stało. Piotrek zabrał ze sobą jeszcze Żonę i Syna.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, do Kwiatkowic, pod budynek Ochotniczej Straży Pożarnej, czekało tam już kilkanaście osób. Za ok. 15 minut podjechał autobus, w którego wsiedli wszyscy biegacze, a także osoby towarzyszące. Autobus zawiózł nas do Łasku, gdzie był start biegu.

Trasa biegu wynosiła ok. 17 kilometrów. Byli tacy, którzy twierdzili, że więcej. Ja tam nie wiem. Zrobiłem swoje 10 kilometrów i zszedłem na odpoczynek do autobusu, by dołączyć na ostatnie 4 kilometry. Tyle mi wystarczyło. Być może mógłbym więcej, ale… No właśnie – ale!

Kiedy dobiegliśmy na metę, przywitali nas oklaskami kibice, a także grająca orkiestra strażacka. Potem był smaczny grill, a raczej kiełbaski, które się na nim upiekły. Imprezę uważam, że bardzo udaną. Trochę żałuję, że nie mogłem być 23 czerwca na biegu, który odbył się dla Diabeciaków, a którego organizatorem była łódzka Straż Miejska.

Tak a propos, to przeżywam jeszcze pielgrzymkę biegową z Łodzi do Studzienicznej. Dziś dostałem na maila nowopowstały plakat z tej imprezy, który umieściłem na początku wpisu. Myślę, że jest niezły, prawda?

piątek, 22 czerwca 2012

Tak, tego chcę...


Kiedy człowiek zaczyna zbyt dużo analizować życiowe sytuacje może dochodzić do bardzo radykalnych wniosków. Całe myślenie może sprowadzić się do następującego spostrzeżenia: po co żyć, jak i tak kiedyś umrzemy?

Ktoś powiedział kiedyś, że człowiek na stare lata bardziej będzie żałował nie tego co zrobił, a tego czego nie zdążył zrobić. Za to Waldemar Łysiak kiedyś napisał, że u niego jest trochę inaczej. On, kiedy przyjdzie starość, żałował będzie nie tego, czego nie zrobił. Za to wstydził się będzie za te wszystkie popełnione błędy, ponieważ nie wystarczy mu już czasu, by je naprawić.

Jak to będzie na stare lata – czas pokaże. Nie ma co zbyt dużo analizować, myśleć, zastanawiać się. Nie warto, nic dobrego to nie przynosi. Dojdziemy jeszcze do zgubnych wniosków i jak nihiliści przestaniemy cieszyć się życiem. Stwierdzimy: po co żyć, jak i tam umrzemy?

Chciałbym wykorzystać każdą chwilę życia do cna, do reszty. Żyć tak by być szczęśliwym, nie krzywdząc przy tym innych. Dać radość sobie lub wydobyć ją z siebie, a potem podzielić się nią z innymi. Z tymi, których kocham. Z każdym bliźnim.

Na starość nie żałować nie wykorzystanych szans i nie pluć sobie w brodę, przypominając krzywdy, które uczyniłem innym. Wspominać swoje życie jako przygodę siedząc w wygodnym fotelu przy rozpalonym kominku obok osoby, którą kocham. Tak, tego chcę…

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Postanowienie nie dotrzymane

Kolejny wpis z tych mniej ambitnych. Nie dotrzymałem postanowienia. Znów wygrała moja słabość. Ale jestem wytrwały. Nie poddaję się. Niebawem próbuję ponownie.

środa, 13 czerwca 2012

Postanowienie 5

Drugi dzień postanowienia trwa. Zaczęło się wczoraj o godzinie 24:00. Dziś o 24:00 minęły 24 godziny, plus 10 godzin 20 minut - razem 34 godzin 20 minut. Dobry wynik. Jedziemy dalej. Miłego dnia!!

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Postanowienie 2

Za dwie godziny wybije 24:00. Od tej chwili obowiązywać będzie moje postanowienie. Będę o tym wspominał tutaj, ponieważ deklarując coś dla kilku osób, łatwiej postanowienia dotrzymać. Życzcie mi powodzenia! Dobrej nocy!

Postanowienie

Szybki, krótki wpis. Od jutra wprowadzam w życie pewne postanowienie. To nie pierwsze postanowienie, które tutaj deklaruję, ale, przyznaję, poprzedniego nie dotrzymałem. Teraz mi się uda. Na pewno. Wierzę w to całym sobą. Jutra 12-ty czerwca i od jutra postanowienie będzie aktualne. Postanawiam!

Przemysław RG Wieczorek DSM

sobota, 9 czerwca 2012

Opowiadanie o pewnych ideałach


Wszedł do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed wejściem.

„Dzień dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała  4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał reszty.

„Co u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni. „Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem. Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć zdrajców” – przeczytał.

Zaczął mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie – Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w więzieniu politycznym.”

Sprzedawczyni spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet – pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78 kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.

Był od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała, nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy miała diametralnie inne niż te pana Michała.

W towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki, ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i sprzeczne z nim – to zło.

A gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny. Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.

Raz się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na pana Michała, który nawet nie drgnął.

Był odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie. Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim, opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.

„Panie Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak to co?” – spytała, podchodząc do niego.

Stali w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się zszokowany.

Poczuł konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam! I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak, że bardzo mu się to podoba.

Milion myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele – pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz, suko!” – wykrzyknął.

Trzymając lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.

Pani Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.

Wiedział, że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.

Zobaczył tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem w stronę przystanku.

Wbiegł do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać, co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili, zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu. Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.

Przed nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem, uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna w stronę kolegów.

Za chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn, w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich. „Faszystowskich gazetek się zachciało!”

Pan Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.

Pan Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju, jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku, zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi osłaniał się pan Michał.

W tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i pałkami w rękach.

Młodzi mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie Biała Droga.

Jeden z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał: „Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok. 50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej nić wy!?”

Reprezentant Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę tramwaju.

Trzej chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać oponentom solidny wycisk.

Rozpoczęła się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.

Przygoda pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę… 

sobota, 2 czerwca 2012

Dzień po Dniu Dziecka


Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat – jak mówił wybitny pedagog Janusz Korczak. To prawda, szczery śmiech dziecka wywołuje w człowieku tylko pozytywne uczucia. Na pewno są wyjątki, które potwierdzają tylko regułę, dla których śmiech dziecka jest obojętny, nie wywołuje w nich żadnych uczuć. Na pewno są też wyjątki, u których śmiech dziecka, ale nie tylko śmiech, ale też samo dziecko kojarzy się źle, budzi w nich negatywne emocje. Kiedyś przyznał się do tego publicznie Jerzy Urban.

Radość jest czymś, co potrzebne jest dziecku do tego, by mogło normalnie funkcjonować. Nie bawię się tu w pedagoga, bo choć nim jestem z wykształcenia, dużo na ten temat z wykładów nie pamiętam. Mój zdrowy rozsądek, a także doświadczenie, mówią mi, że szczęśliwe dziecko to dziecko uśmiechnięte. Szczęśliwe dziecko to dziecko mające opiekuńczego, czasem surowego tatę oraz kochającą, wyrozumiałą mamę. Otoczone miłością, trzymane w ryzach zasad obowiązujących w życiu – takie dziecko może być naprawdę szczęśliwe i wyrosnąć na wartościowego człowieka.

O tym, jak zgubne skutki niesie ze sobą wychowanie w rodzinach niepełnych i dysfunkcyjnych wiedzą nie tylko psychologowie i pedagogowie, ale przede wszystkim osoby wychowane w takich rodzinach. Defekty, które występują u tych osób, często są trudne do naprawienia i wleką się za człowiekiem przez całe życie. To, że dziecko za młodu nie dostawało wystarczająco lub wcale – miłości, odbija się wyraźnie i mocno w jego dorosłym życiu. Niepewność, brak wiary w siebie, niskie poczucie własnej wartości – to niektóre z syndromów dziecka zaniedbanego, niekochanego.

Jak powiedziałem wyżej, nie piszę tego jako pedagog. Piszę to jako zwykły człowiek. Człowiek, który sam przez większość swojego życia wychowany został w rodzinie zastępczej. Jakie defekty niesie dla psychiki dziecka wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej – wiem najlepiej z własnego doświadczenia.

Wczoraj był Dzień Dziecka, czyli święto największych Skarbów naszego świata. To do Dzieci należy przyszłość tego świata. Sprawmy, aby były One szczęśliwe, dajmy Im opiekę i radość, wpoimy w Nie zasady, z którymi iść będą potem przez życie. Pozwólmy Im, aby mogły być szczęśliwe – tu i teraz – a zarazem budowały lepszą przyszłość.


czwartek, 31 maja 2012

V Łódzka Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej - moja relacja


Wyruszyliśmy ok. godziny 11:00 z ulicy Kilińskiego 81 spod budynku Straży Miejskiej. Kiedy dobiegliśmy do gmachu Urzędu Miasta Łódź, który znajduje się na ulicy Piotrkowskiej 104, zastaliśmy tam czekającą na nas Prezydent Łodzi. Komendant Straży Miejskiej wręczył Pani Zdanowskiej kwiaty, ona życzyła nam powodzenia, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Teraz mogliśmy rozpocząć bieg.

Była to Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej leżącej w okolicach Augustowa. Mieliśmy do pokonania ok. 520-tu kilometrów. Biegaczy, o ile dobrze pamiętam, było razem 15-tu. 9-ciu Strażników Miejskich, 1 Strażak, 5-ciu biegaczy ochotników, wśród których jedna osoba z niepełnosprawnością.

Zawodnicy podzieleni zostali na pary (jedna trójka), a każda z nich pokonywała kolejno po 10 kilometrów, także na końcu każdy z biegaczy – z jednym wyjątkiem – przebiegł ponad 70 kilometrów.

Biegliśmy bez przerwy. Trzy niecałe dni i dwie noce. Czasem nie było lekko. Dokuczały kontuzje. W ciągu dnia doskwierało słońce, które – mimo wszystko – było dla nas i tak dosyć łaskawe. Noce były zimne. Niezbędna była solidna rozgrzewka, by przywrócić mięśnie do stanu używalności.

Kiedy jedna para biegła, reszta ekipy odpoczywała. W dzień można było położyć się wygodnie gdzieś na wiejskiej polanie, nocą pozostawał samochód – choć byli odważni, którzy spali w śpiworach, pod niebem pełnym gwiazd. Tym, którzy wybrali jednak samochód, pozostawał sen, a raczej półsen na siedząco – co więksi szczęśliwcy mogli spać półleżąc.

Z Łodzi wybiegliśmy w czwartek. Na miejscu byliśmy w sobotę ok. południa. Ostatnie 3 kilometry sztafety przebiegliśmy wszyscy. Nie tylko biegacze, ale także reszta ekipy, która była z nami – organizatorzy, pomocnicy, opiekunowie, ludzie odpowiedzialni za kuchnie.

Na miejscu przywitali nas ludzie uczestniczący w pielgrzymce do Studzienicznej. Ksiądz biskup Jerzy Mazur wręczył nam medale. Na twarzach większości biegaczy widać było wzruszenie, niektórym popłynęły łzy radości z oczu.

Potem, o godzinie 17:00, odbyła się msza dziękczynna, w której uczestniczyliśmy. O godzinie 19:30 rozpoczął się grill trwający do późnych godzin nocnych. Do Łodzi wyruszyliśmy w niedzielę przed południem, na miejsce dojechaliśmy wieczorem.

Mój Komentarz: Ta pielgrzymka była jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w życiu. Poznałem podczas niej wielu wspaniałych ludzi, dzięki którym wzbogaciłem swoje mentalne, psychiczne, duchowe, ale też fizyczne życie. Byli tu biegacze, którzy zaliczyli w swoim życiu wiele maratonów, a dla niektórych z nich maraton (42,195 km) to dopiero rozgrzewka. Pan Tadeusz, którego dane mi było poznać na tej pielgrzymce biegowej, przebiegł w swoim życiu 2 razy Spartathlon, czyli bieg o długości 246 kilometrów, odbywający się z Aten do Sparty. Nie wystarczyłoby mi atramentu w piórze, gdybym miał wymieniać każdą osobliwość, którą tu spotkałem, a tylko dodam, iż każda z nich pozytywnie wpłynęła na mnie i na moje życie. Jestem z siebie dumny i dziękuję wszystkim uczestnikom i organizatorom pielgrzymki, to dzięki Wam udało mi się przebiec 6 razy po 5 kilometrów, jedną całą „dychę” w niezłym czasie, oraz dwa krótkie dystanse na starcie i mecie – razem ponad 45 kilometrów. To niezwykle piękne uczucie, kiedy pokonuje się swoje ograniczenia. Dziękuję!! Było ekstra!! Już nie mogę się doczekać pielgrzymki za rok – obiecałem i zobowiązałem się, że będę robił same „dyszki”.




środa, 23 maja 2012

Sztafeta z okazji Dnia Matki


Prawie rok temu, w czerwcu, Warszawa była nasza. W tym roku, już jutro, ruszamy na Mazury. Tym razem nie z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, a ze Strażą Miejską w Łodzi. Ok. 520-to kilometrowa sztafeta, która rozpocznie się 24 maja rano, a zakończy 26 maja – w Dzień Matki. Wysiłek będzie spory, ale nagroda – satysfakcja – jeszcze większa. Więcej informacji na temat sztafety tutaj: http://archidiecezja.lodz.pl/new/?news_id=13ad287bd77b86cfb925e2a0b771510f