sobota, 9 czerwca 2012

Opowiadanie o pewnych ideałach


Wszedł do kiosku. Na dworze było mokro, kilka minut temu padał jeszcze deszcz – tak więc mężczyzna w czarnym płaszczu kończącym się w połowie ud, zanim przekroczył próg sklepu, solidnie wytarł czarne wypastowane buty w wycieraczkę leżącą przed wejściem.

„Dzień dobry” – rzekł. Podszedł do półki z gazetami. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, wziął tygodnik „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”, podszedł do lady i położył na niej 5 złotych. Gazeta kosztowała  4 złote 50 groszy, jednak mężczyzna, jak zwykle, dał więcej i nie chciał reszty.

„Co u pana słychać, panie Michale?” – spytała ok. 40 letnia, zadbana sprzedawczyni. „Po staremu, czyli do przodu” – odpowiedział, poprawiając czarny wąs pod nosem. Spojrzał na tytuł widniejący na okładce tygodnika, który należał już do niego. „Rozliczyć zdrajców” – przeczytał.

Zaczął mówić: „Pani Ewo, kiedy doczekamy się tych czasów? – spytał retorycznie – Rządzą nami ludzie starego układu, ludzie, którzy wyrządzili tyle krzywd naszej Polsce. Mój ojciec działał w opozycji. Był aktywny, dopóki nie trafiła go kulka prosto w głowę. Dziadek całe życie poświęcił ojczyźnie, umarł, torturowany, w więzieniu politycznym.”

Sprzedawczyni spojrzała smutnym wzrokiem na pana Michała. Przystojny z niego facet – pomyślała. Miał ok. 180 cm wzrostu, ciało wysportowane, ważył jakieś 78 kilogramów. Czarne włosy uczesane były na bok, na prawą stronę. Pod nosem rosły także czarne, równo przystrzyżone wąsy. Wygląda trochę jak Hitler – pomyślała.

Był od niej młodszy o jakieś 5 lat. Choć poglądy polityczne miał zupełnie inne niż ona, lubiła go. Ceniła przede wszystkim za to, że miał swoje zdanie. Było to zdanie dość oryginalne, a właściwie radykalne. Większość ludzi, których znała, nie interesowała się polityką i sprawami społecznymi, a jeśli już – poglądy miała diametralnie inne niż te pana Michała.

W towarzystwie jej znajomych uchodziłby za faszystę. Zresztą sam się kiedyś przyznał, że jego poglądy bliskie są faszystowskich. Uważał, że Kościół katolicki, ten przedpoborowy, to jedyny prawdziwy Kościół. Wszystko co przeciw niemu i sprzeczne z nim – to zło.

A gdyby go tak uwieść – wpadło jej do głowy, przemknęło przez myśl. Uwieść faszystę – pomyślała – to dopiero wyzwanie. Wydawał się być taki nieosiągalny. Zawsze pewny siebie, wiedział, czego chciał, nigdy nie dawał nawet najmniejszej oznaki tego, że podoba mu się sprzedawczyni, choć była kobietą atrakcyjną i elegancką, miała w sobie to coś – seksapil z niej emanował.

Raz się żyje – pomyślała. Podeszła do wejściowych drzwi sklepu. Pan Michał nawet tego nie zauważył. Czytał z wielkim skupieniem, które było widać na jego zmarszczonej twarzy. Przekręciła klucz w zamku, zasłoniła rolety. Spojrzała na pana Michała, który nawet nie drgnął.

Był odwrócony przodem do lady, tyłem do niej. Pośpiesznie, lecz po cichu, ściągnęła białą bluzkę, potem czarną, elegancką spódnicę. Pan Michał czytał nieustannie. Sprzedawczyni została w białych pończochach, które często zakładała do spódnicy, oraz jasnej, wpadającej w delikatny fiolet koronkowej bieliźnie. Jej obfite piersi wypełniające seksowny stanik świetnie komponowały z płaskim, opalonym brzuchem. Ciało miała zgrabne i wysportowane, jak 30-olatka.

„Panie Michale” – rzekła. Zaabsorbowany czytaniem nie usłyszał, więc powtórzyła głośniej: „Panie Michale!” Odwrócił się. „O rzesz! – wykrzyknął – co jest!” „Jak to co?” – spytała, podchodząc do niego.

Stali w odległości od siebie mniejszej niż metr. Pan Michał lustrował ją wzrokiem od góry do dołu, a potem od dołu do góry. I jeszcze raz. Powtórzył tę czynność kilka razy. „Co pani robi?” – spytał. Zdarzało mu się to rzadko, ale czuł się zszokowany.

Poczuł konsternację, przez ok. 10 sekund nie wiedział, co zrobić, stał w tym czasie bez ruchu. Nie zdążył zareagować, kiedy dłonie pani Ewy powędrowały na jego pośladki, ściskając je dość mocno. „Lubi pan tak?” – spytała, a on patrzył zdziwionym wzrokiem prosto w jej oczy. Wreszcie wykrztusił z siebie: „Pani ma męża”. „Mam! I co z tego?” – spytała. „Tak nie można…” – kiedy mówił te słowa prawa dłoń pani Ewy już masowała przez spodnie jego penisa, który, twardniejąc, dał znak, że bardzo mu się to podoba.

Milion myśli przemknęło przez głowę pana Michała. Schylił głowę i spojrzał na sprzedawczynię, która już przed nim klęczała. O nie, tego już za wiele – pomyślał. Złapał kobietę za krótkie włosy. Pociągnął do siebie. Pani Ewa krzyknęła. Podniósł ją za grzywę i spojrzał prosto w oczy. „Co ty robisz, suko!” – wykrzyknął.

Trzymając lewą ręką kobietę za włosy, prawą wykonał zamach i otwartą uderzył w twarz. „Ladacznico ty!” Powtórzył uderzenie z drugiej strony. Wpadł w szał. Uderzył kobietę jeszcze kilka razy, aż z jej nosa i rozbitych warg poczęła tryskać krew. Jednak on, widząc to, nie przerwał natarczywej napaści. Ostatnie uderzenie, które wymierzył, było ciosem prostym ściśniętą pięścią prosto w nos.

Pani Ewa upadła na podłogę, uderzając w nią potylicą. Co ja zrobiłem? – zapytał siebie w myśli pan Michał – chyba mnie nieco poniosło. Podszedł do leżącej kobiety i zbadał jej puls na szyj. Ona nie żyje – pan Michał przełknął głośno ślinę.

Wiedział, że musi myśleć racjonalnie. Chwycił klucze od drzwi, które leżały na parapecie obok wejścia. Przekręcił klucz w zamku, wyszedł, po czym zamknął sklep od zewnątrz. Zachował zimną krew, pamiętał o tym, by zabrać ze sobą „Głos Narodowo-Tradycyjno-Katolicki”.

Zobaczył tramwaj, który dojeżdżał właśnie do przystanku znajdującego się w odległości jakichś stu metrów od sklepu. Ćwiczył sport, między innymi bieganie, więc kiedy tylko ujrzał pojazd MPK, jego reakcja była szybka i naturalna – ruszył biegiem w stronę przystanku.

Wbiegł do wagonu, który był niemalże pusty. Usiadł gdzieś z przodu. Przez ok. minutę jakby się zawiesił, patrząc przed siebie. OK., nie ma się nad czym zastawiać, co się stało, to się nie odstanie – pomyślał. Otworzył tygodnik. Tytuł artykułu, na który trafił, brzmiał: „Być zawsze prawym”. Czy ja jestem zawsze prawy? – spytał sam siebie w myślach. Co w takiej sytuacji, jak moja w tej chwili, zrobiłby człowiek prawy? – pytał dalej sam siebie. Trzeba zacząć od tego, że człowiek prawy nigdy nie uderzyłby kobiety.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Do wagonu weszło kilka osób. Pan Michał siedząc z przodu, nie wiedział, kto wszedł z tyłu, słyszał jedynie głosy dobiegające zza jego pleców. Nie zastanawiał się nad tym, próbując skupić się na czytaniu. Starał się usilnie, choć było to bardzo trudne.

Przed nim usiadł młody mężczyzna, mający nie więcej niż lat 25. Blond włosy postawione miał do góry. Kiedy odwrócił głowę w stronę pana Michała, ten spojrzał mu w oczy. Tamten, niczym nie speszony, z lekceważącym wzrokiem, uśmiechnął się drwiąco. „Chłopaki, chodźcie tutaj!” – krzyknął młody mężczyzna w stronę kolegów.

Za chwilę przy panu Michale, spoglądając na niego z góry, stanęło trzech mężczyzn, w wieku przybliżonym do blondyna. „A co tu czytamy, co?” – spytał jeden z nich. „Faszystowskich gazetek się zachciało!”

Pan Michał spojrzał do góry, po czym otrzymał cios od chłopaka stojącego najbliżej niego. Cios mocny i brutalny. Z góry, zaciśniętą pięścią. Dostał w nos. Polała się krew. Kolejny atak był jeszcze bardziej bezwzględny. Młody mężczyzna stojący z prawej strony pana Michała zrobił prawą nogą krok w tył, następnie szybkim ruchem wypuścił przed siebie właśnie prawą nogę, uderzając pana Michała dolną częścią buta, znaczy zelówką, w samą twarz.

Pan Michał zaczął się zsuwać z siedzenia. Pewnie wylądowałby na podłodze tramwaju, jednak trzeci chłopak, który do tej pory był nieaktywny, zamachnął się prawą nogą, trafiając z całych sił mężczyznę w barki. Chłopak stojący po środku, zaraz nad panem Michałem, znów poczuł w sobie moc. „Tylko Antifa!” – krzyknął i zaczął wymachiwać rękoma jak oszalały, bijąc z góry pana Michała. Uderzenia spadały w różne części ciała mężczyzny, głównie w twarz lub ręce, którymi osłaniał się pan Michał.

W tym czasie tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Reszta ludzi obecnych w wagonie wyszła na zewnątrz. W środku zostało tylko czterech młodych mężczyzn i pan Michał. Kiedy drzwi wejściowe do tramwaju zaczęły się już zamykać nagle do wagonu wbiegły dwie postacie z zasłoniętymi białymi chustami twarzami i pałkami w rękach.

Młodzi mężczyźni z Antify rozpoznali w nich swoich oponentów. Było to ugrupowanie Biała Droga.

Jeden z mężczyzn w zamaskowanej twarzy podszedł do reprezentantów Antify i spytał: „Ładnie to tak, lewacy, w czterech na jednego!?” Ściskając pałkę długości ok. 50 cm w dłoni, spojrzał po twarzach młodych mężczyzn. „Tacy tolerancyjni jesteście, a napadacie grupą jednego człowieka tylko dlatego, że myśli inaczej nić wy!?”

Reprezentant Białej Drogi zrobił zamach i uderzył najbliżej stojącego przeciwnika, trafiając go w nieosłoniętą głowę. Tamten padł na podłogę. W tym czasie pan Michał podniósł się z siedzenia, chciał ustrzelić pięścią jednego z przedstawicieli bojówki Antify, lecz od wcześniejszych ciosów, które przyjął, zakręciło mu się w głowie, dostał zawrotu i przewracając się, uderzył plecami i potylicą w szybę tramwaju.

Trzej chłopaki z Antify przyjęli bojowe postawy, zasłaniając się gardami. Reprezentanci Białej Drogi nic sobie z tego nie robili, a wprost przeciwnie – takie postawy przeciwników sprawiły, że dostali oni tak zwanego kopa i postanowili dać oponentom solidny wycisk.

Rozpoczęła się regularna bitwa. Trwała ona przez ok. 30 sekund. Do momentu aż na następnym przystanku wpadły do tramwaju oddziały Miejskiej Prewencji. Grupa 10-iu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy nie znała słowa kompromis. Tarczami, które ich osłaniały i torowały im drogę, uderzyła z wielkim impetem w dwie bandy młodych gniewnych. W ruch poszły prewencyjne pałki, przy których uzbrojenie grupy Biała Droga można było porównać do zabawek dziecięcych.

Przygoda pana Michała, Antify i Białej Drogi zakończyła się w sądzie. Pan Michał za zabójstwo pani Ewy dostał wyrok 25-iu lat pozbawienia wolności. Jeden reprezentant Białej Drogi otrzymał wyrok skazujący także na 25 lat za zabójstwo reprezentanta Antify. Dwóch z Antify dostało po 2 lata kary pozbawienia wolności za brutalne pobicie pana Michała. Reszta z chłopaków uczestniczących w bijatyce dostała wyroki w zawieszeniu. Jest to dowód na to, że – choć ideały są rzeczą piękną i warto je mieć, to brutalna walka w ich imieniu nie zawsze popłaca. Można po prostu komuś zrobić krzywdę… 

sobota, 2 czerwca 2012

Dzień po Dniu Dziecka


Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat – jak mówił wybitny pedagog Janusz Korczak. To prawda, szczery śmiech dziecka wywołuje w człowieku tylko pozytywne uczucia. Na pewno są wyjątki, które potwierdzają tylko regułę, dla których śmiech dziecka jest obojętny, nie wywołuje w nich żadnych uczuć. Na pewno są też wyjątki, u których śmiech dziecka, ale nie tylko śmiech, ale też samo dziecko kojarzy się źle, budzi w nich negatywne emocje. Kiedyś przyznał się do tego publicznie Jerzy Urban.

Radość jest czymś, co potrzebne jest dziecku do tego, by mogło normalnie funkcjonować. Nie bawię się tu w pedagoga, bo choć nim jestem z wykształcenia, dużo na ten temat z wykładów nie pamiętam. Mój zdrowy rozsądek, a także doświadczenie, mówią mi, że szczęśliwe dziecko to dziecko uśmiechnięte. Szczęśliwe dziecko to dziecko mające opiekuńczego, czasem surowego tatę oraz kochającą, wyrozumiałą mamę. Otoczone miłością, trzymane w ryzach zasad obowiązujących w życiu – takie dziecko może być naprawdę szczęśliwe i wyrosnąć na wartościowego człowieka.

O tym, jak zgubne skutki niesie ze sobą wychowanie w rodzinach niepełnych i dysfunkcyjnych wiedzą nie tylko psychologowie i pedagogowie, ale przede wszystkim osoby wychowane w takich rodzinach. Defekty, które występują u tych osób, często są trudne do naprawienia i wleką się za człowiekiem przez całe życie. To, że dziecko za młodu nie dostawało wystarczająco lub wcale – miłości, odbija się wyraźnie i mocno w jego dorosłym życiu. Niepewność, brak wiary w siebie, niskie poczucie własnej wartości – to niektóre z syndromów dziecka zaniedbanego, niekochanego.

Jak powiedziałem wyżej, nie piszę tego jako pedagog. Piszę to jako zwykły człowiek. Człowiek, który sam przez większość swojego życia wychowany został w rodzinie zastępczej. Jakie defekty niesie dla psychiki dziecka wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej – wiem najlepiej z własnego doświadczenia.

Wczoraj był Dzień Dziecka, czyli święto największych Skarbów naszego świata. To do Dzieci należy przyszłość tego świata. Sprawmy, aby były One szczęśliwe, dajmy Im opiekę i radość, wpoimy w Nie zasady, z którymi iść będą potem przez życie. Pozwólmy Im, aby mogły być szczęśliwe – tu i teraz – a zarazem budowały lepszą przyszłość.


czwartek, 31 maja 2012

V Łódzka Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej - moja relacja


Wyruszyliśmy ok. godziny 11:00 z ulicy Kilińskiego 81 spod budynku Straży Miejskiej. Kiedy dobiegliśmy do gmachu Urzędu Miasta Łódź, który znajduje się na ulicy Piotrkowskiej 104, zastaliśmy tam czekającą na nas Prezydent Łodzi. Komendant Straży Miejskiej wręczył Pani Zdanowskiej kwiaty, ona życzyła nam powodzenia, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Teraz mogliśmy rozpocząć bieg.

Była to Pielgrzymka Biegowa Straży Miejskiej z Łodzi do Studzienicznej leżącej w okolicach Augustowa. Mieliśmy do pokonania ok. 520-tu kilometrów. Biegaczy, o ile dobrze pamiętam, było razem 15-tu. 9-ciu Strażników Miejskich, 1 Strażak, 5-ciu biegaczy ochotników, wśród których jedna osoba z niepełnosprawnością.

Zawodnicy podzieleni zostali na pary (jedna trójka), a każda z nich pokonywała kolejno po 10 kilometrów, także na końcu każdy z biegaczy – z jednym wyjątkiem – przebiegł ponad 70 kilometrów.

Biegliśmy bez przerwy. Trzy niecałe dni i dwie noce. Czasem nie było lekko. Dokuczały kontuzje. W ciągu dnia doskwierało słońce, które – mimo wszystko – było dla nas i tak dosyć łaskawe. Noce były zimne. Niezbędna była solidna rozgrzewka, by przywrócić mięśnie do stanu używalności.

Kiedy jedna para biegła, reszta ekipy odpoczywała. W dzień można było położyć się wygodnie gdzieś na wiejskiej polanie, nocą pozostawał samochód – choć byli odważni, którzy spali w śpiworach, pod niebem pełnym gwiazd. Tym, którzy wybrali jednak samochód, pozostawał sen, a raczej półsen na siedząco – co więksi szczęśliwcy mogli spać półleżąc.

Z Łodzi wybiegliśmy w czwartek. Na miejscu byliśmy w sobotę ok. południa. Ostatnie 3 kilometry sztafety przebiegliśmy wszyscy. Nie tylko biegacze, ale także reszta ekipy, która była z nami – organizatorzy, pomocnicy, opiekunowie, ludzie odpowiedzialni za kuchnie.

Na miejscu przywitali nas ludzie uczestniczący w pielgrzymce do Studzienicznej. Ksiądz biskup Jerzy Mazur wręczył nam medale. Na twarzach większości biegaczy widać było wzruszenie, niektórym popłynęły łzy radości z oczu.

Potem, o godzinie 17:00, odbyła się msza dziękczynna, w której uczestniczyliśmy. O godzinie 19:30 rozpoczął się grill trwający do późnych godzin nocnych. Do Łodzi wyruszyliśmy w niedzielę przed południem, na miejsce dojechaliśmy wieczorem.

Mój Komentarz: Ta pielgrzymka była jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w życiu. Poznałem podczas niej wielu wspaniałych ludzi, dzięki którym wzbogaciłem swoje mentalne, psychiczne, duchowe, ale też fizyczne życie. Byli tu biegacze, którzy zaliczyli w swoim życiu wiele maratonów, a dla niektórych z nich maraton (42,195 km) to dopiero rozgrzewka. Pan Tadeusz, którego dane mi było poznać na tej pielgrzymce biegowej, przebiegł w swoim życiu 2 razy Spartathlon, czyli bieg o długości 246 kilometrów, odbywający się z Aten do Sparty. Nie wystarczyłoby mi atramentu w piórze, gdybym miał wymieniać każdą osobliwość, którą tu spotkałem, a tylko dodam, iż każda z nich pozytywnie wpłynęła na mnie i na moje życie. Jestem z siebie dumny i dziękuję wszystkim uczestnikom i organizatorom pielgrzymki, to dzięki Wam udało mi się przebiec 6 razy po 5 kilometrów, jedną całą „dychę” w niezłym czasie, oraz dwa krótkie dystanse na starcie i mecie – razem ponad 45 kilometrów. To niezwykle piękne uczucie, kiedy pokonuje się swoje ograniczenia. Dziękuję!! Było ekstra!! Już nie mogę się doczekać pielgrzymki za rok – obiecałem i zobowiązałem się, że będę robił same „dyszki”.




środa, 23 maja 2012

Sztafeta z okazji Dnia Matki


Prawie rok temu, w czerwcu, Warszawa była nasza. W tym roku, już jutro, ruszamy na Mazury. Tym razem nie z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, a ze Strażą Miejską w Łodzi. Ok. 520-to kilometrowa sztafeta, która rozpocznie się 24 maja rano, a zakończy 26 maja – w Dzień Matki. Wysiłek będzie spory, ale nagroda – satysfakcja – jeszcze większa. Więcej informacji na temat sztafety tutaj: http://archidiecezja.lodz.pl/new/?news_id=13ad287bd77b86cfb925e2a0b771510f

piątek, 18 maja 2012

Dla Sportu Marsz


Dla Sportu Maszeruję. W tym zwrocie stylistyka kuleje bardzo. Ale pasuje ten zwrot na rozwinięcie skrótu DSM. Pomysł, aby właśnie tak rozwinąć ten skrót, wpadł mi dziś do głowy ok. godziny temu, kiedy biegałem, przeplatając bieg marszem. Szedłem asfaltem, aż tu nagle zatrzymał się obok mnie samochód, w którym siedziało trzech moich znajomych. Spytali się mnie, czy idę konkretnie w jakieś miejsce, czy może maszeruję dla sportu. Dla Sportu Maszeruję – odpowiedziałem. 

Trzy zdjęcia

Z Profesorem Aleksandrem Nalaskowskim
Sztafeta do Warszawy - WSP w Łodzi
Kopanie w worek - z Danielem

czwartek, 17 maja 2012

Determinacji Siły Mocy!


DSM to trzy litery, które są moim imieniem – którego nie dostałem ani na chrzcie, ani podczas bierzmowania, ale wymyśliłem je sam, i sam, nieoficjalnie, nadałem je sobie kilka lat temu. DSM to także skrót, który posiada wiele rozwinięć. Można by je mnożyć, a jedynym ograniczeniem jest tu wyobraźnia, która cechuje się tym, że nie posiada ograniczeń. Tak więc dziś, w ten słoneczny, choć nieco wietrzny czwartek, DSM oznaczać będzie: Determinację, Siłę i Motywację, a z małą kombinacją Motywacja zastąpiona może być Mocą, której Wam dziś życzę. 

niedziela, 6 maja 2012

Nie-najlepsza forma


Kończy się długi weekend majowy. Pogoda za oknem trochę się popsuła. Trudno. Najważniejsze jest to, by – mimo niepięknej pogodny – piękno pielęgnować w sobie. Nosić w sobie radość i nieustannie świecące słońce – o to w tym wszystkim chodzi.

Nie jest to łatwe. Czasem przychodzą te gorsze dni. Chwile słabości to rzecz normalna. Ale dobrze jeśli tych chwil i momentów, w których czujemy się gorzej, w których nasz nastrój się obniża – jest jak najmniej.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie sztuką jest działać na swych najwyższych obrotach, kiedy jesteśmy w najlepszej formie. Sztuką jest być sobą, być człowiekiem, mieć siłę i moc, działać pozytywnie właśnie w tych chwilach, kiedy przychodzi do nas słabość.

I tego Wam życzę! 

czwartek, 3 maja 2012

Historyjka o proboszczu, który gościł u swoich parafian


„Czy wierzy ksiądz, że wiara, jak mówi Biblia, może przenosić góry?”, zapytał pan domu.

„Tak, wierzę”, spokojnie odpowiedział proboszcz.

„W porządku, dziś pójdę spać z wiarą, że ta góra naprzeciw naszego domu do rana zniknie”, zadeklarowała głowa rodziny.

Następnego zaś ranka ten człowiek skwapliwie wyjrzał przez okno, a widząc, że góra wciąż
stoi na swoim miejscu, pogratulował sobie: „Wiedziałem, że nie zniknie!”.


Ben Sweetland – „Bogać się kiedy śpisz”

FCKRS


3 maja 1791 roku...


3 maja 1791 roku została uchwalona Konstytucja Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Była ona pierwszą konstytucją w nowożytnej Europie, drugą po amerykańskiej na świecie, doniosłym dziełem myśli polskiego Oświecenia.

Już w dwa dni po uchwaleniu Konstytucji przez Sejm Wielki (1788-1792) dzień 3 maja uznano za  święto narodowe, które później z powodu niewoli kraju zostało na długi czas  zawieszone. Przywrócono je po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Po II wojnie światowej w roku 1946 władze komunistyczne zabroniły publicznego świętowania, a próby manifestacji były tłumione przez milicję. W 1951 roku święto zostało oficjalnie zniesione.
Od 1990 roku 3 Maja znów jest oficjalnym świętem państwowym w Polsce, dniem wolnym od pracy. Od 2007 roku jest również świętem narodowym Litwy.

W szczególnie podniosłej atmosferze odbywają się główne obchody Święta 3 Maja przed Grobem Nieznanego Żołnierza na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Towarzyszą im defilada wojskowa, salwy armatnie, uroczysta odprawa warty, składanie wieńców.
Hołd dziełu wybitnych Polaków oddają przedstawiciele najwyższych władz państwowych, wojskowych, duchowieństwa, reprezentanci korpusu dyplomatycznego, kombatanci, harcerze i tysiące warszawiaków.

Święto 3 maja jest świętem radosnym. W całej Polsce odbywają się wiosenne imprezy, koncerty, rodzinne majówki. Na ulicach stolicy w biegu pod hasłem „ Od Konstytucji 3 maja do Unii Europejskiej” bierze udział wielu ludzi. 


Komentarz: „Od Konstytucji 3 maja do Unii Europejskiej” – hasło brzmi wymownie. Ciekawe, co będzie po Unii…? Ale zostawiam to i postanawiam się cieszyć dzisiejszym Świętem. Szykuję się na Mszę. Zaraz wyruszam!

wtorek, 1 maja 2012

Profesor Nalaskowski na żywo


Kilka dni temu miałem niezwykłą przyjemność uczestniczyć w pierwszej części Konferencji „We don’t need no education…?” (http://studencidlarp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=228:konferencja-qwe-dont-need-no-educationq&catid=46:slajdy&Itemid=46), której organizatorem byli młodzi, ambitni ludzie ze Stowarzyszenia Studenci dla Rzeczpospolitej. Tak na marginesie muszę powiedzieć, że zapał i działalność tej organizacji oraz jej członków budzi mój podziw i wielki szacunek.

Mówiąc o niezwykłej przyjemności, mam w szczególności na myśli możliwość wysłuchania przeze mnie i zobaczenia na żywo prof. dr hab. Aleksandra Nalaskowskiego – pedagoga, którego bardzo cenię. Do tej pory miałem okazję widzieć Pana Profesora tylko na nagraniach w Internecie. Tego, czy występuje On w TV, nie wiem – raz widziałem Go w programie u Jana Pospieszalskiego – bo jej nie oglądam, ale mam przeczucie, że pokazują Go tam głównie ze względu na Jego kontrowersyjne poglądy, dotyczące m.in. homoseksualistów. W tej chwili mam na tapecie artykuł z portalu narodowcy.net zatytułowany „Nalaskowski pozwany za krytykę homoseksualizmu”. Dla równowagi przekazu otworzyłem także tekst z gazeta.pl, którego tytuł brzmi: „Profesor pod sąd za pogląd o homoseksualizmie”. Oto wypowiedź Profesora Nalaskowskiego, która wzbudziła kontrowersje: Rodzice homoseksualni, tworzący dom dziecka, nie są w stanie przekazać dziecku w procesie wychowania, właściwego wymiaru życia seksualnego człowieka. Ten wymiar będzie zawsze wymiarem spaczonym, wymiarem chorym. Tak jak homoseksualizm jest chory, choć Organizacja Zdrowia uznała, że nie jest. Ale, jak sam Profesor powiedział na Konferencji, cytuję z pamięci: im bardziej moje poglądy nt. homoseksualizmu są kontrowersyjne i wyraźne, tym więcej wśród homoseksualistów mam znajomych.

Zostawmy jednak homoseksualizm w spokoju. Wróćmy jeszcze do Konferencji. Odbyła się ona 27 kwietnia roku 2012 w budynku Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Frekwencja to ok. 40 osób. Trochę to dziwne, powiem szczerze. Pewnie gdyby swoje wystąpienie miała Doda Elektroda zebranych byłoby co najmniej sto razy więcej. Czuję, że sala wypełniona by była po brzegi, jeśli zamiast prof. Nalaskowskiego występ swój miałaby p. Kazimiera Szczuka ze swoimi rozmazanymi jak płyn do mycia szyb na szkle poglądami. Tak to jest. Być może ja mam tu jakiś defekt i nieopatrzne spojrzenie.

Kiedy Profesor Nalaskowski wszedł na aulę, nie poznałem Go w pierwszej chwili. Zapuścił brodę, która zmieniła Jego wygląd. Znakiem charakterystycznym, który przesądził u mnie, że to On, były czerwone skarpety, które założone miał na stopy.

Podszedłem, spytałem się, czy mógłbym zrobić sobie z Nim zdjęcie – zgodził się, mówiąc, że natychmiastowo. Był bardzo uprzejmy. Mam nadzieję, że niebawem przyjdzie do mnie na maila fotka z Profesorem, którą wykonała Paulina – członek Stowarzyszenia Studenci dla Rzeczpospolitej. Jeśli chodzi o sam wykład Profesora, jego treść, to myślę, że niedługo będzie On dostępny na stronie studencidlarp.pl. 

piątek, 27 kwietnia 2012

Spotkanie w LO XXXIII


We wtorek, 24-ego kwietnia, miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z uczniami LO 33 w Łodzi. Frekwencja dopisała, było ok. 30 osób. Wśród nich kilku nauczycieli i wychowawców.

Liceum Ogólnokształcące nr 33 w Łodzi posiada kilka klas integracyjnych. Podczas wtorkowego spotkania rozmawialiśmy o niepełnosprawności. Miałem okazję odpowiadać na często niełatwe i odważne pytania licealistów oraz pedagogów.

Jestem mile zaskoczony dojrzałością młodych, w większości 16 i 17-letnich ludzi. Niejeden dorosły może im pozazdrościć bystrości umysłu i otwartości. Cieszę się, że mamy taką młodzież - ich postawa i podejście do spraw niepełnosprawności i drugiego człowieka zasługuje na uznanie.

Nie chodzi tu o jakąś egalitarność i populistyczne hasła, że wszyscy jesteśmy równi i tacy sami. Ci, którzy głoszą te poglądy, często są hipokrytami. Jest wielu, którzy „walczą o prawa słabszych”, nie mając kompletnie o tym pojęcia.

Każdy z nas jest indywidualnością. I do każdego trzeba jak do indywidualności podchodzić. Przede wszystkim jak do człowieka. Część „walczących o prawa słabszych” dzieli ludzi na pełnosprawnych, niepełnosprawnych itp. Najpierw mówią, że niepełnosprawni są tacy sami, jak reszta, a kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że niepełnosprawny ma być traktowany inaczej. Często jak ktoś słabszy.

Można by pisać o tym długo, ale nie dziś i nie teraz. Na koniec chciałem podziękować wszystkim, którzy byli ze mną na spotkaniu we wtorek – 24 kwietnia, w LO 33. 

VI Bieg Wdzięczności

Są ludzie, którzy naprawdę potrafią cieszyć się życiem


W dniu 22 kwietnia w Konstantynowie Łódzkim odbył się VI Bieg Wdzięczności za Pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawła II. Nad wydarzeniem patronat objął Marszałek Województwa Łódzkiego – Witold Stępień.

Jedną z kategorii biegaczy były osoby z niepełnosprawnością. Mieli oni tu swoje pięć minut, podczas których mogli zaprezentować swą niespożytą energię, zacięcie i wolę walki. Nie obyło się bez łez. Każdy lubi wygrywać, lecz zwycięzca jest tylko jeden… Czy oby na pewno?

Największą wygraną jest pokonać samego siebie i własne słabości. Największą nagrodą – duma, którą się czuje z powodu podjętej walki. Były także nagrody materialne. Kolega Jacek (na zdjęciu) udowodnił, że numer 13 przynosi szczęście, odbierając po raz drugi – pierwszy raz dwa lata temu – nagrodę, którą był rower górski.

Gratuluję wszystkim Uczestnikom i Organizatorom Biegu! Dzięki Wam Świat jest piękniejszy!!


[NP: http://niebieski-plomien.blogspot.com/2012/04/vi-bieg-wdziecznosci.html]

Zdjęcia z VI Biegu Wdzięczności (cz. I)

Z Asią :)
Z Dagą :)
Po Prawej Stronie Orła W Koronie :)

Z Niezłą Ekipą :)
Z Agą i Oliwką :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

J.W.Goethe - trzy cytaty na dobranoc



Nie trzeba pisać wierszy ani sztuk teatralnych, żeby być twórcą: istnieje również twórczość czynów, która niejednokrotnie stoi znacznie wyżej.

Biorąc pod uwagę wszystkie akty tworzenia, odkrywa się jedną elementarną prawdę: gdy się czemuś prawdziwie poświęcamy, wspiera nas opatrzność.

Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.

— Johann Wolfgang Goethe

czwartek, 19 kwietnia 2012

Każdy czasem upada

Każdy czasem upada. Tą myślą zacznę ten wpis. Upadki to rzecz normalna, choć są ponoć ludzie, którym się to nie zdarza. A może jest tak, że to, co dla jednego jest upadkiem, dla kogoś innego upadkiem nie jest.

Każdy czasem upada…

Mnie wczoraj zdarzył się upadek. Pierwszy raz tego typu upadek w życiu. Wchodząc do tramwaju, zawadziłem nogą o schodek i się przewróciłem. Stało się to nagle, z zaskoczenia, ale jeszcze szybsze od upadku było moje powstanie. Taki mały szok. Obok siedziała młodzież. Nie śmiali się. Chyba też byli w lekkim szoku. Potem tylko lekko się uśmiechnęli… kiedy przeprosiłem i powiedziałem, że się zapatrzyłem.

Takie upadki są dla nas lekcjami. To nauka, która mówi nam, byśmy nie czuli się za pewnie. Halo, obudź się, nie bądź taki pewny, bo, póki żyjesz, nie wiesz do końca, co może cię spotkać, choćbyś był nawet mężczyzną, znającym swoje przeznaczenie.

Takie upadki są także sprawdzianem tego, jak się po nich zachowamy. Czy wstaniemy i będziemy podążać dalej, jakby się nic wielkiego nie stało, czy może zachowamy się inaczej. Może zaczniemy rozpaczać. Może wspominać będziemy ten upadek jeszcze długo.

Upadki są to także chwile próby. To właśnie w takich chwilach wychodzi to, jacy jesteśmy. Mój wczorajszy upadek był tylko upadkiem w tramwaju, ale myślę, że miał on swoje głębsze znaczenie. Każdy czasem upada, ale nie każdy się podnosi. Ty bądź tym, który zawsze wstaje po upadku, by podążać dalej. Przed siebie. W stronę słońca. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Jak uprzedzam uprzedzenia, czyli mój najnowszy artykuł w GE

Uważam, że warto mieć marzenia, wierzyć w nie i w to, że się spełnią. Potem należy przystąpić do działania, by je realizować. Każdą przeszkodę da się pokonać, każdą porażkę można obrócić w wygraną. Wytrwałość to ważna cecha. Legenda głosi, że Edison zanim wynalazł żarówkę, 99 razy poniósł porażkę. Tak więc: kto ma cierpliwość i wytrwałość i podeprze to wiarą i działaniem - może mieć wszystko.

Mój najnowszy artykuł w Gazecie Edukacyjnej: http://www.gazeta.edu.pl/Jak_uprzedzam_uprzedzenia-95_1001-0.html

piątek, 13 kwietnia 2012

W ramach treningu, dla sportu

Dziś krótki wpis. Taki na koniec tego pięknego dnia. 13-ty piątek minął bardzo pozytywnie. Choć średnio aktywnie. To fakt, trochę pobiegałem i czuję, że wychodzi mi to coraz lepiej – widzę u siebie postępy. Na majową sztafetę formę będę miał jeszcze lepszą. Wiem, że nie będzie łatwo. Biegniemy na Mazury. Na pewno widoki będą piękne.

Dziękuję wszystkim za życzenia z okazji imienin. Tak, dzisiaj Przemysława. Wpadł mi dziś do głowy pomysł, by sprawdzić, kiedy jest Rafała i kiedy Gabriela – wstyd się przyznać, ale tego nie wiem. Jeszcze przydałoby się mi jedno imię. Michał – tak dla dopełnienia. Wiem, to trochę szalone, ale cóż… Szalony też trochę jestem!

Od dziś wprowadziłem w czyn postanowienie, którego będę się trzymał. Wytrwałość i konsekwencja będą mi bardzo potrzebne. Ale czuję, a nawet wiem to, że dam radę. Chociaż zdaję sobie z tego sprawę, że może nie być łatwo. Ale to dobrze. Powiem szczerze: nieco pociąga mnie to, co trudne.

Dzisiejszy dzień zaliczam do udanych – i proszę mi wybaczyć, że znów leję wodę, ale piszę to, co myślę, a ten niedługi wpis to kolejny z tych w ramach małego treningu. Ot, dla sportu. Pozdrawiam! 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Zgubne nałogi

To był rok 2008. 1-szy czerwca. Właśnie wtedy, z okazji Dnia Dziecka, zrobiłem sobie wyjątkowy prezent i rzuciłem palenie papierosów. Nie zostawiłem tego nałogu tylko z przyczyny ciągle drożejącej nikotyny – dziś za paczkę trzeba płacić ponad 10 zł. Rzuciłem palenie przede wszystkim dlatego, że czułem się przez owy nałóg skrępowany. Kiedy dołożymy do tego wciąż windujące w górę ceny, straty zdrowotne, które z powodu palenia ponosiłem, a także niemiły zapach, który emitują papierosy – decyzja o rzuceniu była radykalna, stanowcza i konsekwentna. Trzymam się jej do dnia dzisiejszego. Każdego dnia daję sobie także potwierdzenie tego, iż decyzja, którą podjąłem prawie 4 lata temu, była dobra i wartościowa.

Jak to ktoś kiedyś powiedział: rzucanie palenia jest bardo łatwe, ja sam już rzucałem ze 100 razy. Jak jest w praktyce z tym rzucaniem, wiedzą ci, którzy chcą rzucić, próbują, lecz nie mogą. Nie powiem, że rzucenie fajek jest proste, ponieważ ja także trochę się wymęczyłem, zanim zostawiłem ten nałóg. Ale na pewno warto.

Nie powiem też, jak rzucić palenie, ponieważ każdy z nas jest inny i ma swoje własne metody. Wiele osób, które rzuciły palenie, mówi, że zrobiły to bez żadnych wspomagaczy dostępnych w aptekach. Powiedziały sobie, że nie palą, mocno postanowiły i skończyły z nałogiem. Ja ze wspomagaczy korzystałem. Były to tabletki do ssania zawierające nikotynę. Pomogły mi bardzo. Niwelowały głód nikotynowy, który nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy do świecie.

Tak więc: palić – nie palę, prawie 4 lata, i jestem z tego powodu dumny (tak swoją drogą: jak niewiele potrzeba do tego, by czuć dumę). A jutro mam imieniny. Z tej okazji także czynię sobie prezent. Kolejne postanowienie, które ulepszy mnie oraz całe moje życie. Czuję, że jestem na nie gotowy. Że to najlepsza pora, by tego dokonać. A co to takiego? Dowiecie się niebawem! Życzę Wam powodzenia!

środa, 11 kwietnia 2012

Wiara, ambicja, siła, charyzma




Ten kawałek zna już ponoć cały Aleksandrów. Ku pamięci Włodzimierza Smolarka.

Kamila „Stopera” spotkałem w Wielką Sobotę w busie. Chwilę porozmawialiśmy. Mówił, że działa. Nagrywa, i nie tylko. Non stop zajawka na rap i na to, by się rozwijać, czynić postępy. Szanuję takich ludzi!! Pozdrawiam Go z tego miejsca serdecznie. Wiara, ambicja, siła, charyzma!

czwartek, 5 kwietnia 2012

List DSM-a

Musisz być wytrwały. Nie poddawać się, walczyć. Zawsze do końca. Znaczy do skutku. Bądź świadom, że upadniesz nie jeden raz. Nie jeden raz się przewrócisz. Nie raz poczujesz, że masz już dosyć. Przyjdzie Ci do głowy myśl, żeby odpuścić. Ale to właśnie w takich chwilach sprawdzasz swój charakter. To chwile próby, które daje nam Bóg, byśmy mogli wyjść z nich zwycięsko. Lub się poddać, odpuścić sobie. Wybór należy do nas. Wytrwałość będzie wynagrodzona. Nie od razu, ale bądź cierpliwy.

Nie raz na swojej drodze spotkasz ludzi, którzy za wszelką cenę chcieli będą przyciąć Ci skrzydła, ponieważ stwierdzili, że latasz za wysoko. Nie podoba im się to. Twój optymizm i wiara w siebie nie jest im mile widziana. Być może znajdą się wśród nich tacy, którzy intencje będą mieć dobre, szczere. Ale uważaj na nich, bądź czujny. Musisz być silny, by im nie ulec. Ponieważ łatwo przychodzi im burzenie czyjś marzeń. Uważaj, by nie zniszczyli Twoich.

Bądź wielki w rzeczach małych, a kiedy przyjdzie rzecz wielka, w niej także będziesz wielki. Miej marzenia, spełniaj je. Rozwijaj się, pracuj nad sobą. Nie raz przyjdzie do Ciebie strach. Ale kiedy go dobrze poznasz, stwierdzisz, że ma on wielkie oczy. Często będziesz bał się rzeczy, których nie ma. Bądź tego świadom.

Ciesz się każdą chwilą. Dziękuj Bogu za każdy dzień. Proś o rzeczy wielkie, a jeśli będziesz wierzył – otrzymasz to, o co poprosisz. Bądź świadom tego, że często nasze prośby nie są spełniane dosłownie, czasem przychodzą w innej postaci. Uważaj też na to, o co prosisz.

Kiedy przyjdą do Ciebie gorsze chwile, nie przejmuj się zbytnio. Patrz w przód, tam, gdzie Twój cel. To sztuka być w jak najlepszej formie, kiedy okoliczności nie są nam miłe, kiedy nam nie sprzyjają. To kolejne chwile próby, które musisz przejść zwycięsko. I pamiętaj, że w każdej porażce jest ziarnko sukcesu.

Mam dla Ciebie jeszcze sporo rad. Jeszcze wiele chcę Ci powiedzieć. Ale na dziś wystarczy. Do zobaczenia wkrótce. Pozwodzenia!!

Podpisano: DSM do Przemka

wtorek, 3 kwietnia 2012

Anty-komunizm w Matrix'ie

Dziś, kiedy czekałem na przystanku w Łodzi na tramwaj do Konstantynowa, który jeździ coraz rzadziej, przypomniała mi się pewna rozmowa, jaką odbyłem z Panem Profesorem, z którego poglądami nie zgadzam się do końca, ale którego bardzo lubię.

Rozmowa ta nie była długa. Wymiana kilku zdań. Dodam, iż Profesor ten jest – żeby rzec delikatnie – prawie-że bez włosów na głowie. To, że jego intelekt błyszczy mocniej niż łysina, jest rzeczą wiadomą niemal wszystkim, którzy Profesora znają. Pan Profesor powiedział mi podczas tej rozmowy taką oto rzecz: - Przemku, w dzisiejszych czasach, kiedy ktoś mówi, że jest anty-komunistą, to tak samo, jakbym ja powiedział, że jestem włochaty – poczym wskazał na swoją gołą czaszkę.

Jesteśmy tak bardzo przesiąknięci niektórymi sprawami, że nie znamy kompletnie innego życia, innego stylu myślenia, innego systemu. Czasem rzeczy, które według nas stoją między sobą w opozycji, grają po tej samej stronie, w tej samej drużynie. To trochę jak w The Matrix, nie sądzicie?

Tak więc zanim staniemy po którejś ze stron, powinniśmy swoją decyzję przemyśleć dobrze, żebyśmy potem nie żałowali. Nieraz opowiadałem się po stronie którejś partii lub człowieka, dziś już tego nie robię lub robię to bardzo rzadko. Czuję, że ci wszyscy ludzie grają w jednej drużynie. Dziś słucham siebie i swojej intuicji, to ona mnie prowadzi. Czytam Biblię, modlę się do Boga i do Jezusa Chrystusa. To śmieszne dla wielu, niejeden raz słyszałem, że jestem zacofany. Trudno. Mogę taki być. Dobrze mi z tym, bo postępuję w zgodzie z samym sobą. A jeśli żyję w Matrixie, a moja intuicja i wolna wola, to tylko iluzja – trudno, jakoś się z tym pogodzę, choć będzie to smutne. 

czwartek, 29 marca 2012

"Diabły" coraz lepsze!

Byłem dziś, a właściwie to już wczoraj, bo mamy godzinę 24-tą z minutami, na treningu „Diabłów Łódź”. Chyba jeszcze o tym nie mówiłem, a więc teraz to zrobię: drużyna „Diabłów” ma treningi w każdą środę o godzinie 16:45 w LO XXXIII na osiedlu Retkinia.

Trening dzisiejszy był raczej lekki, tzw. rozruchowy, mówiąc sportowym językiem. Drużyna w weekend uczestniczyła w rozgrywkach Ligi Rugby Na Wózkach, które odbywały się w Radomiu. Z tej przyczyny czynię ten krótki wpis.

Miło było posłuchać opowieści z tego wyjazdu, a jeszcze milej było widzieć radość na twarzach rugbistów, kiedy opowiadali, jak to dali lanie trzem z sześciu drużyn, z którymi grali. To wynik niesamowity! Widać, że ciężkie treningi przynoszą efekty. „Diabły” z każdym dniem coraz lepsze – gratuluję!!

wtorek, 27 marca 2012

Uprzedź Uprzedzenia u Rzecznika Praw Obywatelskich

Wpis mój będzie krótki. Niecałą godzinę temu dotarłem do domu. Byliśmy z całą ekipą Uprzedź Uprzedzenia (http://uprzedzuprzedzenia.blogspot.com/) w Warszawie – u Rzecznika Praw Obywatelskich. Wizytę zaliczam do udanych. Nasze wystąpienia także. Dotyczyły one oczywiście zmiany wizerunku osób z niepełnosprawnością w oczach reszty społeczeństwa. Podeszliśmy do tej sprawy z kilku różnych stron. Miałem także swoje pięć minut, podczas których mówiłem o przedsiębiorczości OzN, bazując na świeżym doświadczeniu, jakie mam w tej dziedzinie. Planuję napisać na temat wizyty obszerniejszy artykuł, w którym dowiecie się trochę więcej na temat tego ciekawego wydarzenia.

Uwieńczeniem projektu Uprzedź Uprzedzenia była także prezentacja Megazinu, który składa się z artykułów napisanych przez całą naszą ekipę. Jest także tekst, o którym wspomniałem w swoim poprzednim poście. Mam już kilka egzemplarzy naszego dzieła w domu. Będę w posiadaniu, już niebawem, następnych.

Kończąc ten wpis, spełniam obietnice Ani, mojej koleżanki, członkini ekipy UU, już niebawem – trzymam kciuki, obrona w dzień moich imienin, 13 kwietnia – Pani Doktor. Obietnice spełniam, robię to z przyjemnością: POZDRAWIAM SERDECZNIE CAŁĄ WSPANIAŁĄ EKIPĘ UPRZEDŹ UPRZEDZENIA!! 


(Niebieski Płomień: http://niebieski-plomien.blogspot.com/2012/03/uprzedz-uprzedzenia-u-rzecznika-praw.html)

sobota, 24 marca 2012

Hej, Diabły Łódź!

„Diabły Łódź” to grupa pozytywnych ludzi. To, że poruszają się na wózkach – to szczegół. Ważniejsze jest tu coś innego. Niesamowita siła, która emanuje z tych osób. Wiara w siebie, ambicja, konsekwencja. Wytrwałość – to ona prowadzi ich do celu.

Tutaj nikt nie płacze, że złamał mu się paznokieć. Nikt nie narzeka, że nie ma czego na siebie włożyć. Nikt tu nie strzela focha, bo ktoś mu powiedział coś dwuznacznego, niemiłego. Tutaj problemy mają zupełnie inny wymiar. To tak jak z mężczyzną, który narzekał, że nie ma butów, aż wreszcie spotkał człowieka bez nóg.

Mówisz o szkole życia… Chcesz zobaczyć, czym jest szkoła życia? Przyjdź na trening Rugby na Wózkach. Może wtedy twoja szkoła życia przestanie być szkołą. Stanie się co najwyżej szkółką. Dla ciebie i ludzi podobnych tobie, którzy szkołą życia nazywają zarobienie pierwszego tysiąca.

Zapraszam wszystkich na oficjalną stronę „Diabłów Łódź”: http://www.diably-lodz.pl/.

PS Niebawem ukaże się megazin, a w nim obszerniejszy artykuł ze zdjęciami „Diabłów Łódź”. Proszę o cierpliwość. Więcej informacji tutaj: http://uprzedzuprzedzenia.blogspot.com/.

Takie bazgroły...

Seksik - DSM
To miłe. Nawet bardzo. Spotykam znajomych, rozmawiam z nimi – i okazuję się, że wielu z nich czytuje mój blog. Dowiaduję się o tym całkiem przypadkiem. Jednak informacje te są dla mnie bardzo pozytywne. Dają mi wiele radości. To motywuje mnie do tego, by wpisy, które tu czynię, były bardziej ambitne. Wiem, że ich jakość jest różna. Blog mój nie posiada jednej i tej samej tematyki. Raz piszę o tym, raz o tamtym, to znowu o czymś innym. Jedne moje wpisy są poważne, inne trochę mniej, a kolejne pisane są na totalnym luzie. W sumie jeszcze nie tak dawno motto przewodnie tego bloga brzmiało: Nie ma żadnych dowodów na to, że życie jest poważne. Podobnie jest ze mną. Do życia podchodzę bardzo poważnie, jednak mam do tej powagi dystans. Taki mały paradoks, prawda? A może i nie… Dziś załączam mój rysunek wykonany w szkicku. Takie bazgroły, by świat, mimo powagi, był także wesoły! 

piątek, 23 marca 2012

Negatywne charaktery (cz. II)

Mimo tych wszystkich negatywnych charakterów, które działają na nas demotywujące, które próbują zniechęcić nas do pozytywnego myślenia, które próbują odwieść nas od wszystkiego, co dobre – bądźmy silniejsi i nie pozwólmy im na to. Odeprzyjmy ich atak. Nasza myśl, nasz rozum, intelekt, psychika, mentalność i duchowość – niech to wszystko tworzy naszą tarczę, przez którą nie przedostanie się żaden negatywny wróg.

Mówię tu o pesymistach traktując ich w kategoriach wrogów. Ale jak mam nazwać ludzi, którzy za wszelką cenę chcą nam wmówić, że życie jest straszne? Jak określić ludzi, którzy usilnie chcą nas przekonać, że życie nie jest i nie może być piękne? Ktoś by powiedział, że mimo wszystko są to nasi przyjaciele, ponieważ dzięki nim uczymy się czegoś nowego. To fakt, czegoś się uczymy, ale nie można w kółko powtarzać tej samej lekcji. Być może jest też tak, że lekcja się powtarza, ponieważ nie nauczyliśmy jej się tak, jak powinniśmy. I na tym poprzestanę.

Bądźmy silni. Słuchajmy naszej intuicji. Postępujmy w zgodzie z naszym sumieniem i z tym, co uważamy za słuszne. Kierujmy się moralnością. Zresztą: każdy z Was wie sam najlepiej, co ma robić. Odeprzyjmy atak tych, którzy wysysają pozytywną energię! Idźmy z Bogiem! 

Negatywne charaktery

Dawno mnie tu nie było. Ale powracam, by znów napisać parę słów.

Dziś skleję kilka zdań o ludziach, którzy wysysają z nas pozytywną energię. Mogę się założyć, że nieraz przyszło Wam kontaktować się z tego typu osobowościami, które działają demotywująco. Można mieć silny charakter, być optymistą, ale mimo wszystko ulec tej dziwnej, negatywnej energii, którą emanują z siebie ci ludzie.

Trudno jest z nimi walczyć, jeśli w ogóle słowo walka jest tu odpowiednim słowem. Przeciw nam i naszemu myśleniu staje w opozycji wszystko to, co negatywne. Połączenie tych niedobrych uczyć w jednym człowieku – a mówię tu o takich uczuciach, jak: pesymizm; agresja, niekoniecznie fizyczna, często werbalna; ironia i chamstwo; brak jakiejkolwiek empatii; przekonanie o swojej nieomylności; itd., itp. – jest chodzącą bombą. A my, nie używając tych samych środków, co oni, nie walcząc tą samą bronią, wymienioną wyżej, skazujemy siebie na przegranie bitwy. Ale, kładę tu emfazę, to tylko bitwa.

Także spotykam na co dzień takich ludzi – i powiem, że nie jest to doświadczenie miłe. Bywa że po takim spotkaniu chodzę struty przez kilka godzin, a czasem nawet odczuwam jego nieprzyjemne konsekwencje następnego dnia. Broń Boże, nie łapie mnie wtedy depresja, a ja, mimo wszystko, funkcjonuję naprawdę dobrze, jednak negatywne działania odczuwam wewnątrz siebie.

Szczęście jest harmonią , która nie lubi, gdy się ją zakłóca. Dlatego aby być szczęśliwym, trzeba dobrze dobierać sobie przede wszystkim myśli, ale też ludzi i otoczenie – tak, aby nas to wszystko wpierało w dążeniu do celu, który sobie wyznaczyliśmy.




wtorek, 13 marca 2012

Świat Rafaela - cz. IV (Noc, której nie było)

Obudził go trel skowronków dochodzący zza okna. Przetarł oczy, spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 9:00. Czuł się świeżo. Wyspany, wypoczęty, a zarazem dumny z siebie. Wczoraj jego siła charakteru przetrwała trudną próbę. Ktoś mógłby powiedzieć, że trudne próby swej siły charakteru to przechodzą żołnierze na wojnie. To fakt. Ale nie ulec pokusie, w jaką obleczona jest piękna, seksowna, chętna kobieta – to nie lada wyczyn. Jemu to się udało.

Przemknęło mu przez głowę kilka myśli. Co też by się stało, gdyby wczoraj pokusie uległ i został na noc u swojej sąsiadki. Teraz pewnie obudziłby się z kacem. Ten moralny doskwiera i męczy człowieka najmocniej. I tak też teraz byłoby w jego przypadku. Doszedłby do tego ból głowy po alkoholu. Nic przyjemnego.

I co z tego, że obok niego leżałaby piękna, naga kobieta? Piękna, naga, ale nie jego, a cudza. Dekalog mówi – nie będziesz cudzołożył. I tak złamał nakaz, który mówi o tym, że nie będziesz pożądał żony bliźniego swego. Ale, jak mniemał, lepiej pożądać w myśli, niż posiąść w rzeczywistości.

Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Sara, ubrana w błękitny, krótki – sięgający do połowy ud – szlafrok, usiadła obok niego, kładąc mu swą kobiecą, delikatną dłoń na kolanie, a potem poczęła ją przesuwać w stronę ud i wyżej. Czuł podniecenie. To fakt. Jednak w pewnym momencie jakby się przebudził. Zastanowił. Pomyślał, że chciał uchodzić za człowieka prawego, a to, do czego za chwilę mogło dojść, bynajmniej prawą rzeczą nie było, a wprost przeciwnie. Sam fakt, że trafił do domu Sary nie był już w porządku.

Przebudzenie przyszło nagle. Otrząsnął się w myślach. Wstał i spojrzał na Sarę, po czym rzekł:
- Przepraszam, ale nie mogę. Choć bardzo bym chciał – nie mogę. To byłoby nie w porządku. Czułbym się źle. Zresztą – ty chyba także.
- OK. – odezwała się Sara. – Rozumiem to. Ale po co ten wykład?
- Po prostu chcę ci powiedzieć, że fajna z ciebie kobieta, ale nie możemy…
- OK., rozumiem. Coś jeszcze?
- Nie. To wszystko.
- A więc dobranoc.
- Dobranoc. – Mężczyzna opuścił mieszkanie sąsiadki.

Mimo tego, że wczorajszy wieczór nie należał do najprzyjemniejszych, Rafael czuł się dzisiejszego ranka bardzo dobrze. Humor mu dopisywał. Miał świetne samopoczucie, między innymi dzięki dumie z samego siebie, a raczej ze swojego wczorajszego zachowania. Czy to już pycha? – teraz nie chciał się nad tym zastanawiać.

Wstał. Poszedł do łazienki. Wziął prysznic. Ubrał się. Dziś postanowił pisać do popołudnia. O 17:15 miał umówione spotkanie z Katien, koleżanką z pracy. Teraz, zanim zasiądzie do komputera, by kontynuować swoje opowiadanie, miał trochę czasu dla siebie. Poczuł głód. Poszedł po bułki, masło i żółty ser. Jaka piękna pogoda – pomyślał, gdy tylko wyszedł z klatki na świeże powietrze. Spojrzał na parking przed blokiem. Zdziwił się, gdy zobaczył męża Sary wraz z trójką dzieci, wychodzących z wielkiego, czarnego, nowego forda, a potem zmierzających w stronę miejsca, które właśnie opuszczał – miało ich nie być przez cały weekend. Jaka piękna rodzina – pomyślał, uśmiechając się pod nosem. Teraz już mógł się domyślić, co by się stało, gdyby został u sąsiadki na noc. 

niedziela, 11 marca 2012

X Przykazań Bożych i praktyczna religijność

To chyba powiedział Anthony de Mello. Religijność to bardzo praktyczna rzecz. A więc myśląc o religii, nie myśl tylko o czymś mistycznym, nieuchwytnym, pozaziemskim. Myśląc o kościele, nie myśl, że kościoły są tylko takim miejscem, w którym ludzie spotykają się po to, by modlić się do czegoś, czego nie ma, czego nie widać, co nie istnieje. Oczywiście: wierzę w Boga i w to, że On jest, istnieje, ale teraz o tym pisać nie będę. Zrobię to jeszcze nie raz przy innej okazji.

Dziś w kościele ksiądz mówił o czymś, o czym myślę często. Mianowicie o praktyczności religii. Proboszcz wziął na tapetę X Przykazań Bożych. Trzy pierwsze z nich dotyczą Boga, ale już następne mówią bezpośrednio o życiu doczesnym i taktują o stosunkach między ludzkich. 4 – czcij ojca swego i matkę swoją, 5 – nie zabijaj, 6 – nie cudzołóż, 7 – nie kradnij, 8 – nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, 9 – nie pożądaj żony bliźniego swego, 10 – ani żadnej rzeczy która jego jest. Przestrzegając każdego z osobna z tych przykazań, człowiekowi żyje się lepiej, łatwiej, ale też przyjemniej. Choć wymaga to od człowieka samodyscypliny i samokontroli, przyjemność i satysfakcja jest tu rzeczą nieuniknioną, ponieważ świadomość kontroli samego siebie dostarcza samych pozytywnych odczuć. To, że żyje się łatwiej i lepiej – to także rzecz oczywista. Nie mówię tu o łatwości beztroskiego życia… Człowiek by postępować zgodnie z X Przykazaniami Bożymi musi, rzecz jasna, wyrobić w sobie takie cechy charakteru, które będą go w tym wspierać. To zawsze wiąże się z pracą nad sobą. Często z wyrzeczeniami. Ale kto powiedział, że takie życie nie może być łatwe, lepsze i przyjemne?

Spróbujmy złamać któreś z tych przykazań. Czy przyniesie nam to coś dobrego? Krótko patrząc, czasem na pewno tak, ale patrząc szerzej, bardziej odlegle – nie. Wystarczy przeanalizować każde z tych przykazań – po kolei. Czy ktoś z Czytelników wyciąga inne wnioski i uważa, że przykazania można łamać lub je omijać i przyniesie nam to korzyści? Jeśli tak, proszę o komentarze. 

czwartek, 8 marca 2012

Dzień Kobiet...

Nie ma jak to propaganda. Trzeba założyć mundur partyjny, koniecznie z logo, i wyjść na miasto, by wręczać kwiatki wszystkim pięknym paniom. Tym mniej pięknym i niepięknym oczywiście też, a jakże! Choć ponoć nie ma brzydkich kobiet, tylko wina brak. Ci w mundurkach partyjnych nie potrzebują wina, są wystarczająco odurzeni miłością do swego wodza, za którym pewnie bez słowa skoczyliby w ogień.

Po mieście chodził także z kwiatkami Leszek Miller. Pan Joński, jego kolega z SLD, także, a co! Pan Palikot, który chce być bardziej lewy niż Sojusz Lewicy Demo, do kwiatka dodawał prezerwatywę. Więcej seksu, mniej Matki Boskiej – głosił. Pani Grodzka mówi, że jednak wolałaby kwiatka. No tak, prezerwatywę trzeba mieć jednak na co włożyć. Premier Tusk i Waldemar P. złożyli także życzenia. Pan Donald mówił coś o tym, że chociaż w ten jeden dzień mężczyźni będą mili i dobrzy dla kobiet. A co to za mężczyźni – nie wiem, bo ci prawdziwi kochają i szanują swoje kobiety każdego dnia.

Drogie Panie, życzę Wam wszystkiego najlepszego!! 

środa, 7 marca 2012

Wiosna 2012

Wiosna, wiosna! Wszyscy ludzie piękniejsi. Kobiety bardziej kobiece i seksowne. Mężczyźni przystojniejsi. Nie mnie to oceniać, ale swoje zdanie mam, choć stuprocentowy – a nawet dwustu! – ze mnie heteroseksualista. Każdy jakby milszy. Mimo tego, że przesilenie wiosenne (istnieje w ogóle coś takiego?) nadchodzi wielkimi krokami – bliźni wydają się radośniejsi i przyjemniejsi dla swych bliźnich.

Może człowiek, znaczy ja, na wizytę tej wiosny, która puka do mych drzwi, wreszcie się zakocha. Ale tym razem nie w sobie. Wystarczy już tego megalomaństwa! Skąd miałem wiedzieć, że miłością do siebie, a raczej kochaniem – można się zachłysnąć? Nowocześni psycholodzy mówili mi: kochaj siebie, to podstawa! I kochałem. Tak bardzo, że nawet nie zauważyłem, żem się zwykłym egoistą zrobił! Taka forma bez treści… Na szczęście mam jeszcze sporo czasu – całe życie – by naprawić wszystkie swoje poślizgnięcia, znaczy cofnąć nogę, która zboczyła, sprowadzić ją na prawidłowe tory. Hm… Ale to przecież nie czas na spowiedź! Czy jutro jest dzień szowinisty?